Gotowa na wszystko

filmweb.pl 7 godzin temu
Zdjęcie: plakat


Zapewne każdy z nas choć raz miał potrzebę zmiany, która pozwoliłaby uwolnić się od rutyny, ciężaru niezrealizowanych planów, dałaby poczucie rzeczywistego przeżywania życia, a nie bycia jedynie trybikiem w systemowej machnie. W końcu, jak głosi jedna z ulubionych narracji kapitalizmu, jesteśmy kowalami swojego losu. Jesse Eisenberg mówi: "sprawdzam", zastanawiając się nad rolami, które gramy w życiu, powodami dla których nakładamy maski, oraz tym, co jest pod nimi, czyli prawdzie o nas samych. A robi to w sposób, który rozbawiłby samego Gombrowicza, serwując nam prawdopodobnie najlepszą, oryginalną komedię tego roku.

Główną bohaterką opowieści jest Mona (Julianne Moore), typowa gospodyni domowa w średnim wieku, zafiksowana – niestety bez wzajemności – na swojej rodzinie. Zarówno mąż, jak i dwójka prawie dorosłych dzieci przypominają sobie o jej istnieniu dopiero wtedy, kiedy zaczyna burczeć im w brzuchach. Kobieta zbyt często zadaje sobie pytanie, czy ktokolwiek w ogóle zauważyłby jej brak. Z poczucia przezroczystości, bycia ignorowaną przez w zasadzie cały świat (a raczej z przyzwalania na taki stan rzeczy) rodzi się potrzeba zmiany. Pewnego dnia zgłasza się zatem na przesłuchanie do sztuki "Wścibscy sąsiedzi", ubiegając się o rolę pani Danielle, dozorczyni nowojorskiej kamienicy. Angaż dostaje – ale tylko dlatego, iż wybrana w drodze castingu aktorka zrezygnowała, a innych zgłoszeń nie było.

Artystyczny świat wita Monę z otwartymi ramionami. Młodziutka Stef (Halle Bailey), odtwórczyni głównej roli, od razu skraca dystans, deklarując siostrzaną więź. Reszta zespołu, w tym asystent Piotr (Eldar Isgandarov), codziennie obsypuje ją serdecznościami, które ta natychmiast odwzajemnia – ze zdwojoną siłą. Aż trudno uwierzyć, ile do tej pory nasza bohaterka traciła w życiu. W beczce nienaturalnie słodkiego miodu pojawia się jednak łyżka dziegciu: Jerry (Paul Giamatti), reżyser zdruzgotany scenicznymi umiejętnościami swojej nowej aktorki, który postanawia wydobyć z niej talent.

Spokojnie, Eisenberg nie zamierza opowiadać nam o nauczycielu-tyranie pokroju Terence’a Fletchera (J.K. Simmons) i fundować powtórki z "Whiplash" (2013) Damiena Chazelle’a. Jednakowoż Mona ma w sobie coś z Andrew Neimanna (Miles Teller): zamierza za wszelką cenę osiągnąć swój cel, dać niezapomniany występ i zdobyć uznanie publiczności. Jej upór jednak w pewnym momencie zaczyna komplikować sytuację. Zachęcana przez mentora do porzucenia skorupy wstydu i oddania się roli, coraz bardziej zatraca się w nowej życiowej roli, stawiając Jerry’ego w szeregu kłopotliwych sytuacji.

"Debiut" przypomina nieco obdarty z realistycznej warstwy dramaturgicznej rewers "American Beauty" (1999). Życie Mony jest tak samo jałowe i iluzoryczne, jak podmiejska egzystencja Lestera Burnhama (Kevin Spacey), choć postaci te różnią się temperamentem i aspiracjami. Eisenberg, będący także autorem scenariusza, ponownie nie zamierza iść utartymi ścieżkami i serwować klisz oblepionych goryczą życiowych porażek. Nie rezygnuje jednak z warstwy diagnostycznej, choć ma ona inny wymiar niż ta z filmu Mendesa i jest skrojona pod nasze czasy w kontekście chociażby wszechobecnego lęku przed byciem niezauważonym i niezapamiętanym, podsycanego między innymi przez machinę mediów społecznościowych.

