O książkach, krytykach, choćby trochę o mnie. / leo

publixo.com 4 godzin temu

O książkach, krytykach, choćby trochę o mnie.

W USA, gdzie nowości wydawnicze wydaje się w największych nakładach, wykonano wiele badań uzyskując za każdym razem powtarzalne wyniki odsłaniające tzw. `nagą prawdę`. Otóż miażdżąca, przytłaczająca, czy jakie by tam nie było odpowiednie słowo, większość zakupionych książek nigdy nie została przeczytana, często choćby w ogóle otwarta. Do zakupu skłaniały krótkie, jak paski w telewizji recenzje w `Publishers Weekly` albo w `New York Timesie` pisarzy pracujących na taśmie: poczytnych, uznanych i przez to stanowiących wzorzec sukcesu. Albo po prostu wykreowana moda, bo z punktu widzenia handlarza sukces literacki jest tożsamy z sukcesem wydawniczym.
Kolejny, już sięgający pod skórę rozbiór dzieła w zasadzie nie zajmuje się jego zawartością. Tu ważniejsza jest biografia autora: ocena jego wyborów życiowych i postaw moralnych, wszystko okraszone pikanterią nałogów, orientacji, rozwodów oraz oczywiście: pochodzenia, statusu rodziców, koniecznie wychowania i doznanych traum. Z jednej strony twórca bez biografii prawie nie ma szans na zainteresowanie, z drugiej strony, na potrzeby odbiorcy musi być wyważona i mniej lub bardziej podprogowo korespondować z treścią dzieł, zaś autor zamierzający wejść na ścieżkę dokonań literackich już zawczasu powinien o nią zadbać. jeżeli zainteresowanie uciąć na tej warstwie poznawczej, taki Dostojewski, jeżeli już się przypadkiem znajdzie w księgozbiorze „prawdziwego Polaka” obok albumu z Janem Pawłem II”, „Trylogii”, atlasu grzybów i książki kucharskiej, powinien skończyć w wychodku, zastępując papier do dupy. Pochopnie i w nieprzemyślany sposób zaprezentowana autobiografia bywa źródłem przyszłych problemów, jak w przypadku Kosińskiego za oceanem, czy Himilsbacha na naszym podwórku. Też trochę pisał, jakby ktoś nie wiedział.
Wreszcie Prawdziwi Krytycy przystępują do dzieła! Dali mu czas, żeby się uleżało i jeżeli przedmiot zasługuje na dokładniejszą diagnozę, a także nie stanowi straty czasu, zbiera się konsylium z autorem w centrum, który miał ostatnie słowo i nie powinien się odzywać. Przeżyłem coś takiego w szpitalu, leżąc w łóżku i patrząc w sufit, oplątany rurkami na sali sąsiadującej przez ścianę z miejscową akademią medyczną. Profesorowie w otoczeniu studentów wchodzili i wychodzili, kłócili się i szastali fachowymi terminami. Z na co dzień Leo,chwilowo stałem się przedmiotem zwanym „pacjentem”, zamiast dziełem ewolucji zlepionym z lepiej lub gorzej funkcjonujących narządów, niektórych wymagających cięć i poprawek . Było to lata temu, wyszedłem o własnych siłach z diagnozą i zaleceniami, które życie rozcieńczyło przez kolejne lata. Jak książka, od której z czasem odkleja się krytyka z momentu „tu i teraz” i dalej już podąża własnym losem.
Czytałem od zawsze więcej niż dużo i kiedyś, gdy czasu miałem dostatek, mój wybór lektur był chaotyczny. Później wolne chwile trzeba było spieniężyć na środki umożliwiające utrzymanie się na powierzchni i przetrwanie Balcerowicza oraz innych fachowców z jego szkoły, naprawiających ekonomię dzięki mesla, młotka i worka na łupy. Siłą rzeczy, moje zainteresowania przez to się zawęziły: obie Ameryki, perełki z Japonii, Afryki, Skandynawia i planeta Lema, bo zrozumiałem Lema, Dicka i kilku jeszcze wizjonerów bez pomocy narzędzi, jakimi posługuje się zawodowy krytyk. Do tego, by wyłowić kicz albo plagiat, skrzywić się, jeżeli dialogi są z drewna, a nie z życia, zauważyć niedoskonałości w obrazie czy ciągłości logicznej, wystarczą mi moje własne narzędzia w dużej mierze oparte na logice, intuicji i pamięci, jakiej pewnie by się nie powstydził słoń. I żeby była jasność, nie mam nic przeciwko krytykom, pod warunkiem iż wiedzą, co mówią. Z pełną pokorą dla własnej niewiedzy, nie wchodzę fachowcom do warsztatu i nie przestawiam narzędzi.
Snuff Legiona, zresztą jak i cały cykl „DOM PEŁEN WRAŻEŃ”, jest znakomitym kawałkiem literatury stawiającej indywidualność naprzeciw opresyjnego, dążącego do unifikacji jednostek środowiska. Zmusza do zatrzymania się i próby podążenia za chaosem, fantazjami i demonami w głowie podmiotu literackiego. Tego rodzaju literatura, która podkopuje liche fundamenty, tak naprawdę ledwie uklepanego porządku rzeczy, zawsze podzieli czytelników, a sporo z nich uda, iż tekstu nie przeczytało. Tak, oczywiście przyda się szlif i korekta, ale opowieść przy ognisku czy piwie prowadzona choćby mało literacko potrafi zachwycić treścią. Wypada ją tylko ubrać przed pokazaniem na salonach, nie dla niej samej i dla autora, ale dla gości.
Legion na pewno prowokuje do myślenia (choć niektórych może to boleć) oraz inspiruje, przykładowo do napisania tego artykułu, a jak to bywa z inspiracjami, trzeba je łapać, póki ciepłe. Jakiś czas temu zamieścił tekst zawierający test polegający na wyborze drogi przez dżunglę i znakach, czy co tam było, nie chce mi się się sięgać do źródła. Przeleciały mi w myślach zapamiętane z wojaży i te całkiem wyobrażone obrazy, po czym dosłownie spod palca napisałem opowiadanie „Tam, gdzie kwitną bambusy”. Bo ja podobno myślę obrazami, jak to kiedyś skategoryzował pewien uznany specjalista od dusz w prywatnej rozmowie o pierdołach. Dlatego na pytanie: „o czym myślisz?”, zwykle wzruszam ramionami. Za podobnie bezsensowne uważam szkolne: „co autor miał na myśli?

– A bo ja wiem?
Idź do oryginalnego materiału