"Gwiezdne miasteczko" to mroczne science fiction w świecie jak z "Czarnobyla" – recenzja serialu Apple TV

serialowa.pl 9 godzin temu

Na Apple TV startuje „Gwiezdne miasteczko”, spin-off „For All Mankind”, pokazujący radziecką stronę tych samych wydarzeń. Sprawdzamy, czy warto oglądać serial.

Podczas gdy „For All Mankind” kończy swój 5. sezon i zbliża się fabularnie do naszych obecnych czasów, prezentując alternatywną rzeczywistość, w której Mars staje do walki przeciwko Ziemi, a John Lennon żyje i nagrywa płyty z Jayem-Z, Apple TV proponuje nam spin-off pt. „Gwiezdne miasteczko„, który pokaże częściowo te same wydarzenia, ale z zupełnie innej perspektywy. Mowa o radzieckiej stronie wyścigu kosmicznego.

Gwiezdne miasteczko – o czym jest serial Apple TV?

Oczywiście wyścigu kosmicznego w fikcyjnej, alternatywnej wersji, takiej, jaką w „For All Mankind” ustalili twórcy, Ben Nedivi, Matt Wolpert i pełniący producencką rolę Ronald D. Moore. Przypomnijmy, oryginał rozpoczynał się od porażki Amerykanów, w wyniku której to nie Ed Baldwin (Joel Kinnaman), a rosyjski astronauta Aleksiej Leonow postawił jako pierwszy nogę na Księżycu. To zmieniło nie tylko losy zimnowojennej walki o wpływy w komosie, ale też historię całego świata. W tym Związku Radzieckiego.

„Gwiezdne miasteczko” (widziałam przedpremierowo pięć odcinków z ośmiu) na dzień dobry cofa się do tego brzemiennego w skutki dnia 1969 roku, prezentując go z perspektywy „sowieckiego zwycięstwa nad Amerykanami” i pokazując stosowną kronikę filmową, do złudzenia przypominającą to, co serwowano za PRL-u także Polakom. Następnie poznajemy głównych graczy: bezimiennego szefa radzieckiego programu kosmicznego (Rhys Ifans, „Ród smoka”), któremu wręczają odznaczenie przy pustej sali, by chwilę potem „ze względów bezpieczeństwa” mu je odebrać; młodziutką KGB-istkę Irinę Morozową (Agnes O’Casey, „Black Doves”); jej diaboliczną szefową Ludmiłę Raskową (Anna Maxwell Martin, „Motherland”); a także wschodzącą gwiazdę wśród inżynierów, Siergieja Nikulowa (Josef Davies, „Andor”). To ta sama postać, którą w „For All Mankind”, od rozpoczynającego się w 1983 roku 2. sezonu, grał Piotr Adamczyk.

„Gwiezdne miasteczko” (Fot. Apple TV)

Do tego mamy całą grupę ambitnych kosmonautów – są w niej m.in. Alice Englert z filmu „Piękne istoty” jako Anastazja Belikowa, Solly McLeod z „Rodu smoka” jako Sasza Poliwanow i Adam Nagaitis z „Terroru”/”Czarnobyla” jako Walia Markelow. W głównej obsadzie wyróżniają się jeszcze Ruby Ashbourne-Serkis („Ja, Jack Wright”) w roli Tani, charakternej małżonki Walii, i Priya Kansara („Bridgertonowie”) jako Lakshmi, naukowczyni z Indii, która będzie współpracować z Siergiejem. Ta dziewiątka postaci – całkowicie fikcyjnych, choć samo miejsce, tytułowy Zwiozdnyj gorodok, jest jak najbardziej prawdziwe – stanowić będzie trzon ekipy „Gwiezdnego miasteczka”.

Jak być może pamiętacie i z „For All Mankind”, i z lekcji historii, Sowieci w latach 70. dostali obsesji na punkcie podboju Wenus i to właśnie na tym celu w dużym stopniu skupia się 1. sezon spin-offu (a być może i kolejne). Spin-offu funkcjonującego w rzeczywistości jak gdyby żywcem wyjętej z „Czarnobyla”. To wrażenie, a może złudzenie, prawdopodobnie bierze się z jednej strony z tego, iż historię głęboko osadzoną w komunistycznym systemie opowiadają amerykańscy scenarzyści z udziałem brytyjskich aktorów, a z drugiej z bardzo bliskiego podobieństwa wizualnego, bo oba seriale kręcono na Litwie. To rzeczywistość, którą Polacy instynktownie rozpoznają, a którą zachodni twórcy nauczyli się coraz trafniej odtwarzać. choćby jeżeli miks brytyjskiego akcentu, cyrylicy na dokumentach i rosyjskich piosenek na zamknięcie odcinków może dziwić widzów z naszego regionu, nie sposób nie docenić ogromnego researchu.

Gwiezdne miasteczko – radziecki spin-off For All Mankind

Wydaje się, iż Ben Nedivi, Matt Wolpert i spółka przeczytali wszystko, co się da, o radzieckim programie kosmicznym, w swojej historii alternatywnej umieszczając wiele historii prawdziwej, ale szerzej nieznanej – bo o ile o amerykańskich próbach podboju kosmosu słyszeliśmy wszyscy ze szczegółami, o tyle z radzieckich kojarzymy głównie ich pierwsze osiągnięcia: Sputnika i Jurija Gagarina, psa Łajkę, Walentinę Tierieszkową. „Gwiezdne miasteczko”, opowiadając fabułę do pewnego stopnia opartą na faktach – i tytułowa osada pod Moskwą istniała, i Naczelny Konstruktor nie jest wymysłem, i loty na Wenus faktycznie miały miejsce – wydaje się więc już na pierwszy rzut oka bardziej odkrywczym serialem, niż jest naprawdę. A przy tym innym pod względem klimatu i tonu od przesiąkniętego amerykańskim patetycznym patriotyzmem „For All Mankind”.

„Gwiezdne miasteczko” (Fot. Apple TV)

W „Gwiezdnym miasteczku” dominuje gęsta, paranoiczna atmosfera, z brakiem poszanowania elementarnych praw jednostki, KGB zaglądającym ludziom dosłownie pod kołdry, wszechobecnymi donosami, podkręcaniem strachu i żądaniem od ludzi rzeczy niemożliwych, po to by prześcignąć Amerykańców. Z polskiego widzenia liczne objaśnienia spraw dla nas oczywistych wydają się niepotrzebne, a uproszczenia za daleko idące, niemniej twórcy zrobili koniec końców bardzo porządną robotę, jeżeli chodzi o odtwarzanie rzeczywistości bloku komunistycznego w latach 70. ubiegłego stulecia. Gdybyście uważali, iż jest zbyt łagodnie, zbyt „amerykańsko”, poczekajcie na bezlitosną końcówkę 1. odcinka, która wbija w fotel i z miejsca definiuje cały serial.

Choć mieszkając w naszym regionie w czasach wojny na Ukrainie, nie sposób nie zadać sobie pytania o to, czy w ogóle chcemy oglądać cokolwiek opowiadane z radzieckiej perspektywy, „Gwiezdne miasteczko” się broni, uczłowieczając co prawda bohaterów tych wydarzeń, ale jednocześnie pokazując bez cenzury – choć z uproszczeniami i często w łopatologiczny po amerykańsku sposób – tamtejszy nieludzki system. Podobnie jak w „For All Mankind”, tak i tutaj nie ma adekwatnie nikogo (Ludmiła jest temu najbliższa, ale też nie do końca), kogo by można nazwać pełnoprawnym czarnym charakterem. Główne postacie to zwykle dobrzy ludzie uwikłani w niemożliwe do ogarnięcia sytuacje. Serial pokazuje bez lukru realia życia gwiazd wśród kosmonautów, erozję prywatnych relacji w miejscu, gdzie nic nie jest prywatne, i codzienne funkcjonowanie pośród licznych ograniczeń i braków wszystkiego, z wolnością na czele.

W realiach tego specyficznego prestiżowego więzienia pod Moskwą zapoznajemy się z jednej strony z – alternatywną, ale nie do końca – historią radzieckiego programu kosmicznego, a z drugiej, z czysto ludzkimi relacjami. Mamy więc małżeństwo, w którym on jest kosmonautą, ale w domu to ona jest gwiazdą. Mamy miłosne wielokąty i marzenia o Paryżu. Mamy wgląd w domowe życie Siergieja, który już wtedy zdradzał zainteresowania, do jakich w Związku Radzieckim nikt nie miał prawa. Mamy pełne emocji twisty i zalążki ludzkich przemian, z których najciekawsza czeka oczywiście Irinę.

„Gwiezdne miasteczko” (Fot. Apple TV)

Jak to naiwne dziewczątko, fascynujące się bohemiczną żoną jednego z kosmonautów, stanie się bezwzględną szefową KGB, portretowaną w „For All Mankind” przez Svetlanę Efremovą? Kluczem okaże się jej relacja z Ludmiłą, pełniącą rolę przybranej matki, mentorki i naczelnej diablicy w jej życiu. A może anielicy? Zależy, jak patrzeć. Na pewno warto patrzeć uważnie na Annę Maxwell Martin, bo w tak chłodnej, okrutnej i totalnie przerażającej wersji jeszcze jej nie widzieliście. Ale wyrazistych, nieoczywistych ról jest więcej w „Gwiezdnym miasteczku” – w którymś momencie waszą uwagę przyciągną na pewno i Alice Englert, i Ruby Ashbourne-Serkis, i przechodząca na naszych oczach przemianę Agnes O’Casey. Dla polskich widzów interesujące będzie oglądanie Josefa Daviesa, który fizycznie nie jest aż tak podobny do Piotra Adamczyka, a jednak w wielu scenach, naśladując jego mimikę, dosłownie Piotrem Adamczykiem się staje.

Gwiezdne miasteczko – czy warto oglądać serial Apple TV?

Wszystko to razem składa się na interesujące rozszerzenie świata „For All Mankind” i choćby z tego względu obowiązkowy seans dla fanów oryginału. Odnajdziecie tu wszystko to, co już zdążyliście polubić: oryginalną historię w klimacie sci-fi, ale trzymającą się mocno Ziemi i ziemskiej polityki, postacie, z którymi łatwo się zżyć, ludzki aspekt wyścigu kosmicznego. Wizualnie spin-off robi choćby większe wrażenie niż główna seria, bo, znów, do amerykańskich lat 60. i 70. na ekranie jesteśmy przyzwyczajeni, a odtworzenie realiów po drugiej stronie Żelaznej Kurtyny to już wyższa szkoła jazdy.

Twórcy „Gwiezdnego miasteczka” robią to pieczołowicie, ale i z fantazją, wykorzystując litewskie miejscówki, charakterystyczny design czy ówczesną modę i podkręcając to na tyle, żebyśmy mogli popatrzeć z zazdrością na niektóre kostiumy czy gadżety, na chwilę zapominając o kontekście i tak po prostu zachwycając się stroną wizualną serialu.

„Gwiezdne miasteczko” (Fot. Apple TV)

Choć „Gwiezdne miasteczko” ma z definicji mroczniejszy ton niż „For All Mankind”, a niektóre zmagania z systemem ukazane w brutalistycznych miejscówkach przywodzą na myśl „Czarnobyl”, serial Apple TV to przede wszystkim dobra rozrywka, nie tylko dla fanów oryginału. To prawda, iż jego nieznajomość może utrudnić pełne rozumienie niektórych kontekstów, zwłaszcza związanych z późniejszą wersją Iriny (i trochę też Siergieja, choć on przemiany nie przechodzi), ale nie wpłynie na odbiór głównej fabuły. Spin-off to dobrze przemyślany osobny byt, który, co więcej, dzięki innemu klimatowi, ale też szybszemu tempu – więcej tu thrillera szpiegowskiego niż kostiumowej obyczajówki – ma szansę spodobać się widzom, do których główna seria nie trafiła.

Apple konsekwentnie inwestuje w produkcje science fiction, a „Gwiezdne miasteczko” wygląda jak kolejny strzał w dziesiątkę, który wciągnie nie tylko fanów twardego sci-fi, ale i miłośników wszelkiego rodzaju opowieści alternatywnych, historii XX wieku czy fabularnych flirtów z polityką. To ambitna rzecz dla widza, któremu nie wystarcza przyjemna, ale banalna rozrywka spod znaku netfliksowej paszy. Oglądajcie, bo warto.

Gwiezdne miasteczko – nowe odcinki w piątki na Apple TV

Idź do oryginalnego materiału