Przez lata byłam cichym cieniem pomiędzy regałami majestatycznej Miejskiej Biblioteki Publicznej w Warszawie.

twojacena.pl 4 godzin temu

Przez lata byłam cichym cieniem między regałami wielkiej miejskiej biblioteki.

Nikt mnie tam naprawdę nie zauważał i chyba było mi z tym dobrze… a przynajmniej tak wtedy myślałam. Nazywam się Jadwiga, miałam trzydzieści dwa lata, gdy zaczęłam pracować tam jako sprzątaczka. Mój mąż zmarł nagle, zostawiając mnie samą z ośmioletnią córką, Jagodą. Ból wciąż ściskał mnie w gardle, ale nie było czasu w łzy trzeba było jeść, czynsz trzeba było płacić.

To moja mama Sekret sprzed lat, który zburzył świat pewnego milionera Janusz Czarnecki miał wszystko: majątek, prestiż oraz wymarzony dwór pośród wzgórz pod Krakowem. Był założycielem jednej z najważniejszych firm cybersecurity w Polsce. Dwudziestoletnią pracą zbudował imperium, z którym liczono się wszędzie. A jednak, każdego wieczoru, gdy wracał do swojej rozległej posiadłości i zamykał wrota, w ciszy domu rozbrzmiewało echo wielkiej nieobecności. Ani najdroższe wina, ani obrazy z galeryjnych licytacji nie były w stanie zasłonić pustki, jaką zostawiła po sobie jego żona, Emilia.

Sześć miesięcy po ślubie zniknęła bez śladu.
Bez listu. Bez świadków.
Została tylko suknia przewieszona przez oparcie krzesła… i perłowy wisiorek, również nieodnaleziony.
Śledczy szeptali o ucieczce, możliwym przestępstwie. Sprawa utknęła w martwym punkcie.
Janusz już nigdy się nie ożenił.

Rankiem codziennie dojeżdżał tą samą trasą do swojej firmy, przejeżdżając przez stare dzielnice Krakowa. Tam, tuż przy rynku, piekarnia z oknem pełnym ślubnych fotografii przykuwała oko. Jedna z nich z jego własnego wesela od dziesięciu lat wisiała w górnym rogu witryny. Siostra piekarza, z zamiłowania fotografka, uwieczniła wtedy najpiękniejszy dzień jego życia. Dziś tamto wspomnienie zdawało się należeć do innego świata.

Aż pewnego czwartku, gdy padał lekki deszcz, wszystko się odmieniło.
Korek samochodowy zatrzymał Janusza przy tej właśnie piekarni. Zerknął leniwie przez mokrą szybę i wtedy to zobaczył:
Bosonogiego chłopca, może dziesięcioletniego, przemokniętego, z rozczochranymi włosami i z za dużą na siebie koszulą. Chłopiec uparcie wpatrywał się w zdjęcie Janusza i Emilii. Po chwili, cicho ale stanowczo, szepnął do sprzątającego piekarza:
To jest moja mama.
Janusz zamarł.
Opuścił szybę, przyglądając się chłopcu.
Wyniosłe kości policzkowe, łagodny wzrok, oczy piwne z zielonymi rozbłyskami dokładnie takie jak miała Emilia.
Hej chłopcze! zawołał zachrypniętym głosem. Co powiedziałeś?
Chłopiec obrócił się, spojrzał odważnie.
To moja mama powtórzył cicho, wskazując zdjęcie. Co noc śpiewała mi kołysanki. A potem odeszła. I już nie wróciła.
Janusz wyskoczył z auta, nie bacząc na deszcz ani na wołania kierowcy.
Jak masz na imię?
Kostek odpowiedział drżąc.
Gdzie mieszkasz?
Kostek opuścił wzrok.
Nigdzie. Czasem pod mostem, czasem przy torach.
Janusz przełknął ślinę.
Pamiętasz coś jeszcze o mamie?
Pachniała różami odpowiedział szeptem. Miała naszyjnik z białą perłą.
Janusz poczuł, jak ziemia usuwa mu się spod nóg. Emilia nigdy nie zdejmowała tego wisiorka był pamiątką po jej matce, niepowtarzalny.
Kostek znałeś swojego tatę?
Chłopiec pokręcił głową.
Nie. Zawsze byliśmy tylko we dwoje. Aż zniknęła.
Wyjrzał sprzed piekarni właściciel.
Ten chłopak często tutaj zagląda?
Tak wzruszył ramionami piekarz. Zawsze gapi się w to jedno zdjęcie. Nigdy nie prosi, nie przeszkadza. Po prostu patrzy.
Janusz w jednej chwili odwołał naradę. Zaprowadził Kostka do pobliskiego baru, zamówił solidne śniadanie. Gdy dziecko jadło łapczywie, Janusz łowił każde słowo. Pluszowy miś Franek. Zielone ściany w pokoju. Kołysanki śpiewane głosem, który pamiętał tylko z mglistych snów. Słowa, które mroziły w sercu pewność, z którą nie potrafił walczyć.

