Ridley Scott ma 88 lat i ani myśli przechodzić na emeryturę – katalog planowanych przez niego projektów regularnie się powiększa (wiemy m.in. o adaptacji "Wyspy skarbów", a sam reżyser dopiero co zdradził, iż pracuje nad kontynuacją "Obcego: Przymierza"). Mało tego – w jednym z niedawnych wywiadów twórca stwierdził, iż często w swojej karierze był o krok przed wszystkimi, można go więc uznać za influencera. Ironią jest, iż wypowiedź ta padła przy okazji rozmowy o "Gwiazdozbiorze Psa" – w nim bowiem Scott podąża raczej utartymi ścieżkami.
Najnowszy film Brytyjczyka jest adaptacją powieści Petera Hellera pod tym samym tytułem. Historia opowiada o postapokaliptycznym świecie, w którym wirus zdziesiątkował ludzkość (naturalnie budzi to pewne skojarzenia z pandemią COVID-19, choć literacki pierwowzór powstał wcześniej). Głównym bohaterem jest Higs (Jacob Elordi). Epidemia kilka lat wcześniej odebrała mu żonę, a dziś jedynym towarzyszem mężczyzny jest jego pies oraz Bangley (Josh Brolin), były żołnierz piechoty morskiej. Razem mieszkają na opuszczonym lotnisku. Higs od czasu do czasu wyrusza swoim samolotem na zwiad i poszukiwanie zapasów – pewnego dnia odbiera transmisję, która wzbudza w nim nadzieję, iż w oddalonym o wiele kilometrów Grand Junction czeka na niego lepsze życie. Postanawia podjąć ryzyko i wyruszyć na wyprawę.
Podczas seansu "Gwiazdozbioru Psa" odnosi się wrażenie, iż Scott zapragnął zlepić ze sobą kilka filmowych podejść do tematu postapokalipsy. Na początku przeważa powolna, kontemplacyjna atmosfera. Podążamy za bohaterem Elordiego, eksplorując wraz z nim opuszczone miasto, odwiedzając żyjących w górach Mennonitów i latając samolotem na tle pięknych, majestatycznych krajobrazów. Można wręcz się nabrać, iż cały film będzie utrzymany w takim klimacie i wyczerpująco zgłębi tematy godzenia się z przeszłością i teraźniejszością, nowej codzienności czy moralnych konsekwencji działań w ekstremalnej sytuacji (Bangley nie ma żadnej litości dla potencjalnych intruzów i wszystkich przybyłych wita strzałem w głowę ze snajperki, co wyraźnie budzi wątpliwości Higsa).
Potem jednak Scott odkłada melancholię na bok i serwuje nam rozwiązania oraz sekwencje bliższe klimatom "28 dni później" (a choćby "Fallouta"), pełne przemocy, rozbryzgów krwi i szybkiego tempa. Nijak mają się one do wcześniejszego tonu, ale same w sobie niewątpliwie są tymi fragmentami filmu, które ogląda się z największą ekscytacją. 88-letniemu Scottowi nie brakuje energii i wciąż potrafi solidnie zbudować napięcie, a także poprowadzić sceny akcji. Nie zmienia to faktu, iż w "Gwiazdozbiorze Psa" próżno szukać motywów, których nie znalibyśmy już z podobnych produkcji.
Film Scotta może się natomiast pochwalić imponującą obsadą. Najgorzej niestety wypada Jacob Elordi, który gra kilkoma podobnymi, zwykle strapionymi minami. I choć ta oszczędność środków poniekąd wpisuje się w przytoczony wcześniej kontemplacyjny klimat, to na tle innych aktorów Elordi ze swoją postacią jest po prostu najmniej interesujący. Gwiazda "Euforii" dzieli większość swoich scen albo z Brolinem, albo z Margaret Qualley i Guyem Pearce'em – przy takim zestawie nie jest w stanie ściągnąć na siebie uwagi widza, a największą sympatię wzbudza we wspólnych scenach z… psem. Szkoda o tyle, iż to Higs ma tu najbardziej rozbudowane backstory i mamy okazję ujrzeć go choćby w krótkich migawkach sprzed epidemii. O przeszłości innych postaci dowiadujemy się głównie z dialogów.
Bardziej pamiętna od Higsa będzie też Darlene (postać nieobecna w książce), którą zagrała Allison Janney w prawdopodobnie najbardziej dziwacznej scenie "Gwiazdozbioru...". Zaryzykuję stwierdzenie, iż gdyby Scott nakręcił film postapokaliptyczny oparty na pomyśle z tej sekwencji, efekt końcowy byłby zdecydowanie bardziej interesujący.
Tymczasem dostaliśmy film, który broni się dzięki warsztatowi Scotta i operatora Erika Messerschmidta (ujęcia samolotu krążącego nad lasami nie zaczynają nudzić choćby po kilku powtórkach) i stanowi swoisty przegląd motywów charakterystycznych dla kina postapokaliptycznego. Nie wykorzystuje w pełni potencjału wydarzeń ani bohaterów, przez co raczej nie dołączy do grona najbardziej pamiętnych filmów reżysera – skłamałbym jednak, gdybym napisał, iż uznaję czas w kinie za zmarnowany. Może i Scott nie jest influencerem w kategorii postapo, ale jeżeli chodzi o determinację do tworzenia, to już bez wątpienia.
