Musimy się rozstać

newsempire24.com 9 godzin temu

Łukasz i ja spotkaliśmy się na wykładzie z fizyki kwantowej na Uniwersytecie Warszawskim. Brzmi nudno, ale właśnie tam, wśród równań i teorii o wieloświatach, odnalazłam bratnią duszę.

Usiadł przede mną i czułam jego spojrzenie ciepłe, zainteresowane. Po kilku minutach podszedł i, lekko się jąkając, odezwał się:

Przepraszam, przegapiłem poprzedni wykład. A pan, widzę, sumiennie notuje, piękny pismo. Czy mógłby pan pożyczyć mi zeszyt na parę dni?

Nie ma sprawy. Nazywam się Łukasz, a ty? zapytałam. Może przejdziemy na ty?

On skinął głową, a ja zaczęłam naszą rozmowę.

Poszliśmy potem do stołówki, zamówiliśmy kawę i gadaliśmy tak swobodnie, jakby znaliśmy się od lat. Rozmawialiśmy o książkach, wykładowcach, absurdzie egzystencji i o tym, jak grudzień pachnie jesienią. Łukasz okazał się człowiekiem, z którym rozmowa jest przyjemnością, a cisza lepsza niż słowa. Od pierwszego dnia stał się moim najlepszym przyjacielem.

Trzy miesiące później, stojąc pod moim oknem z bukietem delikatnych tulipanów, zaproponował małżeństwo. Powiedziałam tak. Wydawało się to najlogiczniejszą rzeczą na świecie. Wszyscy wrzeszczeli: Stworzeni dla siebie!. I my w to wierzyliśmy. Byliśmy jak dwie połówki jednej układanki. Tylko nie zauważyliśmy jednej rzeczy brakowało między nami ognia, tej iskrzykującej pasji, co serce przyspiesza i oddech gubi.

Nasza noc poślubna była słodka. Śmialiśmy się, rozlało się szampan, gadaliśmy do rana, a potem zasnęliśmy w objęciach, jak dwa zmęczone dzieci. Tego wieczoru po raz pierwszy poczułam dreszcz niepokoju, jakby objąć najcenniejszą osobę, a nie poczuć tego elektrycznego drżenia, o którym czyta się w powieściach.

Żyliśmy spokojnie: gotowaliśmy razem, chodziliśmy do kina, czytaliśmy na głos książki. Było ciepło, przytulnie i bezpiecznie, jak w najwygodniejszych kapciach. Pewnego dnia moja przyjaciółka Zosia spojrzała na nas i westchnęła:

Wy macie wrażenie, iż jesteście małżeństwem po trzydzieści latach.

W jej tonie nie było podziwu, a raczej żalu. To zdanie zasiało w mojej głowie ziarno. Zaczęłam dostrzegać, iż tonę w cichym bagnie, coraz częściej łapię się na tym, iż zaglądam w oczy nieznajomym w metrze. Nie dlatego, iż są lepsi od Łukasza, ale bo patrzą na mnie zupełnie inaczej.

Prawda przyszła po pół roku.

Siedzieliśmy w kuchni, Łukasz z entuzjazmem opowiadał o nowym artykule naukowym. Patrzyłam na jego życzliwą twarz, błysk w oczach, i nagle ogarnęła mnie lodowata fala jasności: Nie kocham go tak, jak powinnam kochać mężczyznę.

To nie była nienawiść, ani irytacja. To była gorzka świadomość, iż pomyłkowo zamieniłyśmy najsilniejszą przyjaźń w miłość.

Tamtej nocy nie mogłam zasnąć. Leżałam obok, patrzyłam na jego twarz i czułam się potworem. Jak mogę zranić najdroższą osobę? Jeszcze gorsze było myślenie, iż oboje zostaniemy bez miłości.

Rano, kiedy parzył kawę, szepnęłam mu, patrząc w blat, bo nie mogłam podnieść wzrok:

Łukaszu, nie mogę tak dalej. Nie kocham cię. Przepraszam, to był błąd.

On zatrzymał się z dzbankiem w ręku.

Co co masz na myśli? jego głos zadrżał.

Chcę powiedzieć, iż nie jesteśmy mężem i żoną. Jesteśmy przyjaciółmi, bardzo bliskimi przyjaciółmi. I obdarzyliśmy naszą przyjaźń obrączkami.

Łukasz położył dzbanek, usiadł na krześle i schował twarz w dłoniach. Jego ramiona drżały. Serce mi pękało. Chciałam go przytulić, cofnąć słowa, ale wiedziałam nie mogę. To byłoby jeszcze większe okrucieństwo.

Dlaczego? w końcu wyszeptał. Co zrobiłem źle?

Nic! wykrzyknęłam, łamiąc głos. Byłeś idealny! Najlepszy człowiek w moim życiu. Ale między nami nie ma namiętności, Łukaszu. Przepraszam. Nie ma ognia. Jest tylko ciepłe, stałe światło. W dwudziestu trzech latach chciałabym ognia. Nie chcę, żebyś całe życie płonął tym cichym blaskiem dla kogoś, kto tego nie doceni.

Rozwód załatwiliśmy szybko. Pamiętam, iż tego dnia świeciło słońce, pogoda była piękna. Łukasz wyglądał blado i zagubiony. Trzymał wszystko w sobie, a mnie to tylko raniło. Oczywiście, w tej sytuacji byłem głównym złoczyńcą.

Nie zrywajmy kontaktu powiedziałam, ledwo powstrzymując łzy. Proszę, bądź mój najlepszy przyjaciel.

On spojrzał na mnie, a w jego oczach odbiła się tak głęboka ból, iż pożałowałam słów. Łukasz nie mógł w tym momencie pomyśleć o przyjaźni.

Nie wiem, Zuzanno odpowiedział szczerze. Potrzebuję czasu.

Łukasz odszedł, a ja stałam sama, czując, iż właśnie zniszczyłam najcenniejszą relację w życiu. Ale pod warstwą winy i żalu tlił się mały płomyk nadziei iż kiedyś znów będziemy się śmiać razem, jako przyjaciele.

***

Kiedy ból już ustąpił, Łukasz zrozumiał, iż miałam rację. Nie powinniśmy byli zamieniać przyjaźni w romans. Po pewnym czasie urazy przeszły, i znów rozmawialiśmy. Nie próbował mnie zdobywać, nie dał okazji do niezręczności, nie wspominał o naszym małżeństwie ani nie zazdrościł, choć miał mnóstwo adoratorów. Stał się moją bronią w przyjaźni.

Gdy miałam smutny moment, zawsze mogłam zadzwonić, przyjechać i wylać łzy po kolejnych rozstaniach. Co do Łukasza jego życie uczuciowe nie układało się najlepiej. Był przystojny, wykształcony, młody, ale każda nowa znajomość kończyła się szybko, bo brakowało czegoś.

Trzy lata później, na urlopie, zauroczyła mnie mężczyzna z Olsztyna. Spędziliśmy dwie cudowne tygodnie, a przed rozstaniem nagle oświadczył się. Oczywiście zgodziłam się.

O tym Łukasz dowiedział się od mojego brata. Był tak przygnębiony, iż odmówił spotkania przed moim wyjazdem:

Nie, Zuzanno, przepraszam, mam dużo roboty odpowiedział sucho, gdy zaproponowałam wspólne spotkanie.

Na dworcu brat opowiedział, iż Łukasz wciąż miał nadzieję, iż kiedyś mnie odzyska. A tu takie szybkie małżeństwo, przeprowadzka do innego miasta.

Teraz twój były musi w końcu wyrzucić tę nieodwzajemnioną miłość z głowy, siostrzyczko rzucił na pożegnanie.

Mój mąż też twierdzi, iż przyjaźń między mężczyzną a kobietą nie istnieje. A ja gwałtownie zaczęłam tęsknić za Łukaszem. Najpierw czułam wstyd, iż nie dostrzegałam jego uczuć, iż byłam egoistyczna. Potem zrozumiałam, iż brakuje mi naszych rozmów, iż nikt nie przeszedł ze mną tylu prób i nie zna mnie tak dobrze. Krótko mówiąc, nie miałam przyjaciółki lepszej niż Łukasz.

Po trzech latach zadzwoniłam do niego i zaprosiłam na chrzest mojego syna. Zaskoczony, od razu się zgodził, nie zadawszy żadnych pytań.

Spotkaliśmy się na peronie.

Wcale się nie zmieniłaś.

To nie było prawdą, ale brzmiało mi przyjemnie.

Trochę dorosłaś, poważniejsza.

Nie, cały czas nie spałem, cały czas się stresowałem

Przepraszam, iż wyjechałam, nie rozmawiając z tobą dokładnie nagle szepnęłam. Bałam się. I naprawdę ciężko było odejść od ciebie.

Łukasz spojrzał na mnie zdziwiony, a w jego oczach zobaczyłam ulgę, jaką czułam ja.

To ty przeprosiłaś. Byłem zły jak dzieciak wydychał i z tym wydechem zniknęło ostatnie napięcie. Przez te lata cierpiałem, a my powinniśmy po prostu pogadać i pozostać przyjaciółmi.

Po godzinie znaleźliśmy się w domu, gdzie Łukasz poznał mojego męża i ich niesfornego synka.

Trzy dni minęły niepostrzeżenie.

Łukasz bardzo polubił surowego górnika Marka, a z moją rodziną wspominali wszystko oprócz wydarzeń sprzed mojego wyjazdu. Nie pytał, czy jestem szczęśliwa, bo widział to w spokojnych oczach, w sposobie, w jaki mówiłam o mężu, w jej maternym spokoju. To szczęście nie raniło go, a wręcz rozgrzewało.

Mam nadzieję, iż następnym razem odwiedzicie nas w domu powiedział Łukasz, odjeżdżając, i w jego słowach nie było fałszu. Dusza nieodwzajemnionej miłości wreszcie zaznała spokoju.

Uśmiechnęła się, oczy jej zabłysły.

Na pewno. Najpierw znajdźcie tę jedyną. A my będziemy się przyjaźnić rodzinami.

Obejrzeli się przy pożegnaniu mocno, przyjacielsko, bez cienia starego bólu. Łukasz wsiadł do wagonu, pomachał przez okno i usiadł na miejscu.

Pociąg ruszył.

Patrzył na oddalające się światła miasta i nie czuł już tej zwykłej ciężkości. Zamiast tego ogarnęło go dziwne, nowe uczucie lekkość.

Idź do oryginalnego materiału