Arkadiusz Janiczek. Opolanin w Warszawie chce wrócić do Wyspiańskiego

opolska360.pl 2 godzin temu

Łukasz Baliński: Parę lat temu w jednym z wywiadów powiedział pan, iż pół życia spędził w Opolu, pół w Warszawie. Ta szala coraz mocniej przechyla się już na stronę stolicy.

Arkadiusz Janiczek: Z pełnego szacunku do warszawiaków, wśród których mieszkam od ponad 30 lat na Woli, nie nazywam siebie warszawianinem, bo według mnie tak mogą określać się tylko oni. Ja sprowadziłem się tu podczas studiów, jestem więc po prostu ich gościem, stałym mieszkańcem. Sąsiadem szanowanym – i ja też ich szanuję. To specyficzne miejsce, jedna z bardziej autochtonicznych i najstarszych dzielnic. Taka, która doznała ogromnego uszczerbku ludności podczas rzezi Woli w czasie II wojny światowej. Są tam rodziny, które to pamiętają. Po wielu kamienicach też to widać. Zawsze, w każdym wywiadzie czy biogramie teatralnym, nazywam siebie opolaninem w Warszawie. I to jest, moim zdaniem, najbardziej uczciwe.

– Powrót w rodzinne strony jest możliwy na „stare lata”?

– Wszystko jest możliwe, nie znamy przyszłości. Ale staram się coraz częściej odwiedzać rodzinne strony. Kiedyś rzadziej, „od święta”, a teraz – po śmierci ojca – bywam choćby dwa razy w miesiącu. Tak, by w razie potrzeby pomóc mamie, również samą obecnością.

– Mama mieszka teraz pod Opolem, a pan gdzie spędził młodość?

– Wychowywałem się przy ulicy Książąt Opolskich 36b. Jestem typowym „dzieckiem starówki”. Mieszkałem naprzeciwko kurii, a przez ścianę mieliśmy Bank Rolników. Pamiętam tam napis „1911”. To była wielka kamienica z ogromnymi schodami. Raz na parę lat tam zaglądam, żeby przypomnieć sobie dzieciństwo.

– To jest pana ulubione miejsce w Opolu?

– Tak, to podwórko będzie zawsze punktem, z którego się wywodzę. Tym bardziej, iż w 1981 roku rodzice dostali mieszkanie na ówczesnym ZWM-ie i byłem „zmuszony” spędzić tam część dzieciństwa i młodości. Ale tak mnie ciągnęło do centrum, iż zaraz po ósmej klasie poszedłem specjalnie do Technikum Mechanicznego – wtedy jeszcze przy ul. Mądrzyka, a później, jak dziś, przy Osmańczyka. Żeby wrócić na „stare śmieci”.

– I tylko dlatego ten „Mechaniczniak”?

– W sumie były trzy powody. Po pierwsze – rok 1989, czasy niepewne, a panowało przekonanie, iż chłopcy powinni najpierw zdobyć jakiś zawód. Mamy mówiły: „Po liceum to nie wiadomo, co adekwatnie robić”. Po drugie – do tej samej szkoły chodzili mój tata i wujek. A po trzecie – blisko starówki.

– To skąd, przy Technikum Mechanicznym i planach związanych z Politechniką Śląską, wzięło się aktorstwo?

– Wielu kolegów z mojego pokolenia było po technikach. Po „mechaniczniaku” to jeszcze nic, ja się dziwiłem, jak ci po „elektryczniaku” zdawali do szkoły aktorskiej i byli świetni. Przecież w tamtych czasach przyszłość przed nimi była o wiele bardziej stabilna niż przed technikiem-mechanikiem.

– Był jakiś punkt zwrotny, po którym postanowił pan zostać aktorem?

– To nie był punkt, to była jedna wielka linia ciągła. W stanie wojennym, w ramach zajęć świetlicowych, przyprowadzano nas regularnie do Młodzieżowego Domu Kultury. Trafiliśmy do pani Danuty Schetyny, mamy pana Grzegorza Schetyny, która prowadziła teatrzyk Dzieci Brzechwy. Od pierwszej klasy podstawówki do matury widywałem ją regularnie na starówce, między MDK-iem a barem Ikar na placu Kopernika. I zawsze przypominała mi, iż mam zostać aktorem (śmiech). Obiecałem jej więc, iż będę zdawał do szkoły aktorskiej – ale tylko raz.

