„Bez końca” – Ktokolwiek widział | Recenzja | Millennium Docs Against Gravity 2026

filmawka.pl 1 dzień temu

Poranki Daniela nie należą do zwyczajnych. Zamiast wylegiwać się w sobotę czy niedzielę w łóżku, spędzając czas wolny z rodziną, mężczyzna wstaje skoro świt i wypływa łódką na Wisłę. Przeczesuje dno przy użyciu najnowocześniejszego sprzętu. Przygląda się uważnie linii brzegowej. Wrzuca do wody obciążoną piankę z GPS-em, a następnie śledzi na radarze, dokąd Wisła zaniesie ten specyficzny twór. Daniel nie jest – wbrew pozorom – ani rybakiem, ani naukowcem badającym bioróżnorodność najdłuższej rzeki w Polsce. Jest zrozpaczonym ojcem, którego napędza miłość do zaginionego syna.

Krzysiek Dymiński wymknął się z domu około czwartej rano, 27 maja 2023 roku. Wychodząc zabrał ze sobą jedynie portfel, powerbanka, telefon i plastikową różę – pamiątkę po dziewczynie, w której był nieszczęśliwie zakochany. Nie zostawił żadnego listu. Na Instagramie napisał jedynie enigmatyczną wiadomość: „Dziękuję, żegnajcie”. Jego ślad urwał się na Moście Gdańskim. Monitoring miejski zarejestrował, jak chłopak stoi przez kilkanaście minut w miejscu, wpatrując się intensywnie w ciemną toń rzeki. Kiedy kamera się odwróciła, Krzysiek zniknął. Nie ma żadnego dowodu na to, iż skoczył. Nie ma żadnego dowodu na to, iż zszedł z mostu żywy.

fot. „Bez końca” / mat. prasowe Autlook Films

Tytuł swojego nowego dokumentu Michał Marczak zapożyczył od Krzysztofa Kieślowskiego. Nie ma w tym, no pun intended, przypadku. Autor Podwójnego życia Weroniki opowiadał w Bez końca o głębokim wpływie, jaki potrafią wywierać zmarli na świat żywych; pustce, którą po sobie zostawiają, często niemożliwej do zapełnienia. Choć Krzyśka nie ma już fizycznie w życiu jego rodziny, to Daniel i Agnieszka myślą o nim każdego dnia. Kobieta śni o spotkaniach z synem, ciągle wierząc w to, iż jeszcze go kiedyś zobaczy. Mężczyzna wydaje się pozbawiony podobnych złudzeń – przeczesuje rzekę, licząc na to, iż odnajdzie ciało i będzie mógł pogrzebać własne dziecko. Niczego rodzice Krzyśka nie potrzebują tak bardzo, jak domknięcia. Finału, który ostatecznie odbierze im nadzieję lub tę nadzieję wynagrodzi. W każdym wypadku zabierze jednak z ich barków ciężar oczekiwania, życia w ciągłym napięciu. Stąd angielski tytuł filmu, który nie brzmi, jak u Kieślowskiego, No End, ale właśnie Closure.

Marczaka, całe szczęście, w ogóle nie interesuje sensacyjno-tabloidowy aspekt zaginięcia nastolatka – jego film jest tak daleko od podgatunku true crime, jak to tylko możliwe. Nie bez powodu reżyser włącza kamerę dopiero w momencie, w którym medialne zainteresowanie sprawą dogasa. Po kilkunastu miesiącach poszukiwań bezradna policja rozkłada ręce, ludzie z całej Polski przestają słać na wpół anonimowe donosy, a na Wisłę wypływa już tylko ojciec Krzyśka – najczęściej sam, rzadziej w towarzystwie bliskich.

Mężczyzna w sposób naturalny i niewymuszony wyrasta na głównego bohatera dokumentu. Marczak towarzyszy mu w kolejnych wyprawach nad rzekę, budując portret człowieka owładniętego obsesją odnalezienia syna. Daniel podpływa pod każdy zator, jaki tworzy się na Wiśle. Szuka przy brzegu, z wykrywaczem metalu, uczestnicząc jednocześnie w zebraniu firmowym na laptopie. Gdzieś pomiędzy ujęciami bohater nawiązuje intymną relację z naturą. Sypia pod namiotem, grzejąc kości przy własnoręcznie rozpalonym ognisku. Wyrwane z gorzkiego kontekstu, niektóre fragmenty Bez końca mogłyby sprawiać wrażenie pochodzenia z dokumentu o współczesnym nomadzie – namiętnym czytelniku Waldena, który postanowił powtórzyć eksperyment Henry’ego Davida Thoreau w czasach późnego kapitalizmu. Daniel wygłasza tezy, które mogłyby pochodzić wprost z książki Kanadyjczyka: mówi do kamery o tym, iż jako cywilizacja straciliśmy kontakt z naturą; iż powinniśmy spędzać więcej czasu w łonie przyrody. Jemu bliskość z naturą przyniosła, jak sam twierdzi, ukojenie. Pytanie o to, ile w tym stwierdzeniu prawdy, a ile próby odnalezienia pozytywnego wymiaru beznadziejnej sytuacji pozostaje w mocy.

Podobnie rzecz ma się z pytaniem absolutnie kluczowym, powracającym w Bez końca regularnie. Kiedy wreszcie odpuścić? Kiedy dać sobie spokój? Marczak skrupulatnie rejestruje momenty, w których obsesja Daniela wymyka się spod kontroli i wpływa na życie najbliższych. Jak chociażby wówczas, kiedy wracając z wieczornych poszukiwań, mężczyzna spóźnia się na umówione spotkanie rodzinne. W głosie jego drugiego syna słychać rozczarowanie, a może choćby irytację, co każe nam przypuszczać, iż to nie pierwsza sytuacja tego typu. Cena, jaką Daniel płaci za każdy dzień szukania Krzyśka jest oczywista. Walutą jest tu czas, który bohater mógłby spędzić z resztą rodziny.

fot. „Bez końca” / mat. prasowe Autlook Films

Miarą uczciwości reżysera jest to, iż w pewnym momencie decyduje się on ujawnić. Zza kamery dobiega przyjemny dla ucha głos, który wdaje się z bohaterami w dialog. Zadaje uczciwe pytania o social media Krzyśka, prosi, aby pokazać mu pokój chłopaka. Czasem sytuacja się odwraca, jak w świetnej scenie, w której Daniel pyta nagle Marczaka o sens życia. Wybity z pantałyku, reżyser zaczyna się plątać. W końcu wypluwa z siebie banały o tym, iż trzeba sobie pomagać, a wszyscy ludzie powinni być jak jedna rodzina. Bo co innego powiedzieć facetowi, który od ponad roku szuka zaginionego dziecka?

W scenie z zupełnie innego rejestru ujawnienie się Marczaka ma wymiar etyczny. Pod koniec filmu obserwujemy, jak Daniel angażuje się w poszukiwania zaginionej dziewczyny ze Stalowej Woli. Kiedy w rzece zostaje odnalezione ciało, reżyser przebywa tuż obok ojca ofiary. Życie mężczyzny wali się na jego oczach. Zamiast siedzieć cicho i filmować cudze cierpienie, dokumentalista ostentacyjnie odwraca kamerę w drugą stronę. Nie żeruje na emocjach, wykazując się w sytuacji granicznej daleko posuniętą empatią i szacunkiem.

Paradoksalnie, Bez końca to w pierwszej kolejności film o miłości. Uczuciu, które nie gaśnie, choćby kiedy ukochana osoba znika z naszego życia. Marczak usilnie szuka w historii Daniela czegoś w rodzaju happy endu, nie chce zostawiać nas w ponurej atmosferze beznadziei i apatii. Być może dlatego zamyka swój film sceną pięćdziesiątych urodzin mężczyzny. Bohater otoczony jest przez najbliższych, uśmiecha się szeroko, zdmuchuje świeczki. Kiedy tylko gwar rozmów cichnie, Daniel spogląda jednak w bliżej nieokreśloną przestrzeń, a na ścieżce dźwiękowej pojawia się melancholijna, folkowa piosenka The Fox Chase, znana z Ośmiu gór Felixa Van Groeningena i Charlotte Vandermeersch. Utwór można z powodzeniem traktować jako klucz interpretacyjny do dokumentu Marczaka. Daniel Norgen śpiewa w nim o wiecznej pogoni i myśliwym, który nieświadomie zatraca się w akcie polowania:

Shy and elusive

Hard to get close

My heart runs fast

And my legs run slow

The less I know

The further I go

To chase him down down down

Pozostaje mieć nadzieję, iż bohater Bez końca będzie mógł utożsamić się pewnego dnia z podmiotem z innej piosenki Norgena. Utwór Like There Was a Door, pochodzący z tej samej płyty co The Fox Chase, opowiada już nie o pogoni, ale o powolnym godzeniu się ze stratą i pielęgnowaniu wspomnień o kimś, kto odszedł na zawsze:

You were looking into the blue

Like there was a door

Today’s been cold, clear and blue

And now you look no more

I’ve been thinking of you

Almost every day

And I wonder if there is more

Cause when you went away

You were looking into the blue

Like there was a door

korekta: Daniel Łojko


Tekst powstał we współpracy partnerskiej z Festiwalem Filmowym Millennium Docs Against Gravity.

Idź do oryginalnego materiału