Test DNA tylko by to potwierdził. Kostek był jego synem.
Wieczorem stał za oknem, słuchając rytmu deszczu, z pytaniami w sercu, które nie dawały spokoju:
Jeśli to moje dziecko
Gdzie była Emilia przez te wszystkie lata?
Dlaczego nie wróciła?
Kto lub co zmusiło ją do zniknięcia razem z synem?
Ciąg dalszy nastąpi
W kolejnym rozdziale:
List odnaleziony w kieszeni Franka zdradza adres w Bukowinie Tatrzańskiej i nazwisko, którego Janusz nie spodziewał się już usłyszeć.

Reklama

Dyrektor biblioteki, pan Gajewski, miał ostrą twarz i chłodny głos. Zmierzył mnie spojrzeniem i rzucił sucho:
Niech zaczynają jutro tylko bez hałasujących dzieci. I niech ich nikt nie widzi.
Nie miałam wyboru. Przyjęłam pracę bez słowa.

Biblioteka miała zapomniany kąt obok staroci maleńki pokoik z zakurzoną pryczą i przepaloną żarówką. Tam właśnie spałyśmy z Jagodą. Każdej nocy, gdy miasto zasypiało, ja ścierałam kurze z niekończących się regałów, polerowałam długie stoły, opróżniałam kosze pełne papierków. Nikt nie patrzył mi w oczy byłam po prostu tą od sprzątania.

Ale Jagoda patrzyła ciekawością, z jaką tylko dziecko potrafi odkrywać świat. Co dnia szeptała:
Mamo, ja napiszę kiedyś książki, które wszyscy będą chcieli czytać.
Uśmiechałam się wtedy, choć serce ściskała świadomość, jak bardzo jej świat jest skurczony do tych szarych zakamarków. Nauczyłam ją czytać na starych, porzuconych w kącie bajkach. Siadała na podłodze, tuląc do siebie podniszczony egzemplarz, błądząc w innych wszechświatach, gdy padało na nią blade światło lampy.

Gdy skończyła dwanaście lat, zebrałam się na odwagę i poprosiłam pana Gajewskiego o coś, co dla mnie było ogromne:
Proszę, niech pan pozwoli córce korzystać z głównej czytelni. Kocha książki. Mogę sprzątać dłużej, choćby z własnych oszczędności zapłacę.
Jego odpowiedzią był chłodny śmiech:
Czytelnia jest dla czytelników, a nie dla dzieci personelu.

Nic się nie zmieniło. Jagoda czytała cicho, skulona pośród archiwalnych akt, nigdy się nie skarżąc.

W wieku szesnastu lat pisała już opowiadania i wiersze, za które zaczęła zdobywać nagrody w mieście. Jej talent dostrzegł jeden z wykładowców uniwersyteckich:
Ta dziewczyna ma dar. Może być głosem dla innych.
Dzięki niemu otrzymała stypendium Jagoda została przyjęta do programu pisarskiego w Anglii.

Gdy przekazałam wiadomość panu Gajewskiemu, na jego twarzy pojawiło się niedowierzanie.
Czyli ta dziewczynka z archiwum to twoja córka?
Tak, ta sama, która rosła podczas gdy sprzątałam twoją bibliotekę odpowiedziałam.

Jagoda wyjechała, a ja dalej sprzątałam. Niewidzialna. Do dnia, gdy wszystko się zmieniło.

Biblioteka popadła w kryzys. Miasto ucięło dotacje, czytelników ubywało, pojawiły się głosy o zamknięciu instytucji na zawsze. Nikomu już nie zależy mówili urzędnicy.

Wtedy nadeszła wiadomość z Anglii:
Nazywam się dr Jagoda Maj. Jestem autorką, naukowcem. Chcę pomóc. Tej bibliotece nie jestem obca.

Gdy pojawiła się w drzwiach wysoka, pewna siebie nikt jej nie rozpoznał. Podeszła do pana Gajewskiego i powiedziała:
Kiedyś powiedział pan, iż główna czytelnia nie jest dla dzieci sprzątaczki. Dziś przyszłość tej biblioteki zależy od jednej z nich.
Mężczyzna załamał się, łzy ściekały mu po policzkach.
Przepraszam nie wiedziałem
Ja wiedziałam odpowiedziała łagodnie. I wybaczam, bo mama nauczyła mnie, iż słowa potrafią odmienić świat, choćby kiedy nikt ich nie słyszy.

W kilka miesięcy odmieniła bibliotekę: sprowadziła nowe książki, zaczęła prowadzić warsztaty literackie, założyła kluby czytelnicze dla młodzieży i nie przyjęła za to ani złotówki. Na moim biurku zostawiła tylko kartkę:
Ta biblioteka traktowała mnie kiedyś jak cień. Dziś stoję tutaj z podniesioną głową nie z dumy, ale z wdzięczności dla wszystkich matek, które sprzątają, by ich dzieci mogły pisać własne historie.

Dziś mam jasny dom z maleńką biblioteczką. Jagoda zabrała mnie nad morze, podróżowałyśmy razem, czułam wiatr w miejscach, o których wcześniej czytałam tylko z jej ulubionych baśni.

Teraz siedzę w wyremontowanej czytelni i patrzę, jak dzieci czytają na głos pod witrażami, które ona kazała odnowić. A gdy potem słyszę nazwisko dr Jagoda Maj w radiu lub widzę je na okładce książki, uśmiecham się. Kiedyś byłam tylko tą, która sprząta.

Teraz jestem matką kobiety, która oddała naszej społeczności historie na nowo.

Idź do oryginalnego materiału