"Paradise" to zupełnie inny serial w 2. sezonie. Sprawdzamy, czy zmienił się na lepsze – recenzja

serialowa.pl 2 godzin temu

Większy świat, więcej bohaterów i jeszcze więcej twistów. „Paradise” wróciło odmienione w 2. sezonie, ale niezmiennie pozostaje serialem, od którego bardzo trudno się oderwać.

Aż zbyt dobrze pamiętam, jak recenzując przed rokiem 1. sezon „Paradise”, musiałem się nagimnastykować, żeby nie zdradzić przedwcześnie „bunkrowego” twistu. Dziś „Paradise” wraca z 2. sezonem (na Disney+ można już oglądać trzy pierwsze odcinki) i choć pisać jest o nim znacznie łatwiej, serial Hulu wcale nie skrywa mniej tajemnic. Wręcz przeciwnie, bo otwarcie serialowego świata stworzyło twórcom jeszcze więcej możliwości, z których skrzętnie korzystają.

Paradise sezon 2 – wyjście z bunkra to dopiero początek

Podstawowa zmiana w 2. sezonie (widziałem już wszystkie odcinki poza finałem) polega na tym, iż „Paradise” przeistoczyło się z politycznej intrygi z twistem w pełnowymiarową postapokaliptyczną dramę. Tym razem Dan Fogelman i spółka darują nam więc już zabawę w kotka i myszkę z tajemniczym mordercą prezydenta (pamiętacie jeszcze w ogóle, kto nim był?), zamiast tego od początku stawiając na historię końca świata i… całkiem nową bohaterkę.

Nie zdradzając za wiele, mogę wam powiedzieć, iż zanim akcja wróci na dobre do znajomych postaci, najpierw spędzimy trochę czasu w towarzystwie niejakiej Annie (Shailene Woodley, „Wielkie kłamstewka”) – niedoszłej lekarki mogącej się pochwalić ponadprzeciętną wiedzą na temat Elvisa Presleya. Ale co ma ona wspólnego z resztą?

„Paradise” (Fot. Hulu)

Co nieco na ten temat ujawnił już zwiastun 2. sezonu, z którego mogliście się dowiedzieć, iż Annie to jedna z ocalałych pozostałych na powierzchni, a jej los połączy się z szukającym żony Xavierem (Sterling K. Brown). To jednak tylko początek, bo „Paradise” nie byłoby przecież sobą, gdyby nie miało w zanadrzu kilku fabularnych bomb.

Nie sugerujcie się więc tym, co zobaczycie na początku nowej serii i bądźcie cierpliwi. Prędzej niż później twórcy wrócą do każdego z porzuconych przed rokiem wątków, a łącząc je z nowymi, będą rozwijać całą historię, czasem w dość zaskakujących kierunkach.

Paradise w 2. sezonie mocno rozwija serialowy świat

O ile jednak zmian w 2. sezonie „Paradise” ogólnie nie brakuje, przez co pod wieloma względami wygląda on zupełnie inaczej od poprzednika, o tyle sam koncept serialu pozostał identyczny. Jego głównym założeniem pozostaje więc szokowanie widza twistami, im bardziej emocjonalnymi i zmieniającymi dotychczasową perspektywę, tym lepiej. Ale czy to może wciąż działać, skoro znamy już twórczą taktykę?

„Paradise” (Fot. Hulu)

Sprawie na pewno pomaga fakt, iż wraz z opuszczeniem przez Xaviera bunkra pod koniec 1. sezonu, cały serialowy świat w jednej chwili znacznie się poszerzył. Choć wnętrze góry w Kolorado pozostaje istotnym miejscem akcji, gros czasu spędzamy w nowych odcinkach na powierzchni, która bynajmniej nie jest tak niezdatna do przeżycia, jak nam wmawiano. Przemieszczanie się między różnymi lokacjami, doprawione oczywiście obowiązkowymi u Fogelmana retrospekcjami, odejmuje co prawda opowieści nieco z klaustrofobicznego poczucia zamknięcia, ale w dłuższej perspektywie wychodzi jej na dobre.

Zwłaszcza iż twórcy nie tracą czasu i od początku szczelnie wypełniają fabułę wątkami. Są tu historie całkiem nowych bohaterów, jak wspomnianej już Annie, której oczami poznajemy świat po katastrofie, czy Linka (Thomas Doherty, „Plotkara”), skrywającego liczne tajemnice lidera grupy ocalałych. Są powracające postaci, jak dochodząca do siebie i wciąż pociągająca w bunkrze za sznurki Sinatra (Julianne Nicholson), czy odgrywająca w tym sezonie dużą rolę Jane (Nicole Brydon Bloom). Jest wreszcie Xavier, którego wielką wyprawę w poszukiwaniu Teri (Enuka Okuma) można uznać za oś całej historii. Wszystko razem składa się na treściwą i pozbawioną dłużyzn opowieść, która wydaje się doskonale wiedzieć, dokąd zmierza i jak zamierza tam dotrzeć.

