Gwiazdozbiór Psa już na etapie pierwszego zwiastuna jawił się jako produkcja, obok której większość widzów w najlepszym wypadku przejdzie obojętnie. Zapowiedzi zdradzały film na tyle generyczny, iż największe zaskoczenie budziła plansza informująca o tym, iż jest to najnowsze dzieło Ridleya Scotta. Niestety seans potwierdził, iż pierwsze wrażenie było słuszne.
Higs to jeden z niewielu ocalałych po epidemii wirusa, która zdziesiątkowała ludzkość. Razem ze swoim towarzyszem, psem Jasperem, stara się przeżyć w odizolowanym od świata miejscu. Większość czasu spędza za sterami samolotu, patrolując okolicę lub podróżując do okolicznego miasta. Pozyskane leki i inne zapasy z opuszczonych sklepów i szpitali dzieli z jeszcze jednym ocalałym, cynicznym Bangley’em. Zmęczony realiami w jakich przyszło mu żyć, Higs zwraca uwagę na tajemniczy sygnał radiowy, który odbiera podczas jednej ze swoich powietrznych podróży. niedługo opuszcza Bangley’a w celu odnalezienia źródła sygnału, a wraz z nim lepszego świata. Nad tym wszystkim unosi się widmo niebezpieczeństwa ze strony zdziczałego plemienia ocalałych ludzi, którzy zagrażają każdemu, kto jeszcze nie zatracił swojego człowieczeństwa. Już na tym etapie Gwiazdozbiór Psa wydaje się produkcją do bólu typową. Jednocześnie do tej pory całość przedstawiona jest sprawnie, bez dłużyzn, więc śledziłem akcję z nadzieją, iż w końcu coś się wydarzy.
Z początku, na pierwszy plan wybija się konflikt pomiędzy Higsem i Bangley’em. To dwa zupełnie inne charaktery, o całkowicie odmiennej filozofii funkcjonowania w otaczającym ich świecie. Utarczki i dyskusje pomiędzy tymi postaciami to jeden z nielicznych pozytywnych elementów filmu. Higs, grany przez Jacoba Elordiego, jest wyciszony, dosłownie i w przenośni z głową w chmurach, wciąż wraca myślami do bezpowrotnie utraconego życia. Z jednej strony trudno go polubić i z nim sympatyzować, ponieważ stale gra jedną i tę samą miną. Z drugiej, w przypadku tej postaci jest to poniekąd zrozumiałe i ma to w sobie pewien magnetyzm. Josh Brolin jako Bangley po raz kolejny gra twardziela i odnajduje się w tej roli świetnie. Zresztą jego wątek z dosyć niepokojącym rozwinięciem jako jeden z nielicznych śledziłem z zainteresowaniem. Ostatecznie ciekawie zarysowana dychotomia postaci gwałtownie traci jakiekolwiek znaczenie. Wszystko z powodu odtwórczego scenariusza.
Filmowy Gwiazdozbiór Psa napisany został w oparciu o powieść Petera Hellera o tym samym tytule. Pierwowzoru nie czytałem i obawiam się, iż prędko się to nie zmieni, ponieważ produkcja absolutnie mnie do tego nie zachęciła. Dostaliśmy film, który widzieliśmy już wiele razy i prawdopodobnie prawie zawsze w dużo lepszej odsłonie. Opustoszałe i zarośnięte budynki metropolii w szaro-burej scenerii, po których przechadza się Higs, od razu przypomniały mi Jestem legendą. Czający się gdzieś w dziczy szaleńcy i późniejsze wydarzenia z udziałem innych ocalałych to echa 28 lat później. Bardzo gwałtownie zwyczajne skojarzenia przerodziły się w myśl, iż lepszą rozrywką byłoby powtórne zobaczenie któregokolwiek z wymienionych filmów. Gwiazdozbiór Psa to zlepek klisz najbardziej typowych dla filmów postapokaliptycznych, bez jakiejkolwiek chęci, aby przekuć je w angażującą historię. Przez cały seans dominowało we mnie uczucie, jakby twórcy odrysowali całość od gotowego szablonu, który miał jedynie posłużyć jako baza do tego typu historii.
Kadr ze zwiastunaHigs i Bangley to zatem ostatnie postaci, o których mogę napisać coś pozytywnego. Cima i Jack grani kolejno przez Margaret Qualley i Guya Pearce’a są kompletnie przezroczyści. Bohaterowie i ich psychologia potraktowane są po macoszemu, po raz kolejny odrysowane od szablonu i puszczone na autopilocie. Rozumiem, iż miała to być historia skupiająca się na bohaterach i ich emocjach w obliczu katastrofy, która zmieniła ich życie. Jednak dialogi i relacje są tak naiwne i pretekstowe, iż w najlepszym wypadku budzą obojętność. Tak więc znajdziemy tutaj takie klisze jak mieszkaniec odizolowanego terenu kontra nowo przybyły, który został potraktowany z dużym dystansem i ostrożnością. Albo dwoje kochanków niemogących pogodzić się z utratą swojego poprzedniego życia i miłości, gdy świat był nieco bardziej normalny. Odbiór całości psuje jednak fakt, iż wszystko jest tak maksymalnie bezpieczne i nijakie, iż aż nieznośne.
Kolejnym problemem jest tempo, z jakim przechodzimy z jednego punktu historii do drugiego. Coraz częściej mówi się o tym jak gwałtownie Ridley Scott realizuje swoje projekty. Gwiazdozbiór Psa pozwoli wam tego doświadczyć. Wszelkie przeciwności losu i kłopoty, które napotykają bohaterowie w żaden sposób nie wynikają z logiki przedstawionego świata czy dotychczasowych wydarzeń. Rzeczy dzieją się nagle, jak za pstryknięciem palca, ponieważ twórcy potrzebują czegoś, aby pchnąć akcję do przodu. Zapomnijcie o jakimkolwiek budowaniu napięcia. W większości przypadków nie poczujecie, aby bohaterom tak naprawdę coś zagrażało. O zdziczałych ludziach, którymi scenarzyści próbują nas straszyć, przez większość seansu w ogóle nie pamiętałem. Brak im jakiejkolwiek twarzy, charakteru, ulatują z pamięci tak szybko, jak znikną z ekranu. Podobnie jest z morderczym wirusem czy też innymi chorobami, których boją się pozostali przy życiu ludzie. Nieistniejące zagrożenie, o którym pamiętamy tylko dlatego, bo czasami ktoś o nim wspomni.
Kadr ze zwiastunaJedynym momentem, który na chwilę wyrwał mnie ze snu, jest odnalezienie przez bohaterów Grand Junction, źródła wspomnianego wyżej sygnału radiowego. Tutaj Gwiazdozbiór Psa pierwszy raz zaskakuje, budzi niepokój, a choćby zahacza o horror. Pomyślałem, iż przez cały ten czas twórcy chcieli uśpić czujność widza, aby następnie zaskoczyć go finałem. gwałtownie jednak przekonałem się, iż był to co najwyżej wypadek przy pracy. Bohaterowie w mgnieniu oka odzyskują kontrolę nad sytuacją, a film wraca na poprzednie tory. Ridley Scott znowu gdzieś się śpieszy. W rezultacie mocny finał to co najwyżej niepasujący kawałek układanki, który ktoś wepchnął na siłę.
Chyba mało kto spodziewał się produkcji udanej. Kilka ostatnich projektów legendarnego reżysera udowodniło nam, iż niestety w przypadku Ridleya Scotta nie jest to jedynie chwilowy spadek formy. Można by powiedzieć, ze Gwiazdozbiór Psa to film poprawny. Ujęcia i montaż są poprawne, muzyka o ile już jest, to nie zachwyca, ale tez nie irytuje. Aktorsko również zwykle jest poprawne. Problem właśnie w tym, iż tutaj nic nie zapada w pamięć. To kino nieskalane jakąkolwiek wizją artystyczną, bez duszy, zrealizowane tak, jakby nikomu nie zależało na efekcie końcowym. Jak to możliwe, iż adaptację postapokaliptycznej historii z takimi aktorami można było nakręcić w taki beznamiętny sposób. Aż boję się myśleć, co przyniosą kolejne projekty reżysera, które już zostały zapowiedziane.
fot. główna: kadr ze zwiastuna

















