Zaczęło się niewinnie – od drugoplanowego występu w animacji Spider-Man Uniwersum, gdzie po raz pierwszy ujrzeliśmy na dużym ekranie wariant Petera Parkera w prochowcu i kapeluszu, przemawiającego głosem Nicolasa Cage’a. Chyba nikt się wtedy nie spodziewał, iż osiem lat później aktor powtórzy tę rolę, tym razem za sprawą serialu aktorskiego. A zwłaszcza tego, iż wyląduje on na Prime Video jako efekt współpracy Marvela z MGM. Wypuszczenie wszystkich odcinków jednocześnie nieraz zwiastowało pewien sceptycyzm u włodarzy Amazona. Czy w przypadku Spider-Noir też mieli się czego obawiać?
Mam wrażenie, iż od jakiegoś czasu jestem już zmęczony przygodami superbohaterów i ciężko mnie czymś zainteresować. W dużej mierze jest to zasługa MCU i ich tonącego statku, który w ostatnich latach ostudził jakiekolwiek oczekiwania wobec herosów, ale choćby tegoroczny sezon The Boys dobitnie pokazał, iż każdy superbohaterski format może się w końcu wyczerpać. I nie zrozumcie mnie źle: mogę sobie marudzić do woli, a i tak co kilka miesięcy znajdzie się projekt, który zaciekawi mnie swoim pomysłem na siebie. Niektórzy twórcy w Hollywood zdają sobie sprawę z tej rutyny i coraz częściej wyciągają na stół mniej znane, często ekstrawaganckie pomysły z komiksów. Spider-Noir jest tego idealnym przykładem, bo choćby na tle wszystkich ekranizacji Pajączka, których na przestrzeni ostatnich dwóch dekad mieliśmy pęczki i mogły się one już wielu osobom znudzić, wydaje się być czymś świeższym. Dokładnie takim, jakim miała być ta seria w świecie komiksów, gdy zadebiutowała w 2009 roku.
fot. „Spider-Noir” / materiały prasowe Amazon MGM StudiosSpider-Noir ma w sobie wszystkie te elementy, które doskonale znamy z filmów o Spider-Manie i wrzuca je do Ameryki z lat 30., w czasy prohibicji i gangsterów. Petera Parkera zastępuje tutaj Ben Reilly, będący starszym, zmęczonym życiem detektywem, którego pajęcza kariera jest już przeszłością. Stara się o niej zapomnieć, choć wszyscy dookoła niego wciąż wspominają, jak bardzo brakuje miastu jego największego bohatera. Reilly nie jest ślepy – nie potrzeba choćby żadnych pajęczych zmysłów by dostrzec, iż przestępcy w mieście korzystają sobie w najlepsze z nieobecności jego alter ego. Zwłaszcza rządzący połową miasta gangster Silvermane, który coraz częściej stawia się najwyższym instytucjom w Nowym Jorku i zdaje się zagrażać choćby swoim sojusznikom. Ben ignoruje to jednak ze względu na dramatyczne wydarzenie, które zastopowało jego karierę Pająka i wpłynęło na postrzeganie swojego życia w, o ironio, czarno-białych barwach. Wszystko się zmienia, gdy do agencji przychodzi mąż niejakiej Cat Hardy – pełniącej rolę jednej z najważniejszych figur w świecie kina noir – femme fatale.
Kampania marketingowa Spider-Noir od początku opierała się na szalonym pomyśle wypuszczenia w eter dwóch wersji serialu jednocześnie – czarno-białej i kolorowej. Cytując klasyka: komu to potrzebne? To pytanie przewija się w mediach społecznościowych od miesięcy. Odpowiedział na nie jakiś czas temu sam Nicolas Cage, broniąc decyzji i podobno samemu proponując, aby Amazon wziął pod uwagę także młodszych widzów, mogących się odbić od wersji bez kolorów. I fajnie. Jest to decyzja nieszkodliwa dla osób, które od samego początku celowały w wersję czarno-białą i przydatna dla tych, którzy preferują żywsze barwy. Dla mnie była czymś zupełnie innym: opcją dla ciekawskich, chcących porównać obydwie wersje i zobaczyć, jak zaprojektowano kolorystykę, żeby ta jak najlepiej prezentowała się w późniejszej czerni.
fot. „Spider-Noir” / materiały prasowe Amazon MGM StudiosPrzejdźmy więc do spraw oczywistych: gołym okiem można dostrzec, iż Spider-Noir został stworzony z myślą o czerni i bieli. Widać to na wielu płaszczyznach – w specyficznym (genialnym!) oświetleniu, które pada na twarze bohaterów i w kontrastowej, priorytetowej dla kina noir zabawie światłem i cieniami. Po kadrach, potrafiących wpasować się w archaiczne, jak na obecne czasy, podejście do pracy kamery i po zabiegach montażowych, które są moimi ulubionymi sztuczkami w serialu. Dobrze wszyscy wiedzą, jak mają się budżety serialowe. Tworząc serial o jakimkolwiek wariancie Pajączka, trzeba zmierzyć się z tym, iż koniec końców będzie on musiał się pohuśtać między wieżowcami na pajęczej sieci albo skopać kilku zbirów w nowojorskiej alejce. Skoro tworzy się coś w klimacie noir, to dlaczego by nie spróbować popłynąć z tym prądem jak najdalej? Ktoś odpowiedzialny za efekty i montaż wpadł na genialny pomysł, by połączyć nowoczesne techniki edycji obrazu z wyeksponowaniem budżetowych niedoskonałości. Dlatego, gdy postać spada z budynku, robi to w bardzo nienaturalny sposób. Cięcia między ciosami bywają opóźnione, dzieląc sekwencję na widoczne segmenty. Działa to na plus i wpycha nas głębiej w komiksowość tego świata.
