Lalka – recenzja serialu. Nie ty bawisz się nią, to ona bawi się tobą

popkulturowcy.pl 11 godzin temu

Wrzesień 2026 to definitywnie miesiąc polskiej Lalki. Od 1977 czekaliśmy na nową adaptację kultowej powieści Bolesława Prusa. I tak się składa, iż w tym roku dostaniemy aż dwie. Jako pierwszy zadebiutował serial platformy streamingowej Netflix. I nigdy bym nie pomyślał, iż po zakończeniu jakiejkolwiek Lalki będę przychylnie patrzył na postać Izabeli Łęckiej. A jednak.

Stosunek do Lalki Bolesława Prusa ludzie mają taki, iż albo ktoś ją uwielbia, albo jej nienawidzi. ale chyba każdy, z obowiązku narodowego, jest w stanie w jednym zdaniu streścić tę lekturę. Kupiec Stanisław Wokulski stara się o serce arystokratki Izabeli Łęckiej. Tak jest i tutaj, w serialu Netflixa, choć adaptacją powieści na pewno bym tego nie nazwał. Pierwsze skrzypce gra tutaj Izabela Łęcka, a Stanisław Wokulski dostaje o wiele mniej uwagi niż w książce. Izabela przedstawiana jest jako emancypantka, podczas gdy Wokulskiemu bliżej do profesjonalnego współczesnego stalkera. O tym, iż Netflix zamierza poświęcić Łęckiej więcej uwagi, wiadomo było już kilka miesięcy wcześniej. Wtedy ta informacja obniżyła moje oczekiwania co do produkcji, bo moje zaufanie do adaptacji klasyków literatury, robionych przez wielkie studia, jest słabe. Jednak muszę przyznać, iż Lalka Netflixa jest bardzo dobrym serialem. Ale…

Należę akurat do tego grona osób, które lubią powieść Bolesława Prusa. Z tego względu miałem wysokie oczekiwania co do adaptacji. Nie chodziło mi tu konkretnie o to, by od linijki realizować wydarzenia z książki. Jednak nie mogę traktować tego serialu jako pełnoprawnej Lalki, bo materiału z książki nie ma prawie w ogóle. Są jedynie jakieś charakterystyczne punkty. Mamy aukcję kamienicy Łęckich, wyścigi konne i pojedynek Wokulskiego z Krzeszowskim. Oczywiście, iż są tutaj obsesyjne starania Wokulskiego o rękę Izabeli. Ale brakuje na przykład Paryża, procesu o lalkę, Skierniewic oraz pamiętników starego subiekta. Zamiast tego mamy zupełnie oryginalne wątki – starania Izabeli w gazecie „Bluszcz”, spółkę naftową Wokulskiego oraz intrygę z pożarem inwestycji Tomasza Łęckiego. Moim zdaniem oryginalna historia jest po prostu na tyle interesująca i wyjątkowa, iż przydałby się wierny serial, który ukazałby jej pełny potencjał.

Lalka Netflixa rezygnuje również z klimatu powieści. Serial jest wulgarny, a postacie nie gryzą się w język. Tak jakby każdy bał się tam eufemizmów. Brakowało mi również szerszego spojrzenia na Warszawę oraz jednego z motywów przewodnich – pozytywizmu. Z tych czterech głównych idei epoki do głosu dochodzi tu tylko jedna – emancypacja kobiet. Spośród trzech głównych interpretacji tytułu również zostajemy z jedną. Nie mamy procesu o lalkę, brak odniesień do theatrum mundi. Jest tylko panna Izabela jako lalka, którą można sterować, ubierać i kłaść do łóżeczka. W serialu Izabela zdaje sobie z tego sprawę i choćby wyrywa się z tego schematu. Obserwujemy ją zatem jako zaradną (jak na arystokratkę) postać o poglądach emancypacyjnych. Nie ma również otwartego zakończenia, które kazało zastanawiać się, co stało się z Wokulskim.

