Dwadzieścia lat później patrzę na chłopca, a w jego oczach odbija mi się moje młode odbicie, jakby czas wirował wokół i wszystko działo się jednocześnie.
W przedwieczór ślubu, kiedy wiatr tańczył z firankami w kamienicy na Woli, Artur podejrzewał Martę o zdradę. Szeptała mu do ucha przysięgi i zapewnienia, iż żadne inne serce nie bije w niej poza jego, ale on słyszał tylko własne myśli, które brzmiały niczym stukot kopyt na bruku. Był głuchy na jej łzy. Minęły dwie dekady i spotkał chłopca był jego odbiciem, wyciętym z tego samego materiału, jakby czas cofnął się o dwadzieścia zim.
Byli spleceni miłością, o której mówi się w tramwajach i pisze w wierszach, tak nienazwaną, iż ludzie przystawali pod domem Marty tylko po to, by poczuć jej cień. choćby gołębie przysiadały na parapetach, by patrzeć na nich przez szybę. Szykowali się powoli do ślubu obrączki już czekały w pudełku po landrynkach, ale ceremonia rozmyła się jak mgła nad Wisłą.
W noc poprzedzającą ślub Marta przytuliła się do Artura i wyszeptała coś, co oddychało nadzieją: Jestem w ciąży. Zamiast euforii usłyszała jednak burzę. Artur, z oczami błądzącymi wśród kałuż podejrzeń, wyrzucił jej, iż musiała mieć kogoś innego. Nie uwierzył; dla niego czas płynął inaczej, a ciąża była niemożliwa. Wykrzyczał jej w twarz brak zaufania, a ona nosiła w sobie życie.
Bliscy łapali go za ramię przy okrągłym stole w kuchni i mówili, iż zgłupiał. Każdy wiedział, ile Marta dla niego znaczy, widzieli ten ogień. Ale on był jak kamień w studni nieprzejednany. Ich ścieżki rozeszły się jak dwie rzeki u ujścia, obrączki zostały przykryte kurzem. On sugerował koniec, ona nie chciała słyszeć. Przez tygodnie czekała na telefon, który nigdy nie zadzwonił.
Nie szukała go. Artur trwał przy swojej wersji. Rozpoczęli dwa światy jej z niebieskim wózkiem skrzypiącym rano na podwórku, jego z chmurami pod czapką. Marta sama taszczyła codzienność, choć czasem sny prowadziły ją po schodach dawnego mieszkania i wśród śmiechu z tamtych czasów.
Niełatwo być samotną matką na Ochocie, ale ona trzymała się dzielnie. Odrzuciła myśl o własnych przyjemnościach, mając przy sobie malutkiego Krzysia swojego anioła z kręconymi włosami. Pracowała w piekarni na Zwycięzców, po południu prowadziła korepetycje. Całe zarobione złotówki zamieniała na książki i ciepłe ubrania.
Krzysiek już jako nastolatek był filarem domu, podawał matce herbatę zimą, bronił jej słowami, gdy świat próbował być okrutny. Ukończył politechnikę przy placu Politechniki, służył w wojsku pod Warszawą, dostał pracę przy modernizacji tramwajów. Gdy rósł, przestał pytać o ojca. Marta opowiadała mu bajki, w które zasypiał o dzielnych żołnierzach i tajemniczych inżynierach ale wiedzieli oboje, co jest prawdą.
Krzysiek to odbity portret Artura z młodości; ten sam nos, szczery uśmiech, spojrzenie spod grzywki. I kiedy to się zdarzyło, na spacerze pod starymi lipami w parku Skaryszewskim, spotkali się. Marta, Artur i Krzysiek. Artur zamarł, patrząc na chłopca; dostrzegł w nim siebie do tego stopnia, iż świat na moment upadł w jego głowie. Chodził potem trzy dni jak we śnie, między Alejami Jerozolimskimi a Nowym Światem.
Na trzecią noc zapukał do drzwi Marty, które pamiętały echo dawnych kłótni i śmiechów.
Możesz mi wybaczyć? wyszeptał, gubiąc głos w zapachu suszonej mięty.
Przebaczyłam dawno temu odpowiedziała cicho.
I wtedy jakby z szafy wypadły stare bajki opowieści o tacie ożyły na nowo. Dla Krzysia ten sen był pierwszym spotkaniem z ojcem; słodko-gorzkim przebudzeniem pod polskim niebem, gdzie wszystko mogło się zdarzyć.







