KATARZYNA MINKOWSKA: – Z jednej strony nie lubię „kultury terapii”, bo mam świadomość, iż terapia, poza wszystkim, jest też częścią kapitalistycznego łańcucha produkcji problemów i sprzedawania na nie rozwiązań. Drażni mnie też żargon terapeutyczny, bo on również został przyjęty przez korporacje, pojawiło się coachowanie do bezprzemocowej komunikacji, która często nie jest ani bezprzemocowa, ani nie służy komunikacji, za to bardzo trudno się przez nią przebić. Ten język analizujemy w „Scenach z życia małżeńskiego” według Bergmana w Starym Teatrze w Krakowie. Język terapeutyczny często nie pomaga nazwać podstawowego problemu, którym jest to, czy naprawdę chcemy nazwać swoje emocje. Możemy to robić w bardzo koślawy sposób, ale liczy się chęć. I tu druga rzecz: cieszy mnie, iż ludzie znajdują w naszych spektaklach impuls do rozmowy, do zastanowienia się nad swoimi relacjami, nad tym, w czym tkwimy, nad schematem, który w życiu powtarzamy. Sama się zastanawiam nad rozmaitymi rzeczami i skoro nie mam odpowiedzi, i widzę, iż innych ludzi nurtuje podobna sprawa, to uznaję, iż ma sens głębiej jej się przyjrzeć w teatrze, wspólnie z wnikliwymi partnerami.
Czyli podczas pracy z aktorami i ekipą nie stosujesz narzędzi terapeutycznych, jak przed laty Maja Kleczewska na próbach?
Główną metodą, którą stosuję w pracy, jest rozmowa. Każdy sam decyduje o tym, czym się podzieli podczas prób. Ja mam tak – i nie jest to technika, tylko po prostu taki sposób bycia – iż często dzielę się fragmentami swojego życia, nie na zasadzie zwierzenia czy traumatycznej historii, tylko na podstawie tego analizuję jakieś zachowanie, próbuję uchwycić jakiś mechanizm.









