Lola. Świat Wewnątrz.

twojacena.pl 17 godzin temu

Hej kochana, opowiem Ci trochę o moim życiu, tak jakbyśmy siedziały przy herbacie w kuchni.

Urodziłam się w cichej, przytulnej rodzinie. Było nas czworo: dwaj starsi bracia, siostra i ja najmłodsza. Zawszem nazywałam się różnie Ola, Olcia, Olusia, a tata miał dla mnie swój własny, wyjątkowy przydomek Łuśka. Brzmiało to, jakby kołysał mnie po miękkich falach lata, coś ciepłego i domowego. Tak bardzo mi się podobało, iż zawsze prosiłam, żeby tak mnie wołali, jak tata.

Mamo była zwykłą, acz kochającą osobą sprzedawczynią w małym sklepie przy rynku w Warszawie. Tata pracował jako kierownik budowy. Żyliśmy skromnie, ale spokojnie, w takim cichym porozumieniu, gdzie nie było krzyków, a było mnóstwo solidnego, niewyrażalnego ciepła.

Tata wracał do domu pachnąc olejem silnikowym, wiatrem i zapachem drogi. Zawsze wciągał ze sobą torby: słoiki z ogórkami od sąsiadów, worki ziemniaków, a czasem choćby arbuzy, które potrafił wciągnąć w najmniej spodziewanym momencie. Nie potrafił przejść obok czyjejś prośby.

Wszystkie wydatki kontrolowała mamo. To był jej mały świat: porządek, rachunki, oszczędność. Nie wydawała po macie, ale gdy chodziło o książki, zajęcia czy kursy, dała od razu. Na nas, dzieci, nie szczędziła.

Każdego piątku, jak rytuał, siadała przed telewizorem, wyciągała pudełko z nitkami i zaczynała naprawiać ubrania. Mamo leczyła nasze rzeczy tak cierpliwie, jak leczyła nas swoim spokojem i uwagą. Była łagodna, lekko zaokrąglona, z gęstymi, pięknymi włosami splecionymi w ciasny koczek. Nigdy nie słyszałam, żeby krzyczała na tatę. Rozmawiali godzinami, cicho, tak jakby w ich dwójce był własny, tajemniczy świat, zrozumiały tylko dla nich.

Tata przemawiał krótko i prosto:
Co tam, chłopaki, wszystko gra?
I zawsze lekko poklepał nas po głowie, po kolei. Ja byłam podnoszona na ręce i podrzucana w górę, aż na chwilę widziałam wszystko z góry, jakby leciała. To były moje ulubione momenty. Czułam wtedy, iż nasza rodzina jest idealna, jak z książek, gdzie wszystko jest na swoim miejscu.

W szkole byłam inna: hałaśliwa, barwna, emocjonalna. Wiersze przychodziły mi łatwo, a teksty jeszcze łatwiej. Już w piątej klasie wiedziałam, iż chcę stać na scenie i wstąpić do teatru. Kiedy powiedziałam to mamie, prawie rozlała herbatę na obrus. Tata roześmiał się:
No co, Łuśko? Spróbujmy.
Poszłam swoją drogą uczyłam się, występowałam, pracowałam przy imprezach, pisałam teksty, życzenia, małe scenki I pewnego dnia postanowiłam napisać książkę małą, prostą historię o dziewczynce, która szuka siebie.

Wątpiłam, czy w ogóle mam komu dać tę rękopis do przeczytania. Pisałam ją nocą, po cichu, w przerwach między obowiązkami. Było to zbyt osobiste, zbyt nieksiążkowe. Postanowiłam pokazać ją jednej przyjaciółce. Gdy przeczytała, od razu powiedziała:
Chcę podarować egzemplarz Twojej książki każdej kobiecie, która przyjdzie na moje urodziny

Najpierw pomyślałam, iż to żart.
Jaka książka? O czym to mówisz? To są tylko notatki

Przyjaciółka lekko pochyliła głowę i uśmiechnęła się:
Łuśka, od lat dajesz mi swoją przyjaźń, wkładasz w nią duszę. W tym roku chcę podarować wszystkim Twoją książkę. To mój sposób podziękowania. Mogę sobie na to pozwolić.

