Kiedy odwiedziłem Karola w Warszawie – miałem kilka godzin do odjazdu mojego pociągu do Lublina – odebrał mnie z dworca i objechaliśmy dookoła Pałac Kultury: „Sowieci podarowali go nam. Po przełomie mogliśmy go zburzyć. Ale dziesięć kin, kilka teatrów, baseny, sale – to wszystko trzeba by przecież zbudować od nowa. Otoczyliśmy go innymi budynkami i teraz wygląda niemal jak karzeł”. Wokół stalinowskiego gmachu wznoszą się imponujące wieżowce, przewyższające go wysokością.
Już jestem w samym środku „jego Warszawy”, w której był dyrektorem w Ministerstwie Kultury i Sztuki. On, wychowany w Berlinie, po wojnie przeniósł się do Polski, miał polskiego ojca i niemiecką matkę – i to on współtworzył ten kraj. Pokazuje mi swoją Warszawę, jedzie ze mną aż do zamku na obrzeżach miasta: „No, stoi znowu, ale po wojnie najwyższy mur miał tutaj pół metra wysokości. Tak wyglądało całe miasto”. Do tej pory zastanawiam się, jak można doprowadzić do tego, żeby mury zrównać niemal z ziemią. Tak, moi przodkowie tego dokonali. Nie całkiem moi przodkowie. Ze strony ojca moja rodzina jest polska. Prześlizgnęła się przez aryzację, przetrwała i od tamtej pory nigdy więcej o tym nie rozmawiała. A potem pokazuje mi pomnik, ten ogromny pomnik z brązu: zrozpaczonych powstańców warszawskich. Wygląda tak, jakby wyłaniali się z ziemi i wspinali ku światłu. Wyjaśnia mi, iż był jednym z tych, którzy zlecili jego wykonanie.
Jadę do Lublina na spotkanie teatrów małych form. Tak, i jesteśmy już dawno w samym środku jego biografii, której nie muszę czytać aż tak skrupulatnie, bo on mi ją opowiada: swego czasu w Szczecinie założył takie właśnie spotkanie teatrów małych form. Jest na bieżąco. Czuję, jak wszystko po wojnie odradzało się z niczego dzięki pracowitości takich ludzi jak Karol. Jak każdy kolejny, cegła po cegle, budował mury zamku. Przed kawą pokazuje mi na półce dwa metry książek, które przetłumaczył. Anna Seghers, Günther Kunert, Georg Heym, Heiner Müller, Günter de Bruyn, Hans Hellmut Kirst.
Od czasu do czasu zastanawiam się, jak można tego wszystkiego dokonać w ciągu jednego życia. Kraj leżący w popiołach. Uczył się zawodu księgarza w Szczecinie, a przed rozpoczęciem pracy przez dwie godziny trenował na rowerze. Nieustępliwie. Zostanie juniorem mistrzem Polski i wicemistrzem Polski w kolarstwie. Będzie studiował i zostanie profesorem germanistyki w Warszawie. W swojej biografii opisuje to krok po kroku. Karol miał cierpliwość, której mnie zawsze brakowało (i przez cały czas brakuje), a kiedy patrzę dziś na Polskę, myślę: w ciągu trzech lat nas wyprzedzą. Najpóźniej w ciągu ośmiu. Dzięki takim ludziom jak Karol. A do tego ma jeszcze wnuki. Jak on to wszystko robi? Nie jest łatwo zaczynać od zera, nie narzekać, a potem mieć w sobie jeszcze tę cierpliwość.
Z moim skromnym polskim przedzieram się przez strony jego biografii i próbuję uchwycić ducha epoki, która pachnie trudem i potem. Nic nie było łatwe. Pęknięcie w rodzinie. Pęknięcie w historii. Kiedy myślę o tym, jakie problemy niektórzy dzisiejsi chłopcy potrafią wyłuskać z codzienności, żeby działać innym na nerwy! Opór wobec ich dostatniego życia nie jest czymś, czego można się spodziewać. Pracowitość również nie. Co więc pozostaje? W takich chwilach myślę o Karolu, człowieku honoru i godności, który na swoich barkach dźwiga trudne, och, niemal doszczętnie zmarnowane stulecie, którego nikt nie chciałby dostać w prezencie. Ukoronowaniem jego życia jest to, iż je spisał. Krok po kroku. Szczegół po szczególe. Strona po stronie. Ci, którym dzisiaj żyje się aż nazbyt dobrze, powinni się nad tym pochylić.
I mam nadzieję, iż dzięki tej recenzji książki choć odrobinę powrócił do swojego rodzinnego miasta – Berlina.
Autor tekstu: Dieter Kalka [tłumaczenie z języka niemieckiego]
—
Karol Czejarek: Autobiografia. Moja droga przez życie, Świętokrzyskie Towarzystwo Regionalne: Zagnańsk 2024, 414 S. ISBN 978-83-64439-63-6.[10]