Dla mnie więc te różnice między powieścią i serialem są bardzo zauważalne. Przeszkadza mi to, iż historia traci przez to na wartości. I pewnie przeszkadzałoby mi to bardziej, gdyby nie fakt, iż ten serial jest po prostu dobry. Lalka ma genialny scenariusz. Dialogi są świetne, a ta wulgarność niekiedy dodaje wydarzeniom bardziej dosłownego i przyziemnego tonu. Historia mnie naprawdę wciągnęła, tym bardziej gdy w połowie seansu dałem sobie spokój z wyliczaniem różnic między serialem a książką. Cała obsada dała z siebie wszystko i to również się opłaciło.

kadr z serialu

Przyznam się bez bicia, iż bardziej kibicowałem duetowi „Urzędowska i Dorociński”, ale nie, Drzymalska to moja Izabela, która, no, kupiła mnie od razu. Uwielbiam każdą scenę z jej postacią. Schuchardt to mój Wokulski, który również skradł moje serce. Podobał mi się choćby ten koncept, który ukazał Stacha jako dosłownego stalkera. Niejeden czytelnik miał właśnie takie przemyślenia o Wokulskim, a serial tylko podkręcił jego obsesję. Jednak moją ulubioną postacią jest bez wątpienia Marianna, grana przez Marię Kanię. To, co scenariusz i aktorka zrobili z tą postacią, jest dla mnie absolutnym złotem.

Serial jednak dopuszcza się świętokradztwa, jeżeli chodzi o postać Rzeckiego. W przeciwieństwie do nadchodzącego filmu Lalka, ta od Netflixa pokazała go lepiej z wyglądu. Rzecki miał w powieści pięćdziesiąt parę lat i bliżej mu było do rówieśnika Wokulskiego niż do staruszka. Jednak określenie „stary subiekt” miało wymiar symboliczny. Rzecki był przywiązany do dawnych ideałów i wartości, żył wspomnieniami o Wiośnie Ludów i Napoleonie oraz był człowiekiem bardzo samotnym i nostalgicznym. Lalka nie oddała tego ikonicznego charakteru postaci.

kadr z serialu

Aspekty techniczne wypadły jednak najgorzej. Kolory były blade, co czasami przytłaczało, a sama jakość tego obrazu wydawała mi się naprawdę słaba. W pierwszych trzech odcinkach zakuło mnie rozmycie, które zastosowane było na krawędziach obrazu. Postać była wyostrzona, ale im bliżej krawędzi telewizora, tym bardziej obraz był rozmazany. Na szczęście później przestało być to zauważalne. Na pochwałę zasługują za to scenografia i kostiumy, które pozwalają poczuć klimat epoki. Piękne suknie Łęckiej, czy dopracowane garnitury u Wokulskiego i arystokracji. A także dobrze oddane, poniszczone ubrania niższych warstw społecznych.

W finale serialu zastosowano za to bardzo dobrze przemyślany zabieg. Ostatni odcinek bawi się chronologią wydarzeń, ciekawie zwodząc widzów. Skojarzyło mi się to z hasłem z plakatu: „Lalka. Nie ty bawisz się nią, to ona bawi się tobą”. I faktycznie, finałowy odcinek bawi się widzem i jest dla mnie najlepszy ze wszystkich. Aktorski popis Drzymalskiej i Schuchardta w ich „przedmałżeńskiej” kłótni był świetny. Niestety odcinek trochę przegina z humorem, dając za dużo komediowych scen pod rząd. Przy trzeciej już dla mnie przedobrzyli. Ale dwie pierwsze były wręcz wspaniałe.

kadr z serialu

Lalka mnie zupełnie zaskoczyła. Nie spodziewałem się, iż tak zmieniona historia przez cały czas równie mocno mnie zainteresuje. przez cały czas uważam, iż scenariusz można było przepisać na tyle, by przedstawić tę produkcję jako niezależny serial, zamiast nazywać ją adaptacją powieści. Bawiłem się świetnie, choć mój odbiór zaburza fakt, iż oryginalną Lalkę naprawdę lubię i trudno mi przełknąć skalę wprowadzonych zmian. Historia w serialu bardzo mi się spodobała. Nie spodobał mi się fakt, iż przyszyto do niej imiona postaci Bolesława Prusa oraz tytuł jego najsłynniejszego dzieła. Żeby w pełni czerpać z tej produkcji, należy potraktować ją jako zwykłą ciekawostkę, a nie pełnoprawną adaptację.


fot. gł.: kadr z serialu Lalka

Idź do oryginalnego materiału