Od czasu "Skywalker. Odrodzenia" do skutku nie doszło tyle zapowiedzianych produkcji ze świata "Gwiezdnych wojen", iż można by było z nich stworzyć osobne uniwersum. W niebycie przepadły m.in. seria D. B. Weissa i Davida Benioffa, trylogia Riana Johnsona czy filmy, pod którymi mieli podpisać się Kevin Feige i Taika Waititi. Mając do wyboru cały katalog projektów, Lucasfilm postanowił odłożyć je na bok i zdecydować się na sprawdzoną już markę – tym sposobem na wielkie ekrany trafiła kinowa przygoda Mandalorianina i Grogu.
Bohaterów tych poznaliśmy w 2019 roku, gdy zadebiutował serial o ich perypetiach (wówczas Grogu nazywany był przez fanów jeszcze Baby Yodą). Premiera pierwszego sezonu była niemałym wydarzeniem – nie dość, iż był to pierwszy aktorski serial ze świata "Gwiezdnych wojen", to jeszcze pokazywał go z nieco innej perspektywy. Dzięki kolejnym zadaniom tytułowego bohatera mieliśmy okazję zajrzeć "za kulisy" odległej galaktyki i bliżej poznać kolejne rasy czy planety, a całość utrzymywała interesujący, westernowy klimat. Z czasem "The Mandalorian" stał się częścią większej serialowej całości (scenarzyści postawili na jego drodze m.in. Ahsokę Tano i Bobę Fetta), ale filmowa wersja nie wymaga, żeby widz znał trzy dotychczasowe sezony i całą resztę tzw. "Mandoverse" – to po prostu kolejna autonomiczna historia z udziałem tytułowych bohaterów.
No właśnie – "Mandalorian i Grogu” jest w zasadzie kolejną odsłoną serialu, o tyle wyjątkową, iż możemy jej doświadczyć na wielkim ekranie. Podczas seansu trudno pozbyć się wrażenia, iż film Jona Favreau (jednego z ojców serialowego "The Mandalorian") strukturalnie przypomina kilka zmontowanych ze sobą epizodów. Szczególnie wyraźnie odznacza się to mniej więcej w połowie filmu, gdy następuje moment, który równie dobrze mógłby być zakończeniem całości, po czym przechodzimy w kolejny "odcinek". Trudno powiedzieć, na ile to celowe zagranie Favreau i współtwórców scenariusza – Dave’a Filoniego i Noah Kloora – a na ile efekt tego, iż po prostu trudno przychodzi im napisanie pełnometrażowej historii o Mando.
Jak by nie było, "Mandalorian i Grogu" to produkcja, której bliżej do pierwszego sezonu serialu, a nie do części większego uniwersum Favreau i Filoniego. Fabuła jest bardzo prosta – główny bohater na zlecenie Nowej Republiki wyrusza schwytać tajemniczego imperialnego watażkę, a przy okazji ma znaleźć i uwolnić uprowadzonego Hutta – Rottę, syna Jabby.
Postać ta pojawiła się po raz pierwszy w animowanych "Wojnach klonów" (i tam również potrzebowała ratunku) – wtedy była jednak jeszcze małym dzieckiem, teraz zaś jest wyjątkowo umięśnionym młodzieńcem, który z łatwością pokonuje przeciwników na arenie. Nie oznacza to, iż charakterem przypomina swojego ojca. Przeciwnie, wyraźnie się od niego odcina, a scenarzyści sporo miejsca poświęcają budowaniu charakteru Rotty, co – chyba dość zaskakująco – czyni go najbardziej interesującym bohaterem całości. A przy okazji całkiem nieźle tłumaczy obsadzenie w tej roli Jeremy’ego Allena White’a – naturalna melancholia tego aktora dobrze się tu sprawdza, choćby jeżeli jego postać to olbrzymi kosmiczny ślimak. Zmarnowano za to Sigourney Weaver – oczywiście miło zobaczyć tę aktorkę w świecie "Gwiezdnych wojen", ale zwyczajnie nie ma ona za dużo do pogrania, bo jej postać sprowadza się w dużej mierze do tego, by zlecać bohaterowi kolejne misje i/lub komentować poprzednie. Już bardziej w pamięć zapada postać, której głosu użycza gościnnie Martin Scorsese.