Sam format noir jest bardziej zabawką stylistyczną niż faktycznym przedstawicielem gatunku, ale nie oczekiwałem tutaj niczego więcej. Liczyłem na to, iż uda się go pogodzić z komiksowym pazurem, którego oczekujemy po superbohaterskich produkcjach. I udało się to zaskakująco dobrze połączyć! Mamy zmęczonego detektywa, mamy nocne miasto, mocne kontrasty, narracje spoza kadru i femme fatale, która zapędza głównego bohatera w kozi róg. Wszystko to rządzi się swoimi prawami, ale potrafi ustąpić superboahterskiej oprawie, gdy tylko ta jest potrzebna. Kilka lat temu próbowano dokonać czegoś podobnego w serialu WandaVision, gdzie ciekawy, oryginalny pomysł został bestialsko zasztyletowany nagłym zwrotem na klasyczną rozwałkę w finałowym odcinku. Tutaj na szczęście udaje się zachować zarówno klimat noir, jak i zdrowy rozsądek, dzięki czemu finał serialu jest satysfakcjonujący i prosty zarazem.
fot. „Spider-Noir” / materiały prasowe Amazon MGM StudiosNie jest też zaskoczeniem, iż Nicolas Cage okazał się castingiem idealnym. W ostatnich latach przyzwyczaił nas do wszechstronności i zabawy swoim wizerunkiem. Także tutaj Cage bawi się swoją rolą, bywa komiczny, sarkastyczny i niezdarny. Czasem jest charyzmatyczny i przebiegły, a czasem: obojętny i zgorzkniały. Gdy łączy wszystkie te cechy w całość, momentami przypomina udzielającego wywiadów Harrisona Forda w miksie z Humphreyem Bogartem, na którym podobno się wzorował. Za femme fatale robi tutaj Li Jun i często kradnie każdą scenę ze swoim udziałem. Aktorka powtarza to, co udało jej się wykreować w Babilonie i ponownie magnetyzuje swoim spojrzeniem i scenicznymi występami. Dużym zaskoczeniem jest dla mnie cała reszta obsady. Casting działa świetnie na wszystkich płaszczyznach i tworzy spójny mechanizm. Aktorzy zostali dobrani tak, by pasować zarówno do realiów lat 30., jak i do komiksowego świata.
Ben Reilly, Robbie Robertson i Janet Ruiz to świetne trio, któremu wystarczy kilka scen, by udowodnić działającą między sobą chemię. Brendan Gleeson jako Silvermane nie jest typowym groźnym gangsterem i potrafi rozbawić swoimi zdegustowanymi minami, zwłaszcza w interakcjach z głównym bohaterem. Najlepszy dysonans zadział się w przypadku trójki przeciwników Pająka, choć sam rozwój fabularny ich charakterów mógłby być znacznie lepiej dopracowany. Flint Marko to bohater na pograniczu dobra i zła, będący ucieleśnieniem szarej strefy pomiędzy Tombstonem a Megawattem. Ten trzeci jest zresztą najbardziej przerysowaną i komiksową postacią w całym serialu, rzucającą tekstami godnymi rzezimieszków ze starych animacji o Batmanie. Bohater Andrewa Lewisa Caldwella kompletnie nie pasuje do reszty postaci, co fantastycznie kontrastuje w ich relacjach. Wszyscy mają go za dziwaka i świra, którym zdecydowanie jest.
fot. „Spider-Noir” / materiały prasowe Amazon MGM StudiosCo dalej, panie Reilly? Po kilku dniach od premiery jest już pewne, iż Prime Video ma kolejny hit na lata, którego może się bezpiecznie trzymać. W całej tej historii tkwi jeden haczyk, który zdaje się być utrapieniem współczesnych seriali – mowa oczywiście o podziale na osiem odcinków. Spider-Noir ratuje Amazon i binge-watching, którego się dopuścili. Wypuszczenie serialu w całości budzi pewne moje podejrzenia, ale skupmy się na pozytywach tej decyzji. Serial ogląda się płynnie i nie ma miejsca na myśli o podziale na odcinki. Wszelkie skróty fabularne, choć są widoczne, nie psują odbioru całości. Gdybym miał zgadywać, ewentualny drugi sezon dostaniemy już w tradycyjnym podziale jednego odcinka na tydzień – tak, jak to zrobiono w przypadku Fallouta. jeżeli do tego dojdzie, będzie to prawdziwy test wytrzymałości tej zgrabnie utkanej sieci.
















