I DO feel like dancing

filmweb.pl 3 tygodni temu
Zdjęcie: plakat


Jak opisalibyście swoją nastoletniość? Wieczne pryszcze? Pierwsza miłość? Zapewnianie rodziców, iż ich nienawidzicie? Ciało, które zmienia się niepokojąco szybciej niż umysł? Problematyka obrazów dorastania to niejako centralne wyzwanie kina coming of age. Najtrudniej obejść kwestię doświadczenia – każda nastoletniość jest inna, dla wszystkich kłopotliwa w innych wymiarach. Nie pomaga też problem odbiorczy: te kilka lat dojrzewania to okres wielkich zmian, dwunastolatka poruszy coś zupełnie innego niż siedemnastolatka. Klasyczny rynek coming of age odpowiada na te problemy skrajną kompartmentalizacją, mnożąc i odmieniając przez wszystkie przypadki łatki takie jak tween, teen, pre-teen, young-adult. "Sunny Dancer" obiera strategię zgoła inną: unika sztywnych wiekowo-odbiorczych kategorii, zamiast tego widowni szukając wśród szeroko definiowanych wrażliwców.

Bella Ramsey, Daniel Quinn Toye
  • Colin J Smith

Na pierwszy rzut oka film George'a Jaques'a można postawić tuż obok "Gwiazd naszych wina", "Trzy kroki od siebie" czy "Niech będzie teraz" jako przedstawiciela nurtu kina nastoletniej choroby. Oto wyobcowana młoda dziewczyna, która niedawno wygrała walkę z białaczką, wyjeżdża na letnie kolonie dla innych dzieciaków-przetrwanków, gdzie czekają pierwsze miłości i nowe znajomości z nowotworem w tle. Reżyser jednak gwałtownie zaznacza swoją odrębność. Jak sam wspomina w wywiadach, jednym z motorów do napisania "Sunny Dancer" była właśnie frustracja filmowymi przedstawieniami raka, gdzie łyse głowy, cierpienie i szpitale redukowane są do roli inspirującej anegdotki albo narzędzia prostego katharsis.

Zgodnie więc z obietnicą dostajemy film o radości: "Camp Rock" spotyka "Syreny". Są kochający i przebojowi rodzice, jest beztroski letni obóz, jest przystojny nieznajomy, jest obozowy konkurs talentów… Brakuje tylko zaangażowanej protagonistki. Ivy (Bella Ramsey) jest absolutnie niezainteresowana światem wakacyjnych rozkoszy. Wszystko jest dla niej cringowe albo irytujące. Temu spojrzenie wtóruje reżyser, który korzysta z bogactwa schematów oferowanych przez coming of age, ale akcenty rozkłada tak, żeby podkreślić ich cukierkową dziwaczność. Świetnie gra tutaj początkowe obrzydzania świata, gdzie cool dorośli to żenada, wakacyjne obozy przypominają bardziej zebranie kultystów, a pomoc dzieciom z nowotworem to często jedynie narcystyczny spektakl filantropii. Ivy jest tu niejako awatarką widowni, która wszelki kicz i dziwaczność kina nastoletniego obserwuje i ocenia z boku; odmawia uczestnictwa w tej szopce.

Daniel Quinn Toye, Bella Ramsey, Ruby Stokes, Conrad Khan, Jasmine Elcock, Earl Cave
  • Athenaeum Productions
  • Night Train Media
  • 27 Ten Productions

Fasada wycofanego cynizmu okazuje się jednak zupełnie bezsilna w starciu z mocą gatunkowych konwencji. Z każdym dniem Ivy zdaje się nie znosić obozu trochę mniej, przekupiona niezaprzeczalnym urokiem grupki obozowych rozrabiaków. Moment, kiedy wreszcie sama staje się częścią grupy, to też moment wyzwolenia; pozwolenia sobie na czerpanie bezpretensjonalnej euforii z bycia nastoletnio żenującą. Okazuje się, iż "Sunny Dancer" to wcale nie ironiczna dekonstrukcja nastoletniego romansu, ale coś zupełnie odwrotnego: opowieść o odwieszaniu cynizmu na wieszak i przeżywaniu na nowo dzieciństwa wcześniej odebranego przez chorobę.

Paradoksalnie jedną z najbardziej radykalnych (i udanych!) propozycji filmu jest przepuszczanie Ivy i jej paczki przez szereg banałów coming of age. Ukochanie sztampy jest tu o tyle wywrotowe, iż jest skrajnie inne niż to, do czego przyzwyczaiły nas filmy "festiwalowe" ("Sunny Dancer" swoją premierę miało na Berlinale). Płynie też z niego dość prosta, ale szlachetna myśl, żeby wszelaki krindż doceniać i ukochać, bo nie każdemu jest dane go przeżyć. Niestety wraz tym tematyczno-fabularnym fikołkiem film Jacques'a nabiera zadyszki. W rozkoszach nastoletniej zabawy rozpływa się nie tylko cynizm, ale też filmowe tempo i rygor scenariusza. Przez odhaczanie kolejnych obowiązkowych gatunkowych atrakcji prowadzi nas szereg fabularnych kuriozów i leniwie prowadzonych migawek.