Sami Mandalorian i Grogu są w zasadzie tacy, jak w serialu. Ten pierwszy wciąż jest ojcem numer jeden w galaktyce, a drugi bawi i urzeka swoimi perypetiami. Na szczęście Favreau nie traktuje go wyłącznie jako maskotki i Grogu rzeczywiście ma tu jakąś sprawczość (to w większości do niego należy druga połowa filmu). Inna sprawa, iż "Mandalorian i Grogu" nie jest filmem, który jakkolwiek rusza ich wątek do przodu – przygoda się zaczyna, trwa i kończy. Tyle.
Mimo to całość ogląda się przyjemnie – owszem, stylistycznie film Favreau nie różni się od telewizyjnego formatu (przy czym pamiętajmy, iż serialowy "The Mandalorian" zawsze miał adekwatnie kinową jakość), a wizualnie nie zachwyca ze względu na nagromadzenie ciemnych i ciasnych lokacji, ale nadrabia dawką uroku i dobrym tempem. Favreau regularnie podrzuca sceny akcji i dba o to, by nie były powtarzalne – mamy tu pościgi, walki z kosmicznymi stworami, starcie z maszynami kroczącymi, pojedynki ze szturmowcami, a choćby krótką bitwę powietrzną. Nie jest to coś, czego byśmy już w tym uniwersum nie widzieli, ale zrealizowane jest na tyle kompetentnie, iż pozwala się naprawdę dobrze bawić (młodsi widzowie, w tym mój syn, żywo reagowali na kolejne wydarzenia). A do tego zilustrowane jest znakomitą muzyką Ludwiga Göranssona, który nie tylko świetnie aranżuje motyw główny, ale także dodaje kilka nowych.
Powiedzmy to uczciwie: "Mandalorian i Grogu" nie jest wymarzonym, triumfalnym powrotem "Gwiezdnych wojen" do kin – większe szanse miałby na to prawdopodobnie któryś z porzuconych projektów Lucasfilmu. To bardziej sympatyczna ciekawostka, smaczek dla fanów serialu i jednocześnie otwarcie marki na młodszych widzów. jeżeli macie chęć zobaczyć Mando oraz Grogu na wielkim ekranie i nastawicie się na to, iż zobaczycie po prostu kolejną kosmiczną przygodę z ich udziałem, seans nie powinien was rozczarować – nie liczcie jednak na wysokie stawki czy wyjątkową dramaturgię. Ja do filmu Favreau z pewnością będę mieć sentyment – to pierwsze "Gwiezdne wojny", na których byłem w kinie z synem.
Bohaterów tych poznaliśmy w 2019 roku, gdy zadebiutował serial o ich perypetiach (wówczas Grogu nazywany był przez fanów jeszcze Baby Yodą). Premiera pierwszego sezonu była niemałym wydarzeniem – nie dość, iż był to pierwszy aktorski serial ze świata "Gwiezdnych wojen", to jeszcze pokazywał go z nieco innej perspektywy. Dzięki kolejnym zadaniom tytułowego bohatera mieliśmy okazję zajrzeć "za kulisy" odległej galaktyki i bliżej poznać kolejne rasy czy planety, a całość utrzymywała interesujący, westernowy klimat. Z czasem "The Mandalorian" stał się częścią większej serialowej całości (scenarzyści postawili na jego drodze m.in. Ahsokę Tano i Bobę Fetta), ale filmowa wersja nie wymaga, żeby widz znał trzy dotychczasowe sezony i całą resztę tzw. "Mandoverse" – to po prostu kolejna autonomiczna historia z udziałem tytułowych bohaterów.
No właśnie – "Mandalorian i Grogu” jest w zasadzie kolejną odsłoną serialu, o tyle wyjątkową, iż możemy jej doświadczyć na wielkim ekranie. Podczas seansu trudno pozbyć się wrażenia, iż film Jona Favreau (jednego z ojców serialowego "The Mandalorian") strukturalnie przypomina kilka zmontowanych ze sobą epizodów. Szczególnie wyraźnie odznacza się to mniej więcej w połowie filmu, gdy następuje moment, który równie dobrze mógłby być zakończeniem całości, po czym przechodzimy w kolejny "odcinek". Trudno powiedzieć, na ile to celowe zagranie Favreau i współtwórców scenariusza – Dave’a Filoniego i Noah Kloora – a na ile efekt tego, iż po prostu trudno przychodzi im napisanie pełnometrażowej historii o Mando.
