15 czerwca 2025 Wpis w dzienniku
W Krakowskiej Bibliotece Publicznej panuje zawsze cisza, choćby gdy wchodzą czytelnicy. Jadwiga nigdy nie zwraca uwagi na hałas zaraz po otwarciu wielkich regałów z tomami ludzie zatrzymują się, rozglądają, po czym spokojnie podchodzą do niej.
Dzień dobry zawsze grzecznie wita się z bibliotekarką, po czym pytają o konkretną pozycję.
Dzień dobry odparła ona z uśmiechem, wsłuchując się w kolejne zapytanie.
Jadwiga jest z natury życzliwa, uprzejma i praca w bibliotece wydaje się jej stworzona. Często myśli: Cóż za szczęście, iż los poprowadził mnie na tę drogę; nie wyobrażam sobie miejsca, w którym mogłabym pracować tak spokojnie i z pasją. Gdy praca sprawia radość, ludzie przychodzą tu uprzejmi.
Zdarzały się oczywiście sytuacje, kiedy jakiś czytelnik w pośpiechu żądał książki, patrzył niecierpliwie, a Jadwiga musiała odnaleźć tytuł i wypełnić kartę. Zawsze pozostawała cierpliwa i nie podnosiła głosu.
Od dziecka kochała czytać, więc wybór zawodu był dla niej oczywisty książki są jej żywiołem. Znała się na nich doskonale, była dobrze obeznana i przeczytała już niejedną powieść.
W czasie, gdy jej koleżanki biegały na randki, wciąż żonglowały pracą i domem, rodziły dzieci, przeprowadzały się, kłóciły i godziły Jadwiga żyła po prostu, cicho i spokojnie.
Jest to kobieta o łagodnym, spokojnym głosie, zawsze poprawiająca okulary, kiedy coś nie gra. Ma szare oczy, jasne włosy spięte w kok, ubiera się schludnie i elegancko.
Miała dwadzieścia siedem lat, a dwa dni po urodzinach do biblioteki wszedł przystojny młody mężczyzna w okularach. Spojrzała na niego i pomyślała:
Miły facet, nie mniej niż trzydzieści lat.
Zauważyłam, iż dotąd nie przywiązywałam wagi do mężczyzn, którzy przychodzą do biblioteki, a nagle zwróciłam uwagę.
Dzień dobry przywitał się nieśmiały gość.
Dzień dobry odpowiedziała Jadwiga.
Po chwili namyślenia wymienił tytuł, patrząc na imponujące regały, i poprawił okulary:
Czy macie tę książkę?
Proszę chwilę poczekać, jest dostępna, leży w górnym rzędzie powiedziała i poszła po nią.
To był Tadeusz, nieśmiały inżynier pracujący w dziale architektury, przeglądający stare plany i projektujący nowe. Gdy wrócił z książką, uśmiechnął się ciepło.
Jadwiga usiadła przy stole i wypełniła kartę, odczytując imię gościa Tadeusz. Podpisał ją, ale stał niepewnie, jakby nie wiedział, co zrobić.
Dziękuję przypomniał sobie, iż nie podziękował.
Proszę bardzo odpowiedziała.
W tej chwili coś się wytworzyło między nimi patrzyli na siebie w milczeniu, nie potrafili odejść ani mówić. Czas płynął, a jedynie Jadwiga przerwała ciszę.
Panie Tadeuszu, potrzebuje Pan jeszcze jakiejś książki?
No w sumie nie zawahał się, po czym odważył się zapytać.
Znasz moje imię, a jak Ty? jeżeli to nie tajemnica.
Jadwiga odpowiedziała nieśmiało.
Hmm, Jadwiga piękne imię, bardzo polskie. Myślałem o tym od razu rzekł, po czym poczuł ulgę, widząc jej podobną nieśmiałość.
Dziękuję, powtórzył Tadeusz, zwrócę książkę w nienaruszonym stanie. Do widzenia.
Nie mam wątpliwości, do widzenia odparła uprzejmie.
Nie wątpiałem, iż zwróci książkę był starannie ubrany w wyprasowane spodnie, białą koszulę, krawat i dopasowany garnitur, a buty lśniły jak nowo wypolerowane monety.
Tadeusz wyszedł, a Jadwiga długo o nim myślała.
Jesteśmy jak dwie bratnie dusze pomyślała, rozumiem go i czuję
Potem uśmiechnęła się i dodała:
Co ja? Nigdy nie zwracałam takiej uwagi na czytelników.
Tadeusz po wyjściu z biblioteki nie mógł przestać o niej myśleć.
Co za urocza bibliotekarka, to jej miejsce pomyślał, a ja nie potrafię znaleźć odpowiednich słów, by ją pochwalić Moja nieśmiałość tylko mi przeszkadza. Teraz nie wiem, jak żyć spokojnie, bo jej obraz w mojej głowie nie znika.
Po obiedzie ciężko mu było pracować w dziale, myśli błądziły wśród planów, a przed oczami ciągle była Jadwiga.
Co to za zjawa? zastanawiał się, patrząc na rysunki, ale nic nie pomagało.
Następnego dnia, w przerwie na lunch, pod pretekstem wypożyczenia kolejnej książki, udał się znów do biblioteki.
Dzień dobry, Jadwigo podniosła na niego wzrok, a on poczuł, iż jej spojrzenie mówi wiele.
Dzień dobry uśmiechnęła się, jak do starego przyjaciela potrzebuje Pan jeszcze książki?
Tadeusz, zaczerwieniony, zebrał się i powiedział:
Nie, przychodzę pod pretekstem, ale chcę przyznać się szczerze Podobasz mi się przepraszam
Uśmiech Jadwigi rozświetlił jej twarz, a policzki lekko zaróżowiały się.
Po co przeprosiny? Ja też zauważyłam, iż wczoraj mi się podobałeś, spałam wtedy niespokojnie.
On odetchnął z ulgą:
Ja również. Nie zamknąłem oczu od tego spotkania.
Zapanowała niezręczna cisza. Jadwiga czekała na jego słowa, a on w końcu odważył się:
Jadwigo, czy mogę odprowadzić Cię do domu po pracy?
Mogę odpowiedziała nieśmiało, uśmiechając się delikatnie.
Od tego dnia nasze spotkania płynnie przechodziły w spacery po parku, gdzie Tadeusz z zapałem opowiadał o swojej pracy, a ja dzieliłam się opowieściami o książkach.
Tadeuszu, wiesz, książki są jak ludzie, każda ma swoją duszę mówiłam, a on nie kwestionował mojego porównania, rozumiejąc, jak ważna jest dla mnie ta praca.
Gdy nadeszła chłodna jesień, spędzaliśmy długie godziny przy herbacie w mojej kuchni, czasem milcząc, patrząc na siebie i zgadzając się bez słów:
Dobrze nam razem choćby w ciszy
Dzieliliśmy się marzeniami i radościami. Marzyłam o Wenecji, czytałam o niej i opowiadałam mu, a on wyobrażał sobie, iż płyniemy gondolą po wąskich kanałach.
Pewnego weekendu przyszedł z bukietem czerwonych róż.
To dla Ciebie, Jadwinko. Chcę z Tobą wyjść za mąż, od dawna mam to w planie Czy się zgodzisz?
Zgadzam się odparłam, bez wahania i z radością.
Ślub był skromny, nie z powodu braku hałasu, ale dlatego, iż nie mieliśmy pośpiechu. Żyliśmy powoli, w zgodzie, szczęśliwi, iż odnaleźliśmy siebie, choć po latach nie udało nam się mieć dziecka.
Nie poddaliśmy się jednak. Adoptowaliśmy czarnego kota, którego nazwaliśmy Mruzek, kupiliśmy działkę pod letni domek. Tak toczyło się nasze życie: praca, domek, wieczorne książki, rozmowy przy herbacie i mruczenie Mrzka. Na działce Tadeusz budował budki dla ptaków, ja robiłam skarpetki i pielęgnowałam kwiaty. Sąsiedzi rzadko zaglądali i szeptali, iż żyjemy nudno, choć my nigdy się nie nudziliśmy. Tadeusz codziennie parzył kawę w starej kawiarce, nalewał ją do pięknych filiżanek, a ja dorzucałam okruchy chleba dla wróbli przy oknie. Lato spędzaliśmy na działce, zimą wracaliśmy, słuchając trzasku drewna w kominku. Mówiliśmy mało po co słowa, gdy wszystko jest jasne?
Przez wiele lat starzy, spokojni, nie spieszaliśmy się z miłością, bo kochaliśmy się zawsze. Gdy nadszedł czas przejścia na emeryturę, częściej przebywaliśmy na działce. Uwielbialiśmy ciszę, nasz dom przy lesie, śpiew ptaków i letnie grzyby. Sąsiedzi szanowali nas za tę spokojną egzystencję.
Pewnego dnia Tadeusz wrócił z sklepu z piękną butelką wina i owocami rzadko pijemy alkohol. Wyciągnął dwa kieliszki z szafki, przetarł je ręcznikiem kuchennym, którym zawsze wycierał naczynia, gdy ja myłam je. Usiadł przy stole i nalał wino.
Wznieśli kieliszki.
Za nas? zapytała ja.
Nie odparł Tadeusz, wyciągając z kieszeni dwa bilety lotnicze za Wenecję.
Zamarłam. Całe życie marzyliśmy o tym miejscu, ale ciągle odkładaliśmy: praca, domek, chorujący kot.
Ale my już starzy westchnęłam.
Nie starzy, a po prostu doświadczeni uśmiechnął się i leciemy.
Poleciliśmy i cieszyliśmy się wąskimi kanałami, płynąc gondolą pod mostami, śmiejąc się jak nastolatkowie. Spacerowaliśmy po placach, ja w słomkowym kapeluszu, on z aparatem w ręku. Pewnego wieczoru, gdy słońce zachodziło nad laguną, Tadeusz wyznał:
Jak bardzo jestem szczęśliwy z Tobą, Jadwinko, jak Cię kocham
Dziękuję, iż mnie oświadczyłeś, wiedziałam, jak trudne to było Dziękuję za spełnienie marzenia. Nic więcej nie potrzebuję, byśmy zawsze byli razem.
Śmialiśmy się, bo to było nasze wspólne pragnienie. Tak dalej żyliśmy, nie spiesząc się.
Lekcja, którą wyniosłem z tych lat: prawdziwa miłość nie wymaga pośpiechu, a cisza i codzienne gesty potrafią zbudować najtrwalsze więzi.






