Berlinale znów dzieli i porusza. Ten festiwal nie potrafi uciec od polityki | Co może kino?

polityka.pl 3 godzin temu
Zdjęcie: Ella Knorz/ifProductions/Alamode Film


76. edycja Berlinale wywołała poruszenie i protesty oficjalnym odcięciem się od polityki. Zajmowała się jednak polityką i nagradzała filmy mówiące o cenie wolności. W cieniu toczącej się wojny w Gazie i narastających napięć geopolitycznych, szczególnie wokół Iranu, staliśmy się świadkami paradoksu: najbardziej polityczny festiwal filmowy świata usiłował udowodnić, iż potrafi być apolityczny. Skończyło się wzmożeniem aktywizmu i zaciętą dyskusją o powinnościach kina artystycznego.

Gdy przewodniczący jury Wim Wenders, legendarny współtwórca nowego kina niemieckiego, na konferencji prasowej inaugurującej festiwal uznał, iż filmowcy muszą trzymać się z dala od polityki, bo są dla niej przeciwwagą, a nie jej częścią, wywołało to szok. Deklarację odebrano jako kompromitującą dla imprezy o tak silnie zaangażowanym rodowodzie (czego przejawem choćby nieustanne wsparcie udzielane walczącej Ukrainie), a ironia tej sytuacji była miażdżąca. Filmowiec, który 30 lat temu wierzył, iż wszystkie dzieła są polityczne – a najbardziej te udające rozrywkę – nagle zaczął głosić potrzebę artystycznej neutralności. Obserwatorzy gwałtownie doszli do wniosku, iż nie chodzi o zmianę poglądów, tylko o kapitulację wobec niemieckiej racji stanu i paraliżującego strachu przed oskarżeniami o antysemityzm w kontekście krytyki agresywnych działań Izraela. Po 10 dniach medialnej wrzawy Wenders złagodził swoje stanowisko, oświadczając, iż kino nie posiada mocy zmieniania ustaw, ma za to unikatową zdolność zmieniania wyobrażenia o tym, jak powinniśmy żyć. I stało się to nieoficjalnym mottem tej edycji.

Czytaj też: Emancypacja i ekstaza. „Testament Ann Lee” odkrywa roztańczoną wizjonerkę

Niemniej mleko się rozlało. Kilku twórców, w tym indyjska pisarka Arundhati Roy, w geście protestu zdążyło wycofać swoje filmy z festiwalu.

Idź do oryginalnego materiału