JAK PTAK ZA WABIŁEM
Dziewczyny, za mąż wychodzi się tylko raz, na zawsze. Do ostatniego tchnienia trzeba być z ukochanym, a nie włóczyć się po świecie w nieskończoność, szukając drugiej połówki. Tak to zostaniesz ogryzkiem jabłka.
Żonaty facet tabu. choćby nie próbujcie z nim zaczynać. Myślicie, chwilę poflirtuję i się rozejdziemy. Runiecie w otchłań. Oboje. Fałszywe szczęście was ominie.
Moi rodzice są razem od ponad pięćdziesięciu lat. Są dla mnie żywym przykładem. Postanowiłam znaleźć drugą połówkę i chronić ją jak źrenicę oka tak rozmyślałam wśród przyjaciółek, gdy skończyłam dwadzieścia lat. Mądre słowa wpoiła mi babcia. Jej wierzyłam bez zastrzeżeń.
Dziewczyny chichotały zgodnie:
Nie rozśmieszaj nas, Jagna. Zakochasz się w żonatym, zobaczymy, jak z niego zrezygnujesz…
Nie powiedziałam im tylko, iż mama przed ślubem urodziła moją starszą siostrę nie wiadomo czyją córkę. Wieś plotkowała bez końca, wstyd nie do zmycia. Dopiero pięć lat później przyszłam na świat w legalnym małżeństwie. Tata zakochał się w mamie do szaleństwa i razem przeszli przez życie ramię w ramię, musząc uciekać z rodzinnej wsi przed plotkami. Z młodości dałam więc sobie twardy nakaz: żadnych dzieci poza małżeństwem, żadnych żonatych mężczyzn.
A los miał już dla mnie gotowy inny scenariusz…
Z siostrą Bronką nigdy nie zdołałyśmy się dogadać. Ona wiecznie zazdrosna, przekonana, iż rodzice wolą mnie i mnie bardziej kochają. Cichą rywalizację prowadziłyśmy latami: kto zdobędzie więcej rodzicielskiej miłości. Głupie to było i dziecinne.
Z Wiktorem poznałam się w klubie osiedlowym. On wtedy był podchorążym, ja pielęgniarką. Tańczymy, śmiech, spojrzenia, nagle chemia, która łączy od pierwszej minuty. Po miesiącu byliśmy już po ślubie. Szczęście rozlewało mi się w żyłach, popychało mnie za nim jak ptaka na wabił.
Po szkole oficerskiej wyjechaliśmy razem do jednostki, hen daleko od mojego Poznania. gwałtownie zaczęło skrzypieć; awantury, ciche dni, nieporozumienia. Do kogo się poskarżyć, z kim pogadać? Mama była już na emigracji w Niemczech.
Urodziła się nasza Jadzia. Lata dziewięćdziesiąte wszytko się waliło. Wiktor porzucił wojsko, zaczął zaglądać do butelki, coraz śmielej zaglądał poza domem. Najpierw go żałowałam i mówiłam: Będzie dobrze, przeczekaj.
Wiktor słuchał jednym uchem:
Jagnuś, wszystko rozumiem, ale nie potrafię przestać. Wypiję i wszystko wydaje się piękniejsze.
W końcu zaczął znikać z domu bez słowa. Najpierw na dzień, potem na tydzień, potem na miesiąc. Wrócił raz po długiej nieobecności, rzucił na stół walizę wypchaną plikami złotówek.
Skąd to? zapytałam z podejrzeniem.
Jakie to ma znaczenie, Jagna? Bierz, wydawaj. Jeszcze przywiozę chwalił się Wiktor.
Walizkę schowałam. Wolałam się nie dotykać. Pieniędzy nie ruszałam.
Znów zniknął. Przepadł na pół roku. Kiedy się pojawił, był chudy, zniszczony, oczy miał jak studnie bez dna.
Zdejmij te swoje złote błyskotki. Oddać mi trzeba poważnym ludziom.
Oszalałeś chyba! To prezent od rodziców, nie dam, choćbyś mnie posiekał!
Wiktor, co się z tobą dzieje? Gdzie bywasz? Przypominam, masz rodzinę! podniosłam głos.
Nie jazgocz! Tu są sprawy, przez które nie przejdziesz suchą nogą. Pomożesz, żono? zbliżył się groźnie.
Ze strachu przyniosłam tę przeklętą walizę:
Bierz. My z Jadwigą damy sobie radę i bez tego.
Otworzył ją:
Brałaś coś?
Ani grosza. To nie jest nasz chleb.
To i tak za mało westchnął. Coś wymyślę.
Jeszcze wtedy podarował mi namiętną noc.
Kochałam go, szukałam w nim światła, wszystko mu wybaczałam.
Następnego ranka pakował się do wyjścia.
Na długo, Wiktor? patrzyłam w oczy z wiarą.
Nie wiem, Jagnuś. Czekaj pocałował mnie i wyszedł.
I tak czekałam. Rok, potem drugi…
W szpitalu zjawił się lekarz, który zaczął się mną interesować. Michał był żonaty. To mnie powstrzymywało, a także wciąż wisiał nade mną mój związek z Wiktorem, choć nie widziałam go już ponad dwa lata. Zero listów, żadnych sygnałów.
Zbliżał się sylwester. Wszędzie mandarynki, choinki, świat zasnuty grzańcem i śmiechem.
Nagle dzwonek do drzwi. Na progu Wiktor. Rzuciłam się mu w ramiona, całowałam jak szalona:
W końcu wróciłeś! Gdzie zniknąłeś, Wiktor?
Poczekaj, Jagna, z tymi całusami… Musimy się gwałtownie rozwieść. Mam syna, nie chcę, żeby rósł bez ojca Wiktor ważył każde słowo, przełykał nerwowo ślinę.
Zatoczył mi się świat. Miłość, którą pielęgnowałam, stopniała jak popiół w kominku. Ale wiedziałam już, do czego to wszystko zmierza.
Dobrze, Wiktor. Jak powiadają, rozlanej wody już nie zbierzesz. Nie będę cię zatrzymywać. Po świętach się rozwiedziemy. Całe życie na wspak, na opak.
Nie chcesz zobaczyć Jadzi? Jest u koleżanki. Sprowadzę, jeżeli poczekasz. Ona teraz też będzie dzieckiem bez taty chciałam go ukłuć boleśnie.
Nie mogę. Spieszę się. Kiedyś przytulę Jadzię rzucił, zamknął za sobą drzwi.
Innego razu nie było. Wiktor nigdy już nie spotkał się z córką. Nikt nie potrzebował tego spotkania. Najbliżsi stali się obcy.
Michał czując moją samotność wciągnął mnie w wir namiętności. Nie obchodziło mnie już, iż jest żonaty. Zakazy przestały istnieć.
Był czarujący i nie mogłam mu się oprzeć. Wpadłam w słodką niewolę. Ten romans trwał trzy lata. Michał chciał, żebym została jego żoną.
Nie, Michale. Szczęścia nie zbudujemy na łzach twojej żony i córki. Mamy inne ścieżki mówiłam z dławiącym gardłem.
Wyhamowałam, choć kosztowało mnie to wiele. Przeniosłam się do innego szpitala, żeby nie patrzeć na niego z oczu, z serca.
Moją drogą okazał się za to Wiesław.
Wychowywał syna; jego była żona znalazła sobie nową rodzinę, zostawiła mu chłopca.
Wiesia poznałam w szpitalu, gdzie leżał po operacji.
Był pełen żartów, urokliwy. Tak sobie żartował, aż zakochałam się bez pamięci.
Jego syn Damian miał siedem lat. Moja Jadwiga osiem. Jakoś się to wszystko posklejało pod szczęśliwą gwiazdą. Dzieci rosły, dawały w kość, a nam było dobrze razem. Ze wszystkimi kłopotami radziliśmy sobie wspólnie. Bez tajemnic, bez żali. Trafił mi się prawdziwy skarb po raz drugi. Wiesław to moje światło. Chronię go bardziej niż siebie.
Trzy dekady małżeństwa…
Nie tak dawno Wiktor zadzwonił do mojej mamy:
Takiej kobiety, jak Jagna, już nigdy nie poznałem…



