"Najdroższy Czytelniku!" - na to powitanie czekałam bardzo długo i wprost muszę przyznać, iż gdy po raz kolejny te słowa padają w serialu, czuję ciarki ekscytacji. Czwartego sezonu "Bridgertonów" wypatrywałam miesiącami i z euforią obserwowałam wszystkie nowe informacje. Tym razem osią fabuły został Benedict - drugi brat z rodu Bridgertonów, który długo korzystał z tego, iż jest bogaty i nie ciążą na nim żadne obowiązki. Malował, balował i sypiał, z kim popadnie - jednym słowem korzystał z przywilejów, jakie dał mu los. Wszystko zmienia się jednego wieczoru. Jest zmuszony wziąć udział w balu organizowanym przez matkę, która za punkt honoru stawia sobie postawienie syna na ślubnym kobiercu. Nie trzeba specjalnie podkreślać tego, iż Benedict nie jest zachwycony tym pomysłem. Jednak nie potrafi odmówić kobiecie, która poświęciła całe życie na wychowanie jego i całego rodzeństwa. Te decyzja odciska się piętnem na jego życiu. Reklama
"Bridgertonowie": nowy Kopciuszek
Podczas balu maskowego Benedict poznaje tajemniczą damę w srebrnej masce. Kobieta jest pod każdym względem wyjątkowa - nie jest zwykłą trzpiotką, ma swoje zdanie i potrafi zachwycić się najdrobniejszą rzeczą. Benedict jest zaintrygowany. Od dawna nie spotkał takiej osoby, a jeden powolny taniec w świetle księżyca zmienia cały jego światopogląd. Niestety czar pryska - wybija północ, a kobieta znika. O tym, iż spotkanie nie było snem lub majakami po zbyt dużej ilości alkoholu, świadczy tylko pozostawiona rękawiczka. Odnalezienie Srebrnej Damy staje się nową obsesją Benedicta.
Muszę przyznać, iż taka wersja Kopciuszka kupiła mnie z miejsca. Od pierwszego sezonu czekałam na romans Benedicta, jednak jest jedno małe "ale". To nie Bridgerton podbił moje serce w tym sezonie, a Sophie - skromna dziewczyna, która potrafi marzyć i cieszyć się z każdej drobnostki. To wspaniałe, iż ktoś taki jak ona może odmienić swój los. Jednak dzieje się to powoli.
W tym sezonie Benedict jest jedną z najbardziej irytujących postaci, jakie dane mi było zobaczyć, choć walczył o ten laur razem z Franceską - młoda mężatka co jakiś czas pojawia się na ekranie i sprawia, iż czułam ogromny dyskomfort.
Drugim najjaśniejszym punktem, obok Sophie była Violet - mama Bridgerton w końcu zaczyna myśleć też o sobie i jest to jedna z najpiękniejszych opowieści umieszczonych w tym serialu. Poszukiwanie miłości w dojrzałym wieku nie jest łatwe, a robienie tego mając ósemkę wścibskich dzieci, to już prawdziwa sztuka.
Widzimy, iż Violet jest targana różnymi emocjami, potrzebuje bliskości, ale też wciąż kocha swojego zmarłego męża. Jak połączyć poczucie obowiązku i serce, które wyrwa się do innego mężczyzny?
"Bridgertonowie": potrzebuję więcej!
Najnowszy sezon ponownie został podzielony na dwie części i z niecierpliwością będę wypatrywać nowych odcinków, które zadebiutują dopiero 26 lutego. Mam jednak nadzieję, iż Benedictowi w końcu opadną klapki z oczu i przestanie gonić za zwykłym mirażem - cztery odcinki błądzenia po omacku, to było już nieco zbyt wiele choćby jak dla mnie.
Niestety sporo w moich oczach straciła Francesca - nie jestem pewna, czy problem leży w tym, jak napisana jest ta postać, czy mimo wszystko aktorka (Hannah Dodd) nie do końca potrafi poradzić sobie z udźwignięciem swojej roli. Dynamika relacji z lordem Johnem Stirlingiem jest dla mnie trudna do zrozumienia i nad wyraz męcząca.
Żałuję, iż nie dostałam nieco więcej czasu ekranowego z Penelopą i Colinem, którzy od dawna byli moją ulubioną parą, a Anthony'ego i Kate nie widzimy wcale, co też jest przykre. Ze smutkiem zauważyłam też spadek znaczenia Lady Whistledown do budowania głównej osi opowieści.
O ile wątek Sophie i Benedicta jest ciekawy, a poboczna historia skupiona na Violet Bridgerton przyjemnie rozgrzewa serce, to na ten moment zdecydowanie czegoś mi zabrakło. Liczę, iż druga transza odcinków zmieni dynamikę między postaciami i zobaczymy na ekranie nieco więcej ognia, bo na razie musiałam zadowolić się samym dogasającym żarem. Droga Whistledown, nie zawiedź mnie, a ocena powędruje w górę.
6/10
