Te słowa mnie zszokowały. Przez dwa dni kręciłam się w kółko, mówiąc sobie, iż tak nie powinno być, iż to niepoważne. Ale przyjaciółka już wszystko załatwiła: znalazła skład, podjęła kontakt z drukarnią, nalegała.
Niech wyjdzie na świat. Wiem, iż wszystkim się spodoba. Zobaczysz.

I tak się stało. Książka wzbiła się od razu, bo była szczera, żywa, bez sztucznych ozdobników. Ludzie rozpoznawali w niej siebie, swoje lęki i nadzieje, prawdę, której wielu bało się wypowiadać. Książka rozeszła się jak ciepłe bułeczki, zamawiano ją jako prezent.

Potem postanowiłam pójść dalej napisać coś prawdziwego, głębokiego. O rodzinie, o korzeniach, o tych, dzięki którym istnieję. To podjęcie decyzji otworzyło drzwi do czegoś, na co nie byłam gotowa.

Musiałaś porozmawiać z rodzicami, dowiedzieć się czegoś z ich przeszłości, dat, historii. Zatelefonowałam do mamy. Odpowiadała nieśmiało, z przerwami.
Tatę nie ma powiedziała. Wyjechał no, w sprawach.

Zdziwiłam się, bo zwykle mama wiedziała, gdzie jest tata. Zadzwoniłam do taty odebrał od razu, żwawo:
Hej, Łuśko! Jestem u babci, naprawiam płot.

Dlaczego mama tego nie powiedziała? W drodze pojąłem, iż w jej tonie było coś więcej niż zwykła przerwa. Kiedy weszłam do domu, mama stała w kuchni. Spojrzała na mnie i szepnęła:
Rozwiedliśmy się z tatą tak bywa

Bracia i siostra już dawno wiedzieli, ale nie mówili, bo dopiero co urodziłam dziecko. Chcieliśmy Cię ochronić.

Udałam się do taty, żądałam wyjaśnień. Milczał, patrzył w podłogę. Mama też milczała, dopóki raz nie wybuchła:
Skąd wzięłaśś, iż żyliśmy szczęśliwie, Łuśka? Byłaś mała, nie widziałaś wszystkiego. Tygodniami nie rozmawialiśmy. On nie potrafi kochać. Nigdy nie potrafił.

Mamo, po co tak mówisz
Sam mi to powiedział.

Czułam, iż coś we mnie pęka. Przestałam odbierać tatowy telefon, myśleć o książce, być sobą.

Kiedy przyjaciółka zaproponowała wyjazd do Indii, najpierw nie mogłam uwierzyć:
Naprawdę? Teraz? Nie mogę wymieniłam lista wymówek.

Wieczorem, opowiadając mężowi o rozmowie, uśmiechnął się i spokojnie powiedział:
Jedź. Potrzebujesz tego podróży.

Zaczęłam wątpić, ale on przerwał mnie delikatnie:
Łuśka, jedź. Damy radę.

I pojechałam. Retreat prowadziła niezwykła kobieta Jaja Szanti. Prosiła, żeby tak ją wołać. Jej nauczyciel duchowy nadał jej to imię w aszramie. Jaja zwycięstwo, Szanti pokój. Zwyciężająca pokój, by go odnaleźć. W niej było to odczuwalne jakby naprawdę rozwiązała własną naturę.

Była jasna, nie naiwna, a prawdziwie przejrzysta. Nigdy nie mówiła nie. To nie była uległość, ale przyjęcie. Pojechaliśmy do kościoła św. Andrzeja, który ludzie nazywają kościołem szczurów, bo mieszka tam setki świętych myszy duchów przodków. My, dziewczyny, drżałyśmy, a Jaja klękając, karmiła je ziarnem z dłoni, szepcząc:
Życie nie przychodzi zawsze w tej formie, którą znamy. Ale życie jest wszędzie.

