Pasażer – recenzja filmu. Nuda i tandeta

popkulturowcy.pl 1 godzina temu

Największym bólem dla miłośnika horrorów jest moment, w którym podczas seansu dostrzega w filmie złudny potencjał. Ciekawy, nowatorski pomysł, pewien powiew świeżości w znanym i przewidywalnym gatunku kina grozy.

W przypadku Pasażera ten powiew świeżości dało się poczuć, ale bardzo gwałtownie został przyćmiony smrodem schematów, które od lat dominują we współczesnych horrorach.

Pasażer to film autorstwa André Øvredala, znanego z takich produkcji jak Łowca trolli, Autopsja Jane Doe czy Demeter: Narodziny zła. Fabuła skupia się na młodej parze – Tylerze i Maddie, w których wcielają się Jacob Scipio oraz Lou Llobell. Zakochani pewnego dnia postanawiają porzucić dotychczasowy tryb życia i wyruszyć w podróż kamperem. Niestety, ich sielankę przerywa tragiczny wypadek, którego stają się świadkami. Gdy zatrzymują się przy miejscu zdarzenia, nieświadomie sprowadzają do swojego pojazdu demoniczną istotę pragnącą tylko jednego – śmierci swoich współpasażerów.

Sam pomysł na fabułę, choć dość naiwny, wydaje się naprawdę interesujący. Horror opiera się przede wszystkim na legendach i przesądach funkcjonujących wśród społeczności podróżników. A to już samo w sobie stanowi ogromny atut produkcji. W końcu każdy z nas słyszał w dzieciństwie różnego rodzaju mity i straszne historie. Powrót do tych motywów w dorosłości potrafi obudzić lekki niepokój czy ekscytację, gdy dawne opowieści zaczynają ożywać na ekranie.

fot. główna: materiały promocyjne

Niestety, film kompletnie nie wykorzystuje tego potencjału. Zamiast rozwinąć motyw legend i nadać mu głębi, Pasażer ogranicza się jedynie do zaczerpnięcia z nich pomysłu na głównego antagonistę i osadzenia historii w odpowiednich realiach. Reszta to niestety festiwal przewidywalnych jumpscare’ów, które z czasem przestają straszyć, a zaczynają zwyczajnie irytować. Podobnie wygląda sama fabuła. Historia jest nużąca, rozwlekła i ostatecznie rozczarowująca finałem. Przez większą część filmu kilka się dzieje, a Pasażer wydaje się niczym więcej jak prostym kinem drogi, regularnie przerywanym tanimi, bezsensownymi próbami wywołania strachu.

Sam antagonista, czyli demon nawiedzający bohaterów, również nie wyróżnia się niczym szczególnym. Nie wiemy o nim praktycznie nic, a Øvredal choćby nie próbuje nadać mu głębi czy stworzyć interesującej mitologii. Zamiast tego skupia się wyłącznie na tym, by potwór wyglądał i zachowywał się „strasznie”, całkowicie zaniedbując jego fabularne tło. Jedynymi momentami, w których film stara się w jakikolwiek sposób wyjaśnić obecność tej istoty, są scena rozmowy ze starą nomadką oraz sam finał. W przypadku starszej kobiety otrzymujemy jedynie bardzo ogólnikową przypowieść o demonie prześladującym podróżnych. Finał natomiast jest niczym innym jak domknięciem całego wątku potwora w najprostszy i najbardziej przewidywalny sposób.

fot. materiały promocyjne

Pasażer miał w mojej głowie potencjał, by być czymś więcej niż kolejnym tanim straszakiem. Zwiastun obiecywał interesujące podejście do kina drogi, takie, które poza motywem podróży oferuje także interesujące tło czerpiące garściami z legend i mitów. Ostatecznie film okazał się jednak kolejnym nijakim horrorem, którego jedyną siłą napędową są tanie jumpscare’y. A szkoda, bo pod warstwą wtórności naprawdę krył się pomysł, z którego można było wycisnąć znacznie więcej.


fot. główna: grafika własna

Idź do oryginalnego materiału