Jak by nie było, "Mandalorian i Grogu" to produkcja, której bliżej do pierwszego sezonu serialu, a nie do części większego uniwersum Favreau i Filoniego. Fabuła jest bardzo prosta – główny bohater na zlecenie Nowej Republiki wyrusza schwytać tajemniczego imperialnego watażkę, a przy okazji ma znaleźć i uwolnić uprowadzonego Hutta – Rottę, syna Jabby.
Postać ta pojawiła się po raz pierwszy w animowanych "Wojnach klonów" (i tam również potrzebowała ratunku) – wtedy była jednak jeszcze małym dzieckiem, teraz zaś jest wyjątkowo umięśnionym młodzieńcem, który z łatwością pokonuje przeciwników na arenie. Nie oznacza to, iż charakterem przypomina swojego ojca. Przeciwnie, wyraźnie się od niego odcina, a scenarzyści sporo miejsca poświęcają budowaniu charakteru Rotty, co – chyba dość zaskakująco – czyni go najbardziej interesującym bohaterem całości. A przy okazji całkiem nieźle tłumaczy obsadzenie w tej roli Jeremy’ego Allena White’a – naturalna melancholia tego aktora dobrze się tu sprawdza, choćby jeżeli jego postać to olbrzymi kosmiczny ślimak. Zmarnowano za to Sigourney Weaver – oczywiście miło zobaczyć tę aktorkę w świecie "Gwiezdnych wojen", ale zwyczajnie nie ma ona za dużo do pogrania, bo jej postać sprowadza się w dużej mierze do tego, by zlecać bohaterowi kolejne misje i/lub komentować poprzednie. Już bardziej w pamięć zapada postać, której głosu użycza gościnnie Martin Scorsese.
Sami Mandalorian i Grogu są w zasadzie tacy, jak w serialu. Ten pierwszy wciąż jest ojcem numer jeden w galaktyce, a drugi bawi i urzeka swoimi perypetiami. Na szczęście Favreau nie traktuje go wyłącznie jako maskotki i Grogu rzeczywiście ma tu jakąś sprawczość (to w większości do niego należy druga połowa filmu). Inna sprawa, iż "Mandalorian i Grogu" nie jest filmem, który jakkolwiek rusza ich wątek do przodu – przygoda się zaczyna, trwa i kończy. Tyle.
Mimo to całość ogląda się przyjemnie – owszem, stylistycznie film Favreau nie różni się od telewizyjnego formatu (przy czym pamiętajmy, iż serialowy "The Mandalorian" zawsze miał adekwatnie kinową jakość), a wizualnie nie zachwyca ze względu na nagromadzenie ciemnych i ciasnych lokacji, ale nadrabia dawką uroku i dobrym tempem. Favreau regularnie podrzuca sceny akcji i dba o to, by nie były powtarzalne – mamy tu pościgi, walki z kosmicznymi stworami, starcie z maszynami kroczącymi, pojedynki ze szturmowcami, a choćby krótką bitwę powietrzną. Nie jest to coś, czego byśmy już w tym uniwersum nie widzieli, ale zrealizowane jest na tyle kompetentnie, iż pozwala się naprawdę dobrze bawić (młodsi widzowie, w tym mój syn, żywo reagowali na kolejne wydarzenia). A do tego zilustrowane jest znakomitą muzyką Ludwiga Göranssona, który nie tylko świetnie aranżuje motyw główny, ale także dodaje kilka nowych.
Powiedzmy to uczciwie: "Mandalorian i Grogu" nie jest wymarzonym, triumfalnym powrotem "Gwiezdnych wojen" do kin – większe szanse miałby na to prawdopodobnie któryś z porzuconych projektów Lucasfilmu. To bardziej sympatyczna ciekawostka, smaczek dla fanów serialu i jednocześnie otwarcie marki na młodszych widzów. jeżeli macie chęć zobaczyć Mando oraz Grogu na wielkim ekranie i nastawicie się na to, iż zobaczycie po prostu kolejną kosmiczną przygodę z ich udziałem, seans nie powinien was rozczarować – nie liczcie jednak na wysokie stawki czy wyjątkową dramaturgię. Ja do filmu Favreau z pewnością będę mieć sentyment – to pierwsze "Gwiezdne wojny", na których byłem w kinie z synem.
















