Nazywała się Fasolka — łaciata suczka, kundelek z domieszką jamnika, dwanaście lat, jedno oko lekko zmętniałe. W schronisku przy ulicy Grabiszyńskiej we Wrocławiu przesiedziała sto siedemnaście dni. Rekord placówki. Wolontariusze zdążyli się przyzwyczaić: Fasolka leżała w głębi boksu na starym kocu w kratkę, twarzą do ściany, i nie podchodziła do siatki choćby po kiełbasę. Jadła dopiero wtedy, gdy korytarz pustoszał i gasły światła w części dla zwiedzających.
Próbowali wszystkiego. Smakołyki, piłeczki, ciche wizyty pracowników po godzinach. Kierowniczka schroniska, pani Basia, mówiła nawet, iż Fasolka to przypadek beznadziejny — nie agresywna, po prostu zgaszona, jakby coś w niej przestało wierzyć, iż warto zbliżać się do ludzi.
Aż w październiku przyszła Zosia z książką pod pachą.
Miała dziesięć lat, byłą chudą dziewczynką w za dużej kurtce po starszym kuzynie, z grzywką, którą matka codziennie przypinała spinką, bo dziewczynka i tak ją rozczochrywała w ciągu godziny. Do programu „Czytaj psu” zapisała ją mama — nie dlatego, iż Zosia kochała zwierzęta bardziej niż inne dzieci, tylko dlatego, iż w szkole na ulicy Krupniczej dziewczynka od trzech miesięcy milczała, kiedy pani wywoływała ją do czytania na głos. Logopeda mówił o mutyzmie sytuacyjnym. Pedagog szkolny — o presji. Mama po prostu szukała miejsca, gdzie nikt nie patrzy na zegarek.
Zosia wybrała Fasolkę, bo była jedyną, która nie szczekała, gdy dziewczynka usiadła na plastikowym krzesełku przed boksem.
Pierwszy raz czytała z korytarza, przez kratę. Cicho, prawie bez głosu — wolontariuszka przy biurku i tak nie rozróżniała słów. Ale jedno łaciate ucho Fasolki drgnęło i obróciło się w stronę dziecka. Tylko tyle.
W kolejną sobotę Zosia przyszła z tą samą książką — o dziewczynce, która hodowała motyle na balkonie. Pozwolono jej wejść do małego pokoju widzeń. Fasolka leżała pod przeciwległą ścianą. Zosia otworzyła książkę od pierwszej strony i zaczęła od nowa, tak jakby poprzednie soboty się nie liczyły.
Za czwartym razem suczka zjadła smakołyk, kiedy dziewczynka czytała rozdział o gąsienicach. Za szóstym przesunęła się z koca bliżej miski z wodą — o pół metra bliżej krzesła niż wcześniej. Zosia nigdy jej nie wołała, nie wyciągała ręki. Po prostu czytała, strona po stronie, zostawiając psu decyzję, jak blisko chce podejść.
W listopadzie Zosia rozchorowała się na grypę i przez dwie soboty nie przyszła. Pani Basia opowiadała potem mamie dziewczynki, iż w te dni Fasolka sama, bez zachęty, wstała z koca i położyła się pod drzwiami pokoju widzeń. Leżała tam, aż wolontariuszka zgasiła światło w korytarzu i zamknęła schronisko na noc.
Trzecia sobota grudnia była deszczowa, szyby w schronisku parowały od kaloryferów. Zosia doczytywała rozdział o pierwszym locie motyla, kiedy Fasolka podniosła się z miejsca. Szła powoli przez pokój, dwa razy zatrzymując się, żeby powąchać podłogę, aż dotarła do niebieskiej maty leżącej obok krzesła dziewczynki. Potem opuściła pysk z siwiejącym podgardlem na dolny brzeg otwartej książki.
Zosia przestała czytać. Spojrzała na matkę, siedzącą w drzwiach z termosem herbaty. Matka nic nie powiedziała, tylko lekko kiwnęła głową. Dziewczynka wyciągnęła dwa palce i musnęła nimi futro za uchem Fasolki, po czym zaczęła zdanie od nowa. Suczka nie ruszyła się do końca rozdziału.
Następnego dnia mama Zosi przyszła sama, z obrożą w kieszeni i formularzem adopcyjnym, na którym w rubryce „imię przyszłego opiekuna" widniały niepewne, koślawe litery jej córki. Tego samego popołudnia Fasolka przeszła przez frontowe drzwi schroniska w tej samej turkusowej obroży, którą nosiła od pierwszego dnia — sto dziewiętnastego dnia swojego pobytu.
W bloku przy Krupniczej, na trzecim piętrze bez windy, Zosia czyta teraz co sobotę, ale też we wtorki i czasem w środy, kiedy akurat ma ochotę. Niebieska mata ze schroniska trafiła pod okno, obok kaloryfera, ale Fasolka i tak śpi na końcu łóżka dziewczynki, tuż przy jej lewym kolanie.
Ta sama pomiętoszona książeczka o motylach stoi na półce. Róg jednej ze stron jest do dziś zagięty w miejscu, gdzie suczka po raz pierwszy oparła pysk. W styczniu, na zebraniu z logopedą, pani od polskiego powiedziała mamie Zosi, iż dziewczynka odczytała na głos trzy zdania z lektury — pierwszy raz od września. Nikt nie wie, czy to zasługa psa, terapii czy zwyczajnie czasu. Zosia twierdzi, iż to Fasolka. Mama nie sprzecza się z córką.






