Słucham sobie zeszłorocznej płyty i muszę przyznać, iż bardzo dobre granie, natomiast spodziewałem się chyba jakiegoś totalnie awangardowego odjazdu, bardziej w kierunku Wormlust a tu w sumie całkiem przystępne nakurwianko. To znaczy, żeby nie było, iż będę tu kozaczył i się popisywał, jakie to gładziutkie i w ogóle granie jak Kombii czy Lady Pank, bo nie. Ale posiada to istotną różnicę względem tych najbardziej odjechanych kapel z Islandii, mianowicie cały czas, przez cztery długie numery, jakie są na płycie, Martröð napierdala metal. Nie robi przerw na elektro-akustyczne fragmenty w środku numeru, nie przeplata ambientowymi interludiami, tylko jedzie do przodu a wszystkie te właśnie dziwactwa, przeszkadzajki, połamane gitary wplata w black metalowy łomot i wtapia w gęsty, ciężki monolit. I dlatego uważam to za mniej awangardowe, niż parę innych albumów stamtąd, bo tutaj awangarda i dysonanse są częścią zwartego, metalowego kośćca, a nie na odwrót.
Scenę islandzką rozpatruję nie w kategoriach zespołów jako takich, bo tutaj trochę za dużo formy nad treścią, a w kategorii kilku naprawdę świetnych płyt. I to, myślę, jest jedna z nich.
Statystyki: autor: DiabelskiDom — 21 min. temu