Nie ma w tym nic przypadkowego. Od kilku sezonów zza uchylonych szyb samochodów (niestety, często poruszających się z nadmierną prędkością, jak w tekście utworu) latem słychać „Californię”, poprzedni przebój White’a 2115, który przekonuje, iż w całej tej Kalifornii chodzi bardziej o stan umysłu niż amerykański stan: „I weź tę pracę odstaw/ Zapalmy papieroska/ Niech butelka nie ma końca/ Ze mną będzie zachód słońca”. Choć inaczej niż kiedyś w wypadku „Chałupy welcome to” czy „Lambady” – nie do każdego te utwory trafiły.
Bez Kalifornii letnie hity wyglądałyby prawdopodobnie zupełnie inaczej. Znane nam dziś letniaki mają trzy historie: amerykańską, europejską i krajową. I ta pierwsza rozpoczęła się w miejscu, które ma ponad 260 słonecznych dni w roku, kalifornijskim Hawthorne. I w opromienionych słońcem początkach lat 60., gdy wybuchło tu surfingowe szaleństwo. Zafascynowany był nim Dennis Wilson z miejscowej grupy The Beach Boys, a jego brat Brian zaczął pisać o surfingu piosenki.
Ta żelazna formuła – słońce, surfing, samochody i dziewczęta – przyniosła zespołowi sławę i pozwoliła konkurować z Beatlesami.