Paradise sezon 2 to kolejne twisty i szokujące momenty

Co jednak najważniejsze z perspektywy widza, to iż prowadząca do celu droga jest naprawdę intrygująca. choćby jeżeli twórcom zdarza się nadwyrężać ramy prawdopodobieństwa, w których się poruszają, nie jest to przekroczenie granicy, zza której nie ma już powrotu. No, przynajmniej na razie nie, bo niepokazany krytykom finał może coś w tej kwestii zmienić. Ale to temat na później.

„Paradise” (Fot. Hulu)

Na teraz większe znaczenie ma, iż „Paradise” w dalszym ciągu potrafi zarówno robić pożytek z najważniejszych postaci, których wątki rozwijają się w ciekawych kierunkach, jak i skutecznie grać emocjami widza. Choć w tym sezonie nie ma odcinka robiącego aż takie wrażenie, jak „The Day” (który uznaliśmy za jeden z najlepszych odcinków seriali w 2025 roku), to są chwile, które zostaną w pamięci na długo, a choćby wstrząsną oglądającymi. Sam jestem ciekaw odbioru pewnych decyzji twórców, wobec których osobiście nie mam stuprocentowego przekonania. Natomiast odwagi nie mogę im odmówić w najmniejszym stopniu.

Jasne, iż czasami ta odwaga ociera się wręcz o brawurę, ale też trzeba wziąć poprawkę na rodzaj produkcji, z jaką mamy do czynienia. Tutaj wiarygodność emocjonalna jest o wiele ważniejsza od logiki, więc zarzuty wobec tej drugiej (liczne) nie mogą przeważać nad przeżyciami, jakie towarzyszą seansowi. A iż tych mi nie brakowało, to byłem w stanie wybaczyć wiele. Począwszy od mało kreatywnych wizji dręczących Xaviera, przez problemy z zagospodarowaniem licznej obsady (zwłaszcza „zabunkrowanej” młodzieży wspieranej przez Krys Marshall w roli Nicole Robinson), a skończywszy na fabularnych schematach opartych na rozbudowanych retrospekcjach (które pozwoliły powrócić praktycznie wszystkim z 1. sezonu, w tym Jamesowi Marsdenowi).

Paradise w 2. sezonie skutecznie przykuwa do ekranu

Ostatecznie wady nie rzutują jednak bardzo mocno na 2. sezonie „Paradise”, który broni się jako całość poskładana z wielu różnych elementów. Od postapokalipsy w wersji light, przez klasyczny romans i dramat obyczajowy, po wciągającą serialową zagwozdkę, która dwadzieścia lat po „Lost” znów każe się widzom zastanawiać, jakie sekrety skrywa tajemniczy bunkier. Tylko czy to wciąż działa?

„Paradise” (Fot. Hulu)

Ku mojemu zdziwieniu – tak, bo ten sezon oglądało mi się lepiej od poprzednika, mimo iż można go uznać zarówno za bardziej naciągany, jak i mniej oryginalny od niego. Nie nastawiałem się jednak na to, iż rozszerzenie serialowego świata, dodanie do niego nowych elementów i rozbudowa starych, a także typowe dla Fogelmana emocjonalne zagrywki, stworzą całkiem nową jakość. Liczyłem tylko, iż ciekawie rozwiną pierwotny koncept, który nie okaże się jednorazowym wystrzałem. To w połączeniu z rzetelnością wykonania wystarczyło, żeby przykuć moją uwagę, ale czy możemy mówić o kroku naprzód?

To zależy od trzech rzeczy. Po pierwsze, od wrażenia, jakie zrobią na was melodramatyczne zwroty akcji. Po drugie, od stopnia, w jakim kupicie sieć fabularnych powiązań między bohaterami. I po trzecie, od waszej odporności na absurdy (oraz kolejne, jeszcze bardziej zawodzące covery muzycznych hitów z lat 80.). Owszem, w „Paradise” dużo się zmieniło, ale fundament tej historii, w który wpisane jest swego rodzaju tandeciarstwo, pozostał nienaruszony – albo wsiąkniecie w nią po uszy, albo odbijecie się jak od od ściany.

Paradise sezon 2 – nowe odcinki w poniedziałki na Disney+

Idź do oryginalnego materiału