Od "Kanału" do "Pamiętnika". Filmy o Powstaniu Warszawskim

rdc.pl 1 godzina temu
Zdjęcie: Sceny na ulicy Małej (autor: Kadr z serialu Kolumbowie, odc. 4 Oto dziś…, reż. Janusz Morgenstern, 1970, vod.tvp.pl)


Palma złagodziła

Filmowy obraz Powstania w dobie PRL z oczywistych względów nie mógł być pełny. Nie można było mówić o dwuznacznej roli Stalina i armii sowieckiej, która zatrzymała się na Pradze i przyglądała agonii walczących Polaków. Co nie oznacza, iż reżyserzy nie podejmowali trudnego tematu. Wręcz przeciwnie – jedne z najważniejszych filmów tamtego okresu dotyczą Powstania i wchodzą w odważną polemikę z jego mitem. Mowa oczywiście o nakręconym w 1957 roku "Kanale", w którym Andrzej Wajda pokazał klęskę Powstania. "Sukces w Cannes, gdzie publiczność i krytyka zainteresowały się samym filmem, a nie tylko jego kontekstem politycznym, a zwłaszcza Nagroda Jury, czyli tak zwana Srebrna Palma, złagodziły nieco sądy polskich widzów i niektórych krytyków – wspominał reżyser. "Trudno się dziwić polskiej widowni – stanowili ją w dużej części uczestnicy Powstania lub rodziny, które straciły w Warszawie swoich najbliższych. Ten film nie mógł ich usatysfakcjonować. Wylizali już rany, opłakali bliskich i teraz chcieli zobaczyć ich moralne i duchowe zwycięstwo, a nie śmierć w kanałach. Stąd niechętne komentarze; domagano się akceptacji Powstania Warszawskiego pomimo jego klęski".

Warszawski cwaniak

Najbardziej radykalnie rok później zrobił to Andrzej Munk. W "Eroice", sztandarowym dziele szkoły polskiej odarł z patriotycznego patosu nie tylko powstańczą rebelię ale i żołnierski etos. Bohaterem "Scherzo alla polacca" jednej z dwóch noweli, składających się na film, zrobił Dzidziusia Górkiewicza (w kreacji Edwarda Dziewońskiego), "warszawskiego cwaniaka", całkiem nieźle dającego sobie radę w okupacyjnych realiach. Wybuch Powstania niespodziewanie stawia go w nowej sytuacji, staje się bohaterem mimo woli - ma pośredniczyć między naszym dowództwem a oddziałem Węgrów, którzy chcą przejść na stronę Polaków. Ta śmiertelnie ważna i poważna misja zamienia się w ciąg humorystycznch perypetii i zyskuje rys tragikomiczny – polemizujący ze społeczną aurą wokół Powstania - przez wielu uznany za obrazoburczy. Echa szkoły polskiej pobrzmiewają także we wspomnianych "Kolumbach" według prozy Romana Bratnego, które opowiadają o okupacji, podziemiu i Powstaniu z perspektywy ówczesnych dwudziestolatków, których porwała wielka historia.

Inny film tego reżysera, "Godzina W" z 1979 roku, skupia się na wydarzeniach pierwszego dnia walk i losach oddziału AK, który pozbawiony wsparcia musi wykonać samobójczy rozkaz. Te trzy tytuły to najciekawsze obrazy powstania w kinie polskim do 1989 roku. Łączy je postać scenarzysty – Jerzego Stefana Stawińskiego - były żołnierza AK, weterana, uczestnika walk na Mokotowie. Oraz scenografia – część zdjęć kręcona była w naturalnych plenerach. Nic dziwnego – pokryte śladami po pociskach i wybuchach elewacje wielu warszawskich kamienic wyglądały choćby w latach 70. tak, jakby walki zakończyły się wczoraj. Notabene w "Godzinie W" zagrały czynszówki przy ulicy Jagiellońskiej, które do dziś nie doczekały się remontu.

Chcieli "Szeregowca"

Po upadku komunizmu, wbrew oczekiwaniom, filmowcy początkowo omijali temat Powstania. Andrzej Wajda zrealizował dyskusyjny "Pierścionek z orłem w koronie" (1993). Część publicystów domagała się superprodukcji na miarę "Szeregowca Ryana", najlepiej z udziałem gwiazdy z Hollywood, która wprowadziłaby Powstanie Warszawskie do globalnej kultury masowej i raz na zawsze uświadomiła społeczności międzynarodowej, iż nie należy go mylić z walkami w getcie. Inni domagali się przede wszystkim prawdy historycznej, którą w peerelowskich produkcjach fałszowała cenzura – pomijając rolę Armii Krajowej, wyolbrzymiając rolę partyzantki komunistycznej i wybielając postawę czerwonoarmistów. Jeszcze inni chcieli zobaczyć film bez bohaterskiej i ojczyźnianej retoryki, skupiony na emocjach i pokazany z perspektywy młodych ludzi, analizujący postawy i wybory, bez ferowania ocen.

Miasto i reporterzy

Najbliżej zaspokojenia oczekiwań pierwszej grupy kinomanów był Jan Komasa, który "Mieście 44" z 2014 roku opowiedział o powstańczych doświadczeniach językiem popkultury. "Groza narasta, ale estetyka transu, w jakiej opowiedziany jest ten film, oswaja z potwornością" – recenzował wybitny krytyk filmowy Tadeusz Sobolewski. "Jatka zostaje wpisana w szereg innych kinowych jatek, realnych i nierealnych. Widz zostaje postawiony w sytuacji bohaterów, poddany terapii szokowej. Oglądając "Szeregowca Ryana" Spielberga, miało się wrażenie, iż któraś ze śmigających na ekranie kul trafi w końcu widza. Tu jest niby podobnie. Zasadnicza różnica polega na tym, iż w "Mieście 44", gdzie pozornie tyle się dzieje, dramaturgia jest dość wątła. "Trzeba było zagłady miasta, żeby chłopak i dziewczyna mogli się spotkać?" - konkludował Sobolewski.

Niedosyt, który pozostał po obejrzeniu "Miasta 44" zaspokaja inny obraz zrealizowany według pomysłu Jana Komasy. To "Powstanie Warszawskie" (2013), fabularyzowany dokument, zmontowany w całości z materiałów archiwalnych. Kanwą filmu, w którym wykorzystano autentyczne kroniki powstańcze z sierpnia 1944 roku, są dzieje dwóch młodych reporterów, świadków walk.

Filmowej adaptacji ciągle nie doczekał "Pamiętnik z Powstania Warszawskiego" Mirona Białoszewskiego – jeden z najważniejszych literackich obrazów hekatomby, ukazującej wydarzenia z perspektywy zwykłych warszawiaków, cywili. Póki co, pozostaje nam lektura książki albo seans teatru telewizji. W 2004 roku Maria Zmarz-Kocanowicz zrealizowała spektakl według "Pamiętnika" z wybitną kreacją Adama Woronowicza.

Idź do oryginalnego materiału