– I naprawdę wierzył pan w to jedno podejście?

– Absolutnie. Wiedziałem, iż jeżeli zacznę Politechnikę Śląską – moją drugą miłość, czyli mechanikę – to odwrotu nie będzie. Tam też miałem złożone papiery. Podświadomie robiłem rzeczy, które miały być odskocznią od teatru, bo tym byłem zafascynowany od dziecka.

– Wróćmy zatem do aktorstwa.

– Najpierw był Teatr Lalki i Aktora przy ul. Kośnego. A od 13. roku życia chodziłem regularnie, na wszystko, co się dało, do „Kochanowskiego”. Konfrontacje Teatralne były wtedy na tak wysokim poziomie, iż tylko wzmacniały moją miłość do teatru. Totalna fascynacja – gdy przyjeżdżał Teatr Stary z Krakowa albo Teatr Powszechny z Warszawy, a grał mój przyszły opiekun i rektor Jan Englert, byłem jak zaczarowany. No i jeszcze Teatr Telewizji. W poniedziałek o 20.00 nie liczyło się nic innego.

Jako 13–14-latek pisałem recenzje do „Trybuny Opolskiej”, która zamieszczała je na przedostatniej stronie. Polonistki z SP 5 zauważyły, iż spędzam każdy wolny czas w teatrze, i przekonały mnie do pisania. Potem było wydawane przez MDK pismo „Tytuł Roboczy”, rozdawane za darmo w szkołach średnich.

Arkadiusz Janiczek. Fot. Paweł Stauffer

A potem pojawiła się moja trzecia miłość – żeglarstwo. Co weekend pływałem w Turawie. Pomyślałem, iż może wreszcie „odczepię się” od teatru. Tym bardziej, iż przez trzy lata byłem zawodnikiem kartingowym Automobilklubu Opolskiego na Półwsi i osiągałem pewne sukcesy. Ale gdy zbliżała się matura, pani Danuta znowu pojawiała się na placu Wolności, klepała mnie po ramieniu i przypominała, gdzie mam zdawać. Obiecałem jej, iż spróbuję ten jeden raz – więc postanowiłem przygotować się porządnie.

W wieku 18 lat zapisałem się do amatorskiego Teatru Jednego Wiersza przy MOK-u na ul. Targowej. Tam zaopiekował się mną Krzysztof Żyliński, a występowałem pod dyrekcją pani Elizy Wyszomirskiej-Kurdej. Statystowałem też w jednym przedstawieniu w TJK jako autentyczny halabardnik w „Eryku XIV”. Wszystko odbyło się „po bożemu”. Uważam wręcz, iż moja kariera teatralna toczyła się krok po kroku, bez przeskoków i „szybkich ruchów”. To był proces czeladniczy.

– Po czym na uczelni od razu trafił pan na wielkie postacie. Ekstraklasa aktorstwa.

– Składając papiery w 1994 roku, miałem do wyboru Kraków albo Warszawę. A iż regularnie oglądałem Teatr TV, zachęcił mnie skład profesorów w stolicy – nie umniejszając oczywiście krakowskiej PWST. Chciałem uczyć się zawodu od Jana Englerta, Gustawa Holoubka, Zbigniewa Zapasiewicza, Mariusza Benoit i Mai Komorowskiej, która niedługo zajęła się mną indywidualnie. Po latach dowiedziałem się od Englerta, iż zdałem najlepiej wśród chłopców.

A potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Pod koniec trzeciego roku zadzwonił do mnie Jerzy Grzegorzewski, kazał przyjść i natychmiast mnie zatrudnił. Dostałem obietnicę angażu w Teatrze Narodowym i tak jak 2 września 1997 roku wszedłem tam grać, tak jestem w nim do dziś. Jeden telefon zaważył na moim życiu.

– Nie było problemów z godzeniem pracy w teatrze z zajęciami?

– Były! Po prostu już nie wróciłem do szkoły. Po dłuższym czasie okazało się, iż mam niedokończony indeks, więc po pięciu latach pan Jerzy Grzegorzewski uzupełnił go wielkimi podpisami i pieczęciami, iż „wtedy i wtedy” objął nade mną opiekę artystyczną i pedagogiczną. Dzięki temu dostałem absolutorium.

– Fakt, iż Jan Englert zaproponował panu rolę w swoim pożegnalnym spektaklu, też wiele znaczy.

– Równo rok temu powiedział, iż do obsady bierze aktorów, z którymi chciałby się osobiście pożegnać, z którymi najlepiej mu się pracowało. I obsadził mnie w „Hamlecie” Szekspira. Spektakl okazał się wielkim sukcesem.

– Słyszałem nawet, iż dzięki temu na nowo narodziła się instytucja „konika” pod teatrem.

– To prawda. Zdarza się, iż przed spektaklem około 100–150 osób stoi albo siedzi przy kasach, żeby dostać jedną z 50 wejściówek. Mnie, jako aktorowi, serce rośnie. To pokazuje, iż ludzie wciąż kochają teatr. Nie chodzą tylko na przedstawienia, o których „marketing szeptany” mówi, iż nie warto – a taki istnieje, proszę mi wierzyć.

– Na scenie TN występuje pan niemal 30 lat. To dobrze, czy jednak pojawia się poczucie stagnacji?

– Bardzo dobrze. Przede wszystkim pod względem technicznym – aktor dobrze czuje się na scenie, którą zna. Każda ma inne warunki, inną kubaturę, inną akustykę. Ta rutyna jest potrzebna technicznie, a do każdego przedstawienia trzeba podchodzić z pokorą. Polega ona na tym, iż wykonuje się to, co reżyser sobie wymyśli, dostosowuje się do jego wizji. Oczywiście czasem pojawiają się momenty kompromisu, ale te trzeba rozwiązywać w pokojowym nastroju.

– Gdzie pan szuka inspiracji? Idzie za głosem reżysera czy sam poszukuje?

– Absolutnie staram się wykonywać każdy ruch, każdy gest, jaki reżyser zasugeruje podczas prób. choćby jeżeli początkowo wydaje mi się to obce i sztuczne, moim zadaniem jest, by stało się naturalne. I wykonać to tak, jakby było moje.

– Trudno godzić role w serialach, filmach i teatrze? Co jest na pierwszym miejscu?

– Na pierwszym miejscu są terminy. Połowa propozycji odpada podczas pierwszej rozmowy telefonicznej, bo otwieramy notesy i okazuje się, iż dni zdjęciowe nachodzą na wcześniejsze zobowiązania. Najczęściej są to spektakle lub obowiązkowe próby wznowieniowe w Teatrze Narodowym – i wtedy rezygnuję z roli przed kamerą.

– Jest jakaś rola, której pan żałuje, iż nie mógł zagrać?

– Musiałbym chodzić codziennie pełen żalu (śmiech). Trzeba zapomnieć jak najszybciej. Nie można mieć wszystkiego. Gdy byłem młody, pan Karol Strasburger opowiadał mi o aktorze Bogumile Kobieli, który brał wszystko, co mógł. Był wiecznie zagoniony. Zmarł tragicznie w 1969 roku, ale życia prywatnego miał niewiele. Trzeba to wypośrodkować.

– A przyjął pan kiedyś propozycję, przy której już na próbach pomyślał pan: „W co ja się wplątałem”?

– Zdarza się, ale nigdy nie żałuję. W takich sytuacjach odpalam w głowie „turbo-zasilanie” i robię wszystko, żeby zagrać jak najlepiej. Finalnie nigdy tego nie żałowałem, bo wiedziałem, iż trzeba w „wewnętrznej skrzyni biegów” wrzucić szóstkę i ratować się. Na razie, mam wrażenie, iż mi się to udawało.

– Był też czas, iż chciał pan porzucić teatr. Ze względu na natłok pracy? Zarobki?

– Były dwa takie momenty. Oba wtedy, gdy przez cztery lata grałem w dwóch serialach naraz – w 2020 i 2022 roku. Pod wpływem przemęczenia poszedłem do dyrektora z głupią myślą, żeby odejść. A on dwukrotnie mnie przekonał, iż będę tego żałował, i żebym to „przetrzymał”. Pracowałem wtedy po 20 godzin na dobę przez kilkaset dni w roku. I bardzo dobrze, iż mu zaufałem, bo seriale dawno się skończyły, a teatr dalej jest.

– Seriale również mają swój urok i plusy. Budżet domowy też prawdopodobnie poprawiają.

– Tak, tylko to wszystko nie jest stałe. Seriale przemijają, a potem następuje pustka. Gdy ma się teatr, tej pustki nie ma – jest powrót do drugiego domu. Wtedy człowiek przekonuje się, skąd mu nