Konin to miasto mojego dzieciństwa. Wśród bloków z wielkiej płyty oraz wiecznie rozgrzebanych budów z hałdami żwiru i sterczącymi kikutami prętów zbrojeniowych wiodła moja droga do podstawówki. Ten postapokaliptyczny pejzaż był zarazem mikroświatem zapewniającym – czego współcześni rodzice prawdopodobnie nie są świadomi – wszystko, czego dziecko mogło zapragnąć: niezliczone kryjówki do zabawy w chowanego, karbid do preparowania wybuchów, rusztowania umożliwiające wspinaczki na kondygnacje bez schodów, góry piachu do gry w kapsle, a także pustaki i płyty azbestowe, z których podczas wojen z bandami z sąsiednich ulic wznosiliśmy twierdze. Możliwości były nieograniczone, a emocje – gwarantowane.
Na przełomie lat 80. i 90. budowy zwolniły, a krajobraz osiedla stopniowo się stabilizował, zakłócany jedynie wykwitami potransformacyjnej architektury i coraz śmielej wyrastającymi drzewami. Konin dobijał wówczas do 90 tysięcy mieszkańców i pozostawał stolicą województwa. Na horyzoncie, między dymiącymi kominami elektrowni, pojawiły się potężne dźwigi wznoszące największy kościół w Polsce – bazylikę w Licheniu. Odkrywki węgla brunatnego pracowały pełną parą, a huta aluminium generowała zyski pozwalające utrzymać miejscową drużynę piłkarską w II lidze (do dziś odebranie Aluminium Konin zwycięstwa w finale Pucharu Polski przez „Fryzjera” i Amikę Wronki uchodzi za jeden z najbardziej skandalicznych przykładów korupcji w historii polskiego futbolu).
Marek Chlanda jest artystą, który adekwatnie nie musi już niczego udowadniać. Dlatego przeglądowy pokaz w Koninie odbieram jako gest twórcy spełnionego, który zamiast hajpu największych galerii i centrów sztuki wybrał otoczenie bliskich sobie ludzi oraz miasto, w którym dobrze się czuje.
Druga połowa lat 90. była bez wątpienia okresem szybkiego rozwoju miasta. Niestety nie szło za tym poszerzenie oferty kulturalnej. Przeciwnie – i tak skromna, stopniowo się kurczyła. Mimo to, jak wszyscy szanujący się licealiści, snobowaliśmy się, wyłuskując co ambitniejsze festiwale, koncerty, seanse czy gościnne spektakle. Nie pamiętam jednak, abym w Koninie obejrzał choć jedną wystawę. Czy wynikało to z niewielkiej liczby i przeciętnego poziomu pokazów, czy raczej z fatalnej polityki informacyjnej lokalnych instytucji – trudno dziś rozstrzygnąć. Dość powiedzieć, iż przez niemal dwadzieścia lat, zanim ja i zdecydowana większość moich znajomych opuściliśmy Konin, nie zobaczyłem tam ani jednej ekspozycji sztuk wizualnych, choć działało BWA, Muzeum Okręgowe oraz co najmniej trzy duże centra kultury (KDK, Hutnik i Oskard – sic!).
Dziś prawdopodobnie byłoby inaczej. Choć Konin należy do najszybciej wyludniających się miast w Polsce, jego oferta kulturalna wydaje się ciekawsza niż trzy dekady temu. Lokalne instytucje, podobnie jak w całym kraju, uległy profesjonalizacji, a obok nich pojawiły się inicjatywy prywatne, wcześniej adekwatnie nieobecne. Najnowsza z nich wydała mi się na tyle interesująca, iż postanowiłem ją zobaczyć.
13 czerwca otwarto w Koninie wystawę Marek Chlanda. Biografia rysunkowa – pokaz pod wieloma względami wyjątkowy. Zaprezentowano ponad dwieście rysunków jednego z najwybitniejszych polskich twórców tego medium. Zaskakujący okazał się również kontekst instytucjonalny: zarówno historia stojąca za organizacją wystawy, jak i samo miejsce jej prezentacji.
Marek Chlanda jest artystą, który adekwatnie nie musi już niczego udowadniać. Dlatego przeglądowy pokaz w Koninie odbieram jako gest twórcy spełnionego, który zamiast hajpu największych galerii i centrów sztuki wybrał otoczenie bliskich sobie ludzi oraz miasto, w którym dobrze się czuje. Do Konina zawiodła go przyjaźń z lokalnym kolekcjonerem Grzegorzem Schmidtem. W 2018 roku Schmidt kupił na obrzeżach miasta willę z lat 70., która z czasem stała się dla artysty drugim domem, pracownią, a zarazem autonomicznym architektoniczno-rzeźbiarsko-rysunkowym Gesamtkunstwerkiem. Budynek sam w sobie jest ciekawym przykładem socmodernistycznej architektury mieszkalnej, gdy jednak do niego wchodzimy, zagarnia nas świat Chlandy. Liczne pomieszczenia, od piwnic do pierwszego piętra, zostały wypełnione rysunkami, kolażami, asamblażami, rzeźbami i instalacjami, tworzonymi na miejscu i dla tego miejsca. Ten Schwittersowski w duchu projekt nosi nazwę DOM, ma charakter stały i jest nieustannie rozwijany przez artystę oraz jego przyjaciela. Można więc powiedzieć, iż prezentowana w innym miejscu Biografia rysunkowa stanowi fragment większej całości.
Szkoła jako rodzaj akrobatyki. Rozmowa z Markiem Chlandą
Działania Chlandy w DOM-u pozwalają lepiej zrozumieć jego stosunek do rysunku. Z jednej strony pozostaje artystą w klasycznym sensie tego słowa: nieustannie towarzyszy mu głęboki namysł nad dziełem i procesem twórczym, doskonała znajomość tradycji oraz kontekstów artystycznych, a także biegłość warsztatowa. Z drugiej – jest twórcą, dla którego intuicja, wrażliwość i olśnienia wynikające ze splotów życia i sztuki znaczą więcej niż jakiekolwiek reguły czy kanony. Jak sam zauważał: „Materiał znaleziony jest znacznie ciekawszy od tego, który jest przypisany danej dyscyplinie sztuki. Przy czym jestem przeciwny braniu z ulicy czegokolwiek i pokazywaniu tego jako dzieła sztuki w muzeum czy galerii. […] Natomiast operowanie czymś, co jest używane do innych celów, obrabianie materiału, który posiada swoją historię – to jest to, co mnie zawsze intrygowało”[ref]Marek Chlanda. Rysunki i rzeźby 1978–1999, kat. wyst., Bunkier Sztuki, Kraków 1999, s. 14.[/ref]. Kontekst DOM-u pozwala również lepiej zrozumieć genezę oraz kształt Biografii rysunkowej. Przez lata Chlanda przekazywał Schmidtowi wyselekcjonowane przez siebie prace. Z czasem zbiór rozrósł się do tego stopnia, iż kolekcjoner postanowił znaleźć dla nich osobne miejsce do przechowywania. Miasto nie było zainteresowane współpracą, dlatego rozpoczął budowę własnego magazynu. Po co magazyn dla choćby kilkuset rysunków? W istocie wiele dzieł Chlandy jest tyleż rysunkami, co swoistymi combine drawings, których gabaryty wymagają znacznej powierzchni oraz szczególnych warunków składowania. Idea przechowalni zaczęła jednak gwałtownie ewoluować i ostatecznie powstał nie „magazyn”, a Magazyn – obszerna przestrzeń służąca zarówno przechowywaniu, jak i prezentacji dzieł sztuki. To właśnie tam odbył się premierowy pokaz Biografii rysunkowej, który zarazem zainaugurował działalność nowego miejsca na mapie wystawienniczej Konina. Z zewnątrz Magazyn to schludny barak z obszernym trawnikiem położony między ulicą Przemysłową a linią kolejową, po której niegdyś kursował pociąg spalinowy dowożący robotników do elektrowni i kopalni. choćby dziś, jeżeli ma się szczęście, można zobaczyć, jak archaiczna lokomotywa spalinowa toczy się po nasypie niczym duch. Trudno o lepsze zderzenie dwóch światów: wspomnienia tego przemysłowego, robotniczego, który przeminął, z teraźniejszym, postindustrialnym, reprezentowanym przez prywatne usługi elitarnego sektora kultury.
Sama wystawa imponuje rozmachem: na dwunastu ścianach i setkach metrów kwadratowych zaprezentowano 211 prac – od tych amatorskich (pierwsza powstała w 1968, gdy artysta miał 15 lat), aż po zupełnie nowe rysowane w 2024 roku. Mimo iż Chlanda stworzył tysiące dzieł, zbiór Schmidta jest o tyle reprezentatywny, iż – jak wspomniałem – za wyborem stoi sam artysta. Pod tym względem jest to raczej rysunkowa autobiografia, natomiast kuratorom, czyli Grzegorzowi Schmidtowi i jego córce Manii Schmidt, pozostało jej wystawiennicze sproblematyzowanie. Zdecydowali się na pokazanie całej kolekcji w układzie chronologicznym. Można zastanawiać się, czy słusznie. Z jednej strony zrozumiałym jest pragnienie zaprezentowania całości, zbiór jest unikalny, a prace często występują w nierozłącznych seriach. W tej sytuacji chronologia jest też najbardziej oczywistą płaszczyzną konceptualizacji. Z drugiej jednak, ekspozycja potrafi przytłoczyć. Na niektórych ścianach ciągnące się metrami zestawienia i nawarstwienia obrazów sprawiają, iż wchodzą one w niestabilne interakcje. Utrudnia to odbiór wystawy, tym bardziej, iż prace Chlandy są nieoczywiste, różnorodne technicznie, ikonograficznie i materiałowo, stawiają też opór dyskursywizacji. Zresztą sam artysta swego czasu zaznaczył dystans do analizowania swojej twórczości poprzez chronologie, zerwania i ciągłości. Dostrzega w niej raczej sieć, wielowymiarową strukturę, a nie liniowy postęp czy choćby ewolucję. Zdaje się również porzucać abstrakcyjne, formalistyczne systemy problematyzowania twórczości na rzecz „tu i teraz”: „[…] o ile naprawdę coś się chce powiedzieć, to się mówi, nie zważając na swoją przeszłość i na to, jak widzą cię inni”[ref]Ibidem, s. 10.[/ref]. Dlatego właśnie problem biografii jawi się u niego jako dosyć nietypowy.
Chlanda zdaje się nie przejmować klasycznymi modernistycznymi problemami. Przedmioty działają u niego poprzez swoją historię. Kalki, gazety, fiszki, tkaniny, patyki, sznurki, piórka raczej prezentują niż re-prezentują i w ten sposób bezpośrednio łączą nas z konkretnymi momentami i wydarzeniami z przeszłości.
Rysunki Chlandy ogląda się nie tyle jak autonomiczne dzieła sztuki, ile raczej kartki z dziennika, na których dokumentowane są różne stany, problemy i zdarzenia. Parafrazując Harolda Rosenberga można powiedzieć: „what was to go on the paper was not a picture but an event”. Składa się na to kilka kwestii. Wiele dzieł ma silny wymiar haptyczny w tym sensie, iż oko pełni w odbiorze również funkcje nieoptyczne, aktywizując inne zmysły, zwłaszcza dotyk. Dzieła dobitnie zaznaczają swoją fizyczną obecność. Gdy oglądamy niestrudzoną pracę ołówka tworzącego ciemne kreskowane płaszczyzny, podświadomie obawiamy się ich dotknąć by nie pobrudzić się grafitowym pyłem, tym bardziej, iż tu i ówdzie dostrzegamy ślady palców pozostawione przez samego artystę. Te „niedoskonałości” indywidualizują prace, są indeksami obecności autora, sygnaturami papilarnymi, podobnie jak często pojawiające się na rysunkach odautorskie zapiski – swoistymi sygnaturami grafologicznymi. W ten sposób podkreślana jest przez twórcę wyjątkowość momentu rejestracji zdarzenia.
Artysta często wprowadza również w obręb pola obrazowego elementy przedmiotowe. Jako inspiracje dla swoich materiałowych doświadczeń Chlanda wskazał Gitarę Picassa i kontrreliefy Tatlina[ref]Ibidem, s. 7.[/ref], a więc dzieła, które były efektami stopniowego podważania dominacji płaszczyzny obrazowej, miały akcentować umowność znaku lub adekwatności wykorzystywanych materiałów. Chlanda zdaje się nie przejmować tymi klasycznymi modernistycznymi problemami. Przedmioty działają u niego poprzez swoją historię. Kalki, gazety, fiszki, tkaniny, patyki, sznurki, piórka raczej prezentują niż re-prezentują i w ten sposób bezpośrednio łączą nas z konkretnymi momentami i wydarzeniami z przeszłości. Jednocześnie jednak czujemy, iż płaszczyzna kartki i klasycznie ujmowany rysunek to dla artysty za mało, a problem rzeźbiarskości dzieł pojawia się tyleż naturalnie, co nieuchronnie. Jak sam zauważył, wystarczy wziąć „pióro i gumkę, wesprzeć jedno na drugim i już pojawia się jakieś przestrzenne napięcie”. Ta w sumie banalna konstatacja została przez artystę ciekawie doprecyzowana: „dla mnie rzeźbą jest wszystko, co rzuca cień”[ref]Ibidem, s. 5.[/ref]. Można więc powiedzieć, iż Chlanda definiuje rzeźbę poprzez rysunek (cień). Wprowadzenie elementów przestrzennych nie tyle poszerza rysunek o trzeci wymiar, ile podważa jego dotychczasowy status jako płaskiej powierzchni. Jednocześnie element przestrzenny nie funkcjonuje jako niezależny obiekt, ale pozostaje częścią struktury rysunku. Płaszczyzna i przestrzeń, rysunek i rzeźba stają się dla artysty nierozdzielne – wzajemnie się konstytuują. Poszczególne media tracą swoją autonomię. Właśnie to napięcie między płaszczyzną i przestrzenią, rysunkiem i rzeźbą pozwalają widzieć w Chlandzie twórcę postmedialnego, który nie tyle porzuca medium, ile wykorzystuje je przeciwko jego tradycyjnie zakreślanym granicom.
Biografia rysunkowa pozwala również dostrzec analogiczne napięcie w sposobie wykorzystania koloru. Wystawę można określić jako monochromatyczną, choć miejscami jest rozświetlana przez barwne przebłyski. Nie tylko odcinają się one od monochromatycznej skali, ale także modyfikują sposób jej postrzegania, ułatwiając dostrzeżenie subtelnych gradacji oraz różnic walorowych. Paradoksalnie więc ograniczona obecność koloru podbija jego rolę — funkcjonuje niejako przeciwko monochromatyczności, a zarazem wydobywa jej wewnętrzne zróżnicowanie. W ten sposób pokaz zyskuje niezbędną energię wizualną. Zaryzykowałbym wręcz stwierdzenie, iż bez tych niewielkich akcentów kolorystycznych wystawy niemal nie dałoby się oglądać, gdyż przy tej liczbie dzieł napór bieli, szarości i czerni byłby zbyt przytłaczający.
„W ruchu oddalania się od centrum” Marka Chlandy i Natalii Karczewskiej w Fundacji Galerii Piana
Mimo chronologicznego układu Biografii rysunkowej trudno wskazać fazy ewolucji w œuvre Chlandy. Jego prace raczej nie układają się w stylistyczne, ikonograficzne czy materiałowe ciągi z dającymi się wychwycić punktami zwrotnymi. Wystawa, niejako wbrew kuratorom, nie prowadzi więc liniowo od pierwszego rysunku do ostatniego, a zarazem oferuje widzowi coś więcej – otwiera przed nim intymny świat doświadczeń artysty i w tym sensie najmocniej wybrzmiewa jej (auto)biograficzny charakter. Poszczególne dzieła, właśnie dzięki swojemu prezentacyjnemu charakterowi, nie odcinają się od momentu swojego powstania. Przeciwnie, zachowują coś realnego z chwili, w której były tworzone, z owego Rosenbergowskiego zdarzenia. Przejawia się to w silnie obecnym geście, przybrudzeniach, różnorodności materiałowej, doczepionych przedmiotach, notatkach czy odautorskich tekstach. Zarazem nie są to jedynie zamknięte świadectwa minionego momentu, gdyż ich znaczenie aktualizuje się w akcie oglądu. Widzowi trudno ustabilizować spojrzenie. Heterogeniczna forma prac pozostaje w stanie napięcia, a materialność przedstawienia ma silnie haptyczny wymiar, angażując odbiorcę w aktywny, cielesny sposób percepcji.
Chlanda w Koninie to ciekawe, wielowymiarowe doświadczenie. jeżeli więc pędzicie autostradą z Warszawy do Berlina, warto w połowie drogi zjechać na kilka godzin do miasta nad Wartą. Prace krakowskiego artysty ciągle rzucają cień.













