Bez hokus-poku
Od początku twórczej drogi interesowały go zaburzenia zwykłego biegu świata – od debiutanckiej powieści „Niehalo” z 2006 r. (nominowanej do Paszportu POLITYKI), w której pomniki na ulicach mówiły do ludzi. Z kolei w „Cudzie” (2007) ciało zmarłego po śmierci zachowywało temperaturę żywego organizmu. Lubił eksperymenty formalne, poczucie humoru i groteskę. I ona waśnie była siłą napędową jego najbardziej ambitnej powieści „Balladyny i romanse”, w której nie tylko greccy bogowie, ale i Jezus jeszcze raz pojawiał się na ziemi i grał w „Mortal Kombat”. Postanowił tym razem umrzeć bez fajerwerków zmartwychwstania. Ale okazało się, iż ta ingerencja nadprzyrodzona wcale świata nie zmieniła.
Mówił w wywiadzie dla „Polityki”: – Jezus w „Balladynach” chce ludziom uświadomić, iż życie jest krótkie, a po nim – nie ma nic. I dlatego właśnie należy się starać z całych sił, żeby być dobrym teraz, tutaj. Innej szansy nie będzie. Szansa jest teraz. Teraz i tutaj. Bez cepelii transgresji. Bez hokus-pokus innego życia po życiu. Sequele zdarzają się w Hollywood, ale nie w realu.
Urodził się w 1976 r., do liceum chodził w Białymstoku. Dzieciństwo i młodość spędził na Podlasiu, na wsi. Studiował w Warszawie, dużo podróżował, ale chętnie wracał do swojej wsi. Ta wieś wraca w mikropowieści „Sońka” (2014), w której zastanawiał się, jak opowiadać o przemilczanych momentach historii i o tragicznych losach tak, żeby nie popaść w kicz albo fałszywy patos.
W książce pewnego dnia do wsi Słuczanka na Podlasiu (rodzinnej wsi Karpowicza) trafia modny reżyser teatralny z Warszawy. W tej niewielkiej książce pojawiał się liryzm i zaraz za nim cała machina ironicznych uników, które budowały dystans. Okazywało się, iż nie da się dziś tak po prostu opowiadać takich historii, wszystko jest dyskursem, który można dowolnie kształtować. Narrator odsłaniał przed czytelnikiem całą machinę przekształcania cierpienia i śmierci we wzruszenie. I ta mieszanka liryzmu i dystansu była charakterystyczna dla jego twórczości.
Być kochanym i kochać zwrotnie
Karpowicz przyglądał się relacjom matka–syn w „Gestach” (2008) czy relacjom miłosnym w „Ościach” (2013), w których rozpychał tradycyjne heteronormatywne modele życia. Dawał czytelnikowi do zrozumienia, iż obowiązujący klasyczny model związku okazuje się niewystarczający. Bohaterowie Karpowicza postulowali różnorodność miłosnych układów – od samowystarczalności, przez posiadanie różnych partnerów płci obojga, aż po poliamorię.
Mówił: – Nie ma trudniejszego tematu niż szczęście. Oczywiście takie „historie szczęśliwe” zostały napisane, ale zwykle jest to lekka półka, popkulturowy badziew, harlequinowy rzyg. Nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się temat szczęścia i spełnienia unieść. Kiedy przychodzi mi pomysł na książkę, staram się, żeby to był pomysł, który będzie dla mnie wyzwaniem i z którego może wyjść kompletna klapa. Kiedy nie ma tego ryzyka, to pisanie nie jest interesujące.
Książka „Miłość” (2017) zaczynała się stylizacją iwaszkiewiczowską: znajdowaliśmy się we dworku, w domyśle w Stawisku. W upale trwała gra pożądania homoseksualnego, a jednocześnie wszystkie postaci łączył zmarły kochanek. Karpowicz pokazywał duszność uczuć, a w centrum tej książki znajdowało się męskie ciało, na które i kobiety, i mężczyźni patrzyli z pożądaniem.
Jako pisarz nie bał się ryzyka. Łączył swobodnie różne poziomy literatury, zaskakiwał. Wprowadzał rodzaj niepowagi w traktowaniu tematów poważnych, szukał lekkości wyrazu. Tego będzie brakować.
Na pytanie, za czym się tęskni, mówił: – Prosta odpowiedź brzmi: chodzi o to, by być kochanym i kochać zwrotnie. Tęsknić można na przykład za sensem w życiu, ale ja myślę, iż takiego sensu życie nie ma. Są jeszcze „raptowne chwile”, jak nazwał je Philip Roth, czyli takie sekundy czy minuty przyspieszenia, które zmieniają wszystko. Chyba na nie właśnie czekam. Nic lepszego nie może mnie spotkać. Nic innego nie może podważyć codziennej goryczy. Nie warto czekać na nic innego.