Najnowszy film Brytyjczyka jest adaptacją powieści Petera Hellera pod tym samym tytułem. Historia opowiada o postapokaliptycznym świecie, w którym wirus zdziesiątkował ludzkość (naturalnie budzi to pewne skojarzenia z pandemią COVID-19, choć literacki pierwowzór powstał wcześniej). Głównym bohaterem jest Higs (Jacob Elordi). Epidemia kilka lat wcześniej odebrała mu żonę, a dziś jedynym towarzyszem mężczyzny jest jego pies oraz Bangley (Josh Brolin), były żołnierz piechoty morskiej. Razem mieszkają na opuszczonym lotnisku. Higs od czasu do czasu wyrusza swoim samolotem na zwiad i poszukiwanie zapasów – pewnego dnia odbiera transmisję, która wzbudza w nim nadzieję, iż w oddalonym o wiele kilometrów Grand Junction czeka na niego lepsze życie. Postanawia podjąć ryzyko i wyruszyć na wyprawę.
Podczas seansu "Gwiazdozbioru Psa" odnosi się wrażenie, iż Scott zapragnął zlepić ze sobą kilka filmowych podejść do tematu postapokalipsy. Na początku przeważa powolna, kontemplacyjna atmosfera. Podążamy za bohaterem Elordiego, eksplorując wraz z nim opuszczone miasto, odwiedzając żyjących w górach Mennonitów i latając samolotem na tle pięknych, majestatycznych krajobrazów. Można wręcz się nabrać, iż cały film będzie utrzymany w takim klimacie i wyczerpująco zgłębi tematy godzenia się z przeszłością i teraźniejszością, nowej codzienności czy moralnych konsekwencji działań w ekstremalnej sytuacji (Bangley nie ma żadnej litości dla potencjalnych intruzów i wszystkich przybyłych wita strzałem w głowę ze snajperki, co wyraźnie budzi wątpliwości Higsa).
Potem jednak Scott odkłada melancholię na bok i serwuje nam rozwiązania oraz sekwencje bliższe klimatom "28 dni później" (a choćby "Fallouta"), pełne przemocy, rozbryzgów krwi i szybkiego tempa. Nijak mają się one do wcześniejszego tonu, ale same w sobie niewątpliwie są tymi fragmentami filmu, które ogląda się z największą ekscytacją. 88-letniemu Scottowi nie brakuje energii i wciąż potrafi solidnie zbudować napięcie, a także poprowadzić sceny akcji. Nie zmienia to faktu, iż w "Gwiazdozbiorze Psa" próżno szukać motywów, których nie znalibyśmy już z podobnych produkcji.
Film Scotta może się natomiast pochwalić imponującą obsadą. Najgorzej niestety wypada Jacob Elordi, który gra kilkoma podobnymi, zwykle strapionymi minami. I choć ta oszczędność środków poniekąd wpisuje się w przytoczony wcześniej kontemplacyjny klimat, to na tle innych aktorów Elordi ze swoją postacią jest po prostu najmniej interesujący. Gwiazda "Euforii" dzieli większość swoich scen albo z Brolinem, albo z Margaret Qualley i Guyem Pearce'em – przy takim zestawie nie jest w stanie ściągnąć na siebie uwagi widza, a największą sympatię wzbudza we wspólnych scenach z… psem. Szkoda o tyle, iż to Higs ma tu najbardziej rozbudowane backstory i mamy okazję ujrzeć go choćby w krótkich migawkach sprzed epidemii. O przeszłości innych postaci dowiadujemy się głównie z dialogów.
Bardziej pamiętna od Higsa będzie też Darlene (postać nieobecna w książce), którą zagrała Allison Janney w prawdopodobnie najbardziej dziwacznej scenie "Gwiazdozbioru...". Zaryzykuję stwierdzenie, iż gdyby Scott nakręcił film postapokaliptyczny oparty na pomyśle z tej sekwencji, efekt końcowy byłby zdecydowanie bardziej interesujący.
Tymczasem dostaliśmy film, który broni się dzięki warsztatowi Scotta i operatora Erika Messerschmidta (ujęcia samolotu krążącego nad lasami nie zaczynają nudzić choćby po kilku powtórkach) i stanowi swoisty przegląd motywów charakterystycznych dla kina postapokaliptycznego. Nie wykorzystuje w pełni potencjału wydarzeń ani bohaterów, przez co raczej nie dołączy do grona najbardziej pamiętnych filmów reżysera – skłamałbym jednak, gdybym napisał, iż uznaję czas w kinie za zmarnowany. Może i Scott nie jest influencerem w kategorii postapo, ale jeżeli chodzi o determinację do tworzenia, to już bez wątpienia.