W imię sielankowości Jaques konsekwentnie unika klasycznego konfliktu. Główna paczka jest zwyczajnie zgrana, odporna na wszelkie zdrady, kłótnie czy nieporozumienia. Decyzja to o tyle dobra, iż pozwala młodym aktorom ogrywać pozbawioną wszelkiej toksyny chemię. Przecież właśnie w przyjacielskich relacjach tkwi serducho kina coming of age. Tutaj to serducho bije zaskakująco mocno za sprawą wspomnianych już aktorskich popisów, ale i scenariusza, który dramaturgiczne braki rekompensuje świetnym gadanym. Język jest tutaj żywy i aktualny, do tego pełen humoru. Świat obozu łapie więc widza trochę podstępem; z jednej strony przypomina o naszej własnej młodości i kolonijnych wybrykach, z drugiej sprawia, iż czujemy tak jakbyśmy sami kiedyś znali – i lubili – jego obozowiczów. Jak podsłuchałem w jednej z rozmów po seansie: "te wszystkie dzieciaki aż chce się kochać".

Neil Patrick Harris
  • Colin J Smith

Programowy brak konfliktu przegrywa jednak z wymaganiami filmowej narracji. Potrzeba zgrzytów daje znać o sobie w okolicach trzeciego aktu. Przy braku osobistych zadr reżyser sięga po kolejne najwygodniejsze fabularnie źródło dramatów: chorobę. Wcześniejsze deklaracje o unikaniu fetyszu ogolonych głów i szpitalnych łóżek nie zostają złamane, jednak nagłe wykorzystaniu widma nawrotu jako motoru przemiany bohaterki pozostawia niesmak. Zwłaszcza w filmie, który ostentacyjnie odrzuca stereotypy kina nowotworowego. Można by próbować bronić tej decyzji jako zwyczajnej wierności rzeczywistości; przełamania sielanki codziennością. Na korzyść tej interpretacji nie przemawia jednak formalne ustawienie końcówki – nagle słoneczne pejzaże i beztroskie migawki przełamują ckliwe smyczki i łzawe sceny, które desperacko próbują wyłudzić od widza emocjonalną reakcję – zupełnie jak krytykowane przez reżysera filmy nastoletniej choroby.

Jeśli "Sunny Dancer" jest filmem dla wrażliwców, zapytać trzeba, kim taki wrażliwiec jest? Tak naprawdę każdy klasyczny "target" kina nastoletniego znajdzie tutaj coś dla siebie. Mityczne tweens (grupa wiekowa, która stoi u progu nastoletniości) z pewnością urzeknie obietnica młodzieńczej przygody, wariackich imprez i tego, jak fajna potrafi być nastoletniość. Starsze nastolatki docenią zgrywę z krindżowych dorosłych i katartyczne, choćby jeżeli oklepane, zakończenie. Dla młodych dorosłych film Jaques'a będzie trochę jak rozmowa ze swoim wewnętrznym dzieckiem (wewnętrznym nastolatkiem?) – bo zachęca on do całkiem przyjemnych prób oglądania ekranu oczami swojego młodszego ja. Wreszcie, najmocniej chyba zadziała na cichych frekwencyjnych bohaterów kina coming of age, czyli często zapomnianych rodziców, którzy do kina przychodzą z własnymi nastolatkami. Bo chociaż dorośli w "Sunny Dancer" portretowani są jako śmieszni, żenujący czy nieprzystający, to jest to portret pełen czułości i zrozumienia. Te rzadkie momenty, kiedy mogą mówić w swoim własnym imieniu i opowiadać o lęku straty dziecka – zarówno tej całkiem dosłownej jak (potencjalna) śmierć, i metaforycznej, kiedy nastolatek odcina pępowinę i staje się oddzielnym człowiekiem – są jednymi z najbardziej szczerych i poruszających. Sam nie jestem rodzicem, ale jeżeli macie swojego nastolatka nalegam – pójdźcie z nim do kina. Wyjdziecie, lepiej rozumiejąc siebie nawzajem.

Ruby Stokes, Daniel Quinn Toye, Bella Ramsey, Jasmine Elcock, Earl Cave, Conrad Khan
  • Robert Wilson

"Sunny Dancer" chyba najlepiej określić jako film coming into age – bo to opowieść nie tyle o samym dorastaniu i opuszczaniu nastolecieństwa, ile o pozwoleniu sobie na bycie dzieckiem trochę dłużej; o odzyskiwaniu zabranego czasu i o tym, iż choćby dorośli skorzystaliby z bycia nastolatkami. A opowiedziano to z taką czułością i wyczuciem, iż aż chce się zapomnieć o licznych wadach.
Idź do oryginalnego materiału