Cieszyła się słońcem, każdym listkiem, trawką, cieniem pod palmą, chmurą na niebie. Żyła tu i teraz nie jako slogan, a jako oddech. Jej proste zdania przesuwały coś w środku.

Wieczorem wracaliśmy po medytacji. Zachód był gęsty, wilgotny, jakby słońce rozpuszczało się na horyzoncie. Jaja zaproponowała, żeby usiedzieć w ciszy na dachu aszramu. Wszyscy odszli do pokoi, ja zgodziłam się. Patrząc na zachód, czułam nie smutek, nie samotność, a coś pomiędzy.

Jaja siedziała obok, patrząc w dal. Nie zadawała pytań, po prostu była, bym poczuła jej obecność. Gdy wydychałam ciężko, odwróciła się do mnie:
W twojej ciszy jest napięcie, Łuśka powiedziała. Siedząc cicho, w środku masz wiatr.

Uśmiechnęłam się:
Zawsze tak jestem, dużo myślę.

Nie odpowiedziała łagodnie. Dziś nie myślisz, dziś się ukrywasz.

Spojrzała spokojnie, bez presji, i dodała:
Czasem człowiek milczy nie dlatego, iż nie chce mówić, ale bo boi się usłyszeć swoją prawdę.

To mnie przeraziło. Odwróciłam się, nie chcąc, by zobaczyła drżące usta. Ale ona kontynuowała, jakby czytała moje myśli:

Gdy kobieta ukrywa prawdę, najpierw ukrywa ją przed sobą. A serce serce zawsze wie. Teraz twoje serce jest niespokojne, jak pisklę szukające schronienia.

Wtedy, po chwili, zadała pytanie, które nie było pytaniem:
Skąd to pisklę, Łuśka? Skąd ta niepokój?

Patrzyła prosto w moje serce, nie w oczy. W tym momencie była prawdziwa Jaja. Nie pytała, a widziała. Pokazywała prawdę swoją obecnością.

Opowiedziałam jej wszystko dosłownie wszystko. Słuchała długo, potem powiedziała:
Bardzo kochasz swoich rodziców i chcesz ich uratować przed rozstaniem. Zapominasz jednak, iż dzieci nie ratują rodziców. Dzieci kochają i odpuszczają. Nie możesz nosić ich ciężaru. To nie twój los, Łuśka. Nie możesz trzymać ich razem. Nie powinieneś.

Płakałam, a ona położyła dłoń na mojej dłoni i rzekła:
Jesteś córką, nie sędzią, nie mediatorą, nie terapeutą. Po prostu córką. To najważniejsze. Przywróć sobie to miejsce a życie stanie się lżejsze.

Po raz pierwszy od dawna naprawdę odetchnęłam.

Wróciłam do domu i od razu zadzwoniłam do taty.
Tato powiedziałam wybacz mi, proszę. Kocham cię. Słyszysz? Kocham.

Cisza, a potem jego wzruszony szept:
Czekałem, Łuśko tak czekałem na twój telefon

Wieczorem pojechałam do mamy. Siedziałyśmy w kuchni, a ona nagle znów stała się lekka, nieco zawstydzona, trochę zabawna. Rozmawiałyśmy do późna. Po raz pierwszy zobaczyłam ją nie tylko jako mamę, ale jako kobietę z własnym losem, bólem, decyzjami, wolnością.

Kilka dni później otworzyłam laptop i zaczęłam pisać nową książkę. Nie o idealnej rodzinie, a o żywej. O miłości, która ma różne oblicza. O drodze, która jest po prostu drogą. O pamięci, o akceptacji. O tym, iż światło nie jest tam, gdzie wszystko jest idealnie, a tam, gdzie jest szczere.

Wiem, iż tym razem napiszę ją nie jako dziewczyna, ale jako kobieta. Jako Łuśka, która odnalazła swój własny świat w środku.

Idź do oryginalnego materiału