Gdy przewodniczący jury Wim Wenders, legendarny współtwórca nowego kina niemieckiego, na konferencji prasowej inaugurującej festiwal uznał, iż filmowcy muszą trzymać się z dala od polityki, bo są dla niej przeciwwagą, a nie jej częścią, wywołało to szok. Deklarację odebrano jako kompromitującą dla imprezy o tak silnie zaangażowanym rodowodzie (czego przejawem choćby nieustanne wsparcie udzielane walczącej Ukrainie), a ironia tej sytuacji była miażdżąca. Filmowiec, który 30 lat temu wierzył, iż wszystkie dzieła są polityczne – a najbardziej te udające rozrywkę – nagle zaczął głosić potrzebę artystycznej neutralności. Obserwatorzy gwałtownie doszli do wniosku, iż nie chodzi o zmianę poglądów, tylko o kapitulację wobec niemieckiej racji stanu i paraliżującego strachu przed oskarżeniami o antysemityzm w kontekście krytyki agresywnych działań Izraela. Po 10 dniach medialnej wrzawy Wenders złagodził swoje stanowisko, oświadczając, iż kino nie posiada mocy zmieniania ustaw, ma za to unikatową zdolność zmieniania wyobrażenia o tym, jak powinniśmy żyć. I stało się to nieoficjalnym mottem tej edycji.
Czytaj też: Emancypacja i ekstaza. „Testament Ann Lee” odkrywa roztańczoną wizjonerkę
Niemniej mleko się rozlało. Kilku twórców, w tym indyjska pisarka Arundhati Roy, w geście protestu zdążyło wycofać swoje filmy z festiwalu.















