Spider-Man: Brand New Day – recenzja. Powrót na ulice

pograne.eu 9 godzin temu

Spider-Man: No Way Home bez wątpienia był filmem, który opierał się na jednym, odważnym pomyśle. W końcu w tej produkcji zobaczyliśmy wszystkich trzech odtwórców roli Człowieka-Pająka. Brand New Day miało być nowym otwarciem w historii tego bohatera i faktycznie tak jest, ale nie wszystko tutaj zagrało tak, jak powinno.

Spis Treści

  • Tym razem mamy fabułę
  • Heroiczne wykonanie
  • Wrażenia po seansie Spider-Man: Brand New Day – Marek
  • Podsumowanie

Tym razem mamy fabułę

Największą bolączką No Way Home był brak historii, a raczej potraktowanie jej po macoszemu, aby na końcu wyciągnąć dość leniwe rozwiązanie fabularne z przysłowiowego kapelusza. Wszyscy zapomnieli, iż Peter Parker to Spider-Man, a on sam musi zmierzyć się z rzeczywistością po tym, jak wszystko utracił. Co więc robi człowiek w takim stanie? Ucieka w pracę, a dokładniej w walkę z przestępczością.
Odetchnąłem z ulgą. Od dawna brakowało mi bardziej przyziemnej historii. W końcu najlepsze historie z tym bohaterem to te, w których jego motywy osobiste przeplatają się z obowiązkami Spider-Mana i na odwrót. Wszystko zaczyna się komplikować, kiedy Peter udaremnia atak na Departament Kontroli Zniszczeń. Ktoś lub coś przejmuje kontrolę nad ludźmi i to na barkach Spider-Mana spoczywa odkrycie tajemnicy, a przy okazji poradzenie sobie ze swoimi mocami, które zaczynają z niewiadomego powodu wymykać się spod kontroli.

Mamy więc tutaj kilka przeplatających się ze sobą wątków. I pomimo iż całość się broni, miałem wrażenie, iż twórcy chcieli pokazać trochę za dużo, przez co poszczególne wątki nie dają odpowiedniej satysfakcji. Film przede wszystkim opowiada o tym, jak Peter próbuje ponownie poskładać się do kupy. Widzimy, jak powoli otwiera się na ludzi, próbuje ponownie złapać kontakt z Nedem i MJ, co jest w tym wszystkim świetne.

Cieszą gościnne wystąpienia. Jon Bernthal w roli Punishera jak zwykle sprawdza się świetnie i ma z pająkiem doskonałą chemię, a ich przekomarzanki są wręcz komiczne. Trochę za mało tutaj Bruce’a Bannera i odnoszę wrażenie, iż jego pojawienie się jest na siłę. Zresztą Marvel od dawna nie ma pomysłu na tego bohatera. Jest też związana z nim największa dziura fabularna. Szkoda, od dawna czekam na nowy film z tym bohaterem w roli głównej. Wracając jednak do Spider-Man: Brand New Day , muszę pochwalić Sadie Sink za jej rolę i prawdopodobnie jeszcze zobaczymy ją w MCU. Dla fanów jej rola nie będzie zaskoczeniem, ale trzeba przyznać, iż jest to coś nowego.

Chociaż na początku byłem nieco zły, iż nie dostaliśmy bardziej klasycznego przeciwnika Spider-Mana, to dalej czekam na Octopusa czy Goblina w wykonaniu MCU. jeżeli zaś chodzi o Toma Hollanda to, idealnie oddaje on postać pająka, któremu życie dało w kość i musi ponownie się ogarnąć. Dodatkowo czuć między nim, a Zendayą świetną chemię, przez co relacja Petera i MJ jeszcze bardziej błyszczy i oczywiście daje pole do nowych teorii od fanów.

Heroiczne wykonanie

To, co w nowym pajączku działa, to wszystkie sekwencje walki. To prawdziwa przyjemność oglądać, jak Spider-Man wykonuje akrobacje i buja się na swojej sieci. Szczególne wrażenie robią sekwencje z pierwszej osoby, kiedy obserwujemy z oczu pająka, jak pędzimy przez Nowy Jork. Pęd i szybkość zostały oddane znakomicie, a widowiskowe wyczyny kaskaderskie sprawiają, iż nowy Człowiek-Pająk to jazda bez trzymanki. Pomimo iż seans trwa około dwóch i pół godziny, wcale się nie nudzi, a choćby chciałoby się więcej.

To samo tyczy się muzyki. W roli kompozytora powrócił Michael Giacchino. Co on tutaj zrobił? Motyw główny jest spokojny i bardzo stonowany, co zdecydowanie pasuje do bardziej dorosłego herosa, jakim staje się Peter na naszych oczach. To jest właśnie jeden z największych plusów tego bohatera, bo widzowie dorastają razem z nim.

Wszystko świetnie buduje napięcie i oddaje klimat miasta. Po raz pierwszy przy filmie z Tomem Hollandem czuję, iż Nowy Jork to nie tylko miejsce akcji, ale również jeden z bohaterów. Cieszy mnie fakt, iż film nie jest już takim festiwalem fanserwisu jak ostatnia odsłona, tylko faktycznie chce nam coś opowiedzieć i przekazać, a przy okazji pojawia się kilku starych znajomych.
W gąszczu tego wszystkiego znalazłem jednak kilka drobnych niedociągnięć fabularnych, które nie przeszkadzają w ogólnym odbiorze. Cieszy również to, iż aby cieszyć się seansem, nie trzeba nadrabiać miliona innych pozycji z MCU. Wystarczy w zasadzie znajomość poprzedniczki.

Kiedy masz zmianę z tym jednym nerwowym kolegą

Wrażenia po seansie Spider-Man: Brand New Day – Marek

Szczerze mówiąc, po ostatnim filmie z serii Spider-Man do najnowszej produkcji ze stajni MCU podchodziłem sceptycznie. Wówczas miałem wrażenie, iż tamten tytuł pełnił głównie rolę niekończącego się puszczania oka do widza dzięki easter eggó i grania na nostalgii za sprawą gościnnych występów Andrew Garfielda oraz Tobeya Maguire’a w roli Człowieka-Pająka. Był to przecież moment otwierający wątek multiwersum. Ostatecznie jednak na Spider-Man: Brand New Day bawiłem się świetnie i w moim odczuciu to najlepszy film z udziałem Toma Hollanda w tej roli. Widać, iż zarówno scenarzyści, jak i sam aktor ewoluowali na przestrzeni lat pracy nad tą serią.

Przeczytaj także

Spider-Man 2 – recenzja (PS5). Myśliwy staje się zwierzyną

Jeśli chodzi o fabułę, nie mam się chyba do czego przyczepić, jest poprowadzona tak, jak powinna. Tempo akcji utrzymano w sposób, który pozwala zachować uwagę widza przez cały seans, co w dzisiejszych czasach, przy przebodźcowaniu reelsami i tiktokami, wcale nie jest łatwe. Postawienie takiej, a nie innej postaci w roli antagonisty było dla mnie strzałem w dziesiątkę, bo nie śledziłem prac nad filmem i dzięki temu uniknąłem spoilerów, nie wiedząc zupełnie, czego mogłem się początkowo spodziewać. Postacie poboczne, takie jak Punisher czy Bruce Banner, stanowią niemal idealne dopełnienie dla naszego samotnego pajączka, choć wyraźnie większa chemia była między Peterem Parkerem a Frankiem Castle’em niż między nim a Bruce’em Bannerem, który pełnił raczej rolę pobocznego NPC-a naprowadzającego bohatera na adekwatny tor. Jako iż oglądałem seans w 3D, muszę powiedzieć, iż zdjęcia oraz praca kamery zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Efekty CGI są wyraźnie lepsze niż to, czym MCU częstowało nas w ostatnim czasie, co zdecydowanie należy pochwalić. Choreografia walk, których w filmie nie brakuje, jest dobrze poprowadzona, czuć siłę zadawanych ciosów i odpowiednią dynamikę ruchów postaci na ekranie. Widać, iż włożono tu znacznie więcej serca niż w przypadku Spider-Man: Far From Home, gdzie kadry często były nocne, przez co kilka było tak naprawdę widać poza przeciętnym CGI.

Podsumowując, to najlepszy film ze wszystkich produkcji o Pajączku, w których gra Tom Holland, a także jedna z lepszych rzeczy, jakie MCU dało po Avengers: Endgame. Daje to pewną nadzieję, iż MCU wraca na dobre tory, choć nie wiem, czy Avengers: Doomsday utrzyma ten poziom – mam jednak nadzieję, iż tak będzie. Widać, iż zarówno Tom Holland, jak i Zendaya czują postacie, które grają, a chemia między nimi przekłada się na relację Petera Parkera i MJ. Film, mimo iż trwa niecałe dwie i pół godziny, nie sprawia wrażenia nudnego, a wręcz przeciwnie – trzyma w napięciu jak solidny superbohaterski akcyjniak.

Norma na siłowni została wyrobiona

Podsumowanie

Całkiem Nowy Dzień to zdecydowanie najlepszy film ze Spider-Manem z Tomem Hollandem. Bardziej kameralne podejście i skupienie się na Peterze i jego problemach sprawiają, iż pomimo skali ratowania miasta wciąż jest to bardzo przyziemny film, i mam nadzieję, iż będzie to nowy kierunek dla tych produkcji. Zdecydowanie warto wybrać się do kina.


Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.

Idź do oryginalnego materiału