To nie oznacza, iż mamy do czynienia z kinem wysokiej jakości, zresztą „Mickiewicz” od początku nie miał takich aspiracji. Różnica między oryginałem a dwoma sequelami jest tu jednak olbrzymia: to przeskok z szufladki „żenada, którą ogląda się dla rozrywki”, do znacznie wyższej kategorii wagowej. A być może ostatecznie cykl na nowo otworzy rodzimą kinematografię na filmy dla starszych nastolatków: takie, które potrafią mówić o młodych ludziach uczciwie, a zarazem atrakcyjnie.
Kłopoty z nastolatkami
Polskie kino nie od dziś ma problem z młodzieżą. Nie nadąża za jej językiem, troskami, marzeniami. Nie potrafi z nią rozmawiać ani słuchać, czy choćby podsłuchiwać, żeby filmowe dialogi nie raziły sztucznością. A co najgorsze, nie potrafi choćby – z nielicznymi wyjątkami – w zajmujący sposób o niej opowiadać.
W filmach dla dzieci jeszcze dość często udaje się połączyć interesującą fabułę z walorami estetycznymi. Cykl „Za duży na bajki” Kristoffera Rusa (trzecia część trafi na ekrany kin w marcu), animowany „Smok Diplodok” Wojciecha Wawszczyka, „Tarapaty” Marty Karwowskiej czy pokazywane wciąż w kinach „Psoty” Kacpra Lisowskiego na różne sposoby udowadniają, iż kino dziecięce ma w Polsce olbrzymi potencjał i choćby jeżeli sięga po sprawdzone schematy, z reguły potrafi nadać im świeżość.