Uderzająca już od pierwszych scen karykaturalność świata przedstawionego jest tu całkowicie zamierzona i wynika z konwencji opartej na musicalowym silniku, którą twórca wydaje się znakomicie bawić. Prawdziwe, pełnokrwiste postaci zamienia na odrealnione figury przybierające satyryczne szaty, również w wymiarze społecznym. Wszystko jawi się niczym tekturowa, sceniczna scenografia imitująca rzeczywistość – zdecydowanie łatwiejsza od owej rzeczywistości do modelowania. Przesłodzone relacje na jednym biegunie czy ich całkowita zapaść na drugim stanowią alegoryczną umowność, wzmagającą baśniowy charakter opowieści. Mimo, iż Eisenberg nie wyważa żadnych narracyjnych czy formalnych drzwi, jego film uwodzi zarówno wielowymiarowością, jak i przemyślaną, dopracowaną w najdrobniejszym szczególe koherentną strukturą. Traci jedynie w momencie, kiedy zaczyna opowiadać sam siebie, objaśniać stan bohaterki, który jest wystarczająco przejrzyście zobrazowany i nie wymaga dodatkowych komentarzy.

Mimo pozornej fabularnej prostoty "Debiut" skrywa liczne warstwy interpretacyjne. Na pierwszym, dosłownym planie mamy nakreśloną pretekstowo wariację na temat samego zawodu aktora, wchodzenia w rolę i wyznaczania granic między kreacją a własnym "ja". Służy ona reżyserowi do lustrowania kondycji ludzkiej natury: ról odgrywanych przez nas w życiu, czyli gombrowiczowskiej formy – byciu zawsze w systemie społecznych i kulturowych oczekiwań. Systemie, który choćby jeżeli deklaruje najbardziej wolnościowe wartości, wymaga od nas jakiegoś rodzaju "posłuszeństwa", dopasowania do układanki. Na ile jesteśmy wewnątrzsterowni, a na ile potrzebujemy nawigacji otoczenia, żeby stać się sobą i czym w ogóle owo bycie sobą jest? Czy wolność od zakładania masek jest w ogóle możliwa? Czy wybór jest rzeczywiście po naszej stronie? "Debiut" to także zwrócenie wolności paniom Robinson – kobietom, które zdecydowały się poświęcić swoje plany, talenty i ambicje dla instytucji małżeństwa i rodziny, nie spodziewając się braku spełnienia w tym zakresie. Film można czytać także jako uniwersalną opowieść o marzeniach i odwadze do ich spełniania, choćby wtedy, kiedy wydaje się, iż jest już za późno, iż przespaliśmy naszą szansę.

Opowiadana przez Eisenberga historia prawdopodobnie nie wybrzmiałaby z taką finezją i humorem, gdyby nie obsada. Julianne Moore kolejny raz udowadnia swoją wielkość, grając postać przechodzącą przez różne stadia: od niezręczności i towarzyskiego zagubienia, przez epizody utraty kontroli, po rodzącą się pewność swojej wartości. Paul Giamatti nie przebiera swojego bohatera w kostium przesady, dzięki czemu nie kradnie pierwszego planu koleżance po fachu, a jednak zapada w pamięć – i zostaje w sercu. Eisenberg zaś kwitnie zarówno jako reżyser, jak i scenarzysta, który na potrzeby filmu wymyślił także fabułę "Wścibskich sąsiadów" i napisał do nich utwory. Zadawane przez niego – na szczęście bez nadęcia i dydaktyki – pytania nie tracą na aktualności i uniwersalności, a błyskotliwy, autoironiczny, komediowy anturaż czyni z "Debiutu" szczere, oddane bohaterom, bezpretensjonalne kino środka.
Idź do oryginalnego materiału