Tato, musimy poważnie porozmawiać! zaczęła Łucja, wchodząc do domu swojego teścia Pawła w małej wsi pod Krakowem. Zaledwie kilka godzin przedtem przyjechała z Warszawy, by odwiedzić rodziców męża. Oczy jej co chwilę spoglądały nieufnie na Marię, teściową.
Wybacz, iż Cię uraziłam, ale nie wyciągałam Piotrusia z tej wsi bez powodu. Zamieniłam go w miejskiego chłopca. A teraz chcesz z mojego synka, mojego Piotrusia, zrobić wieśniaka? Nie pozwolę na to! rzuciła, napinając głos.
Co się stało, Łucjo? wydała się przestraszona Maria. Dlaczego tak mówisz?
Bo nasz Piotruś, po całym lecie spędzonym z Wami, nie jest już taki sam! Rozumiesz?
Nie rozumiemy. Co to znaczy był taki wcześniej? Kiedy to było wcześniej? Ma dopiero osiem lat!
Dokładnie! Ma tylko osiem lat, a po Waszej wsi zamienił się w jakiegoś mężczyznę! I nabrał złych zwyczajów!
Złe zwyczaje? Łucjo? zmartwiony Paweł zerknął na nerwową zięcię. Czy on już papierosy pali?
Co to ma wspólnego z papierosami, tato? Oczywiście, iż nie pali!
No to nie pije, więc… mruknął teść. O jakie złe zwyczaje nam mówisz?
O wiejskie zwyczaje! Teraz na każdą piękną maszynę woła: Mamo, tato, patrzcie, jaka kobyłka przeszła! To słowo choćby nie istnieje! To koszmar!
Paweł tylko zmarszczył brwi, a Maria spojrzała na niego niezadowolona.
No tak Twoje słówka, Pawle powiedziała teściowa, patrząc na Łucję. Nie martw się, dziewczyno. To nie wulgaryzm, a raczej pieszczota. Nie chodzi o konia, a o małą kobyłkę.
Mamo, czy naprawdę mówicie tak? wybuchła Łucja. Czy naprawdę chłopiec z miasta ma tak mówić? Bałbym się, gdyby się przyzwyczaił do przekleństw. Po lecie w wiosce wpadły do jego słownika dziwne zwroty. Teraz mówi: Złapię cię za wałek! albo Dostaniesz w rozdzielni. Co to za słowa? Nie rozumiem! Zakręcę ci korbowód. Kiedy słyszę te rzeczy, włosy na mnie jeżą się na karku. A ostatnio w wypracowaniu napisał, iż chce zostać traktorzystą. Czy to Ty, tato, wpojenił mu takie marzenia?
Dlaczego ja? Paweł przygryzł się, starając się ukryć uśmiech pod maską winy. Nie ja. On sam zobaczył w polu maszyny, trochę się zachwycił. Poza tym to wciąż chłopak prawdziwy mieszczanin. Nie martw się. Pewnie jeszcze powie, iż chce zostać finansistą, a choćby ministrem finansów.
My z jego ojcem marzymy, aby został finansistą westchnęła Łucja. A on Co ostatnio zrobił?
Co? ponownie zadrżała Maria.
Dajemy mu kieszonkowe, jakby miał kupić sobie prezent na urodziny. Niech wybierze, co chce. Zgadzasz się, co kupił?
Co? zaniepokoił się Paweł.
Kupił jakieś łańcuchy. Albo piły łańcuchowe nie wiem dokładnie. Powiedział, iż nasze łańcuchy są takie tępe, iż już ich nie naostrzyć można. I iż w przyszłym roku zabierze nas z Piotrusiem do lasu, żeby samodzielnie ściąć drewno na balię do sauny. Czy to prawda?
Boże westchnęła Maria. Co on wymyślił…
Tak zgodził się Paweł. Zamiast kupić sobie prezent, postanowił pomóc. Łucjo, nie przejmuj się. Zwrot kosztów za piłę łańcuchową zrobimy dziś, do grosza. Powiedz tylko, ile wydał.
A pieniądze nie mają znaczenia! wykrzyknęła zięć. Najważniejsze, żeby mój syn nie myślał o balii, o kobyłkach i traktorach, tylko o nauce. Ma być dwukrotnym wyróżnieniem, żeby od razu dostał się na uniwersytet.
Masz rację, Łucjo! zaśmiała się Maria, przytulając się do niej. Następne lato weźmiemy z biblioteki naszego klubu najciekawsze książki i spędzimy cały czas z Piotrusiem pod jabłonią, czytając matematykę, język polski i przygotowując go do bycia dwukrotnym wyróżnieniem.
Dokładnie! skinął Paweł. Przywieź go do nas, a zamienimy go w najmądrzejsze dziecko w okolicy. choćby najtwardszego wsiaka przytłoczy swoją wiedzą.
A on mówi tak melodyjnie dodała Maria, zwracając się do męża. Nie tylko mówi, ale i śpiewa. Wszystkie nasze wiejskie babcie są w nim zakochane. Słuchają go otwartymi ustami i mówią: Łucjo, naprawdę jesteś dobrą mamą.
Naprawdę? dopytała niepewnie zięć. W czym jestem dobrą mamą?
W tym, iż przywozisz go na lato do wsi. Dziecko w tym wieku powinno jeść najświeższe, naturalne produkty, oddychać czystym powietrzem, kąpać się w krystalicznie czystej rzece, a nie w sztucznym basenie pełnym chloru. Czy Piotruś nie powiedział Ci, iż pływa prawie jak ryba?
Tak, opowiadał skinęła głową Łucja i w końcu uśmiechnęła się.
A na rowerze nie boi się już przemykających przy drodze ciężarówek. Nie drży przed psami ani przed pszczołami. A alergia? Już dawno przeszła.
Teraz prawie nie chodzimy z nim do przychodni przyznała zięć.
Za rok już nie będziecie wspominać słowa prawie! dodał Paweł. Nie obawiaj się, Łucjo, iż go zepsujemy. Tutaj zdobędzie tyle zdrowia, iż wystarczy mu na całe życie. Najważniejsze w dziecku to zdrowie fizyczne i moralne.
Dobrze poddała się w końcu Łucja. Trochę mnie uspokoiłyście
Gdy Łucja odjechała, Maria spojrzała na męża, z niechęcią pytając:
Myślisz, iż przyjadą z Piotrusiem w przyszłym lecie?
Przyjadą, skąd mieliby uciec niepewnie odpowiedział Paweł. Dobrze, iż Natalia nie zerknęła do stodoly. Bo zobaczyłaby mój traktor, który przygotowuję dla Piotrusia, i od razu by zwariowała. A tak wszystko będzie w porządku. Tylko niech nie zapomni tego słowa kobyłka. Przypomina mi się, jak w dzieciństwie słowo, które mój dziadek wypowiadał, przyklejało się do mnie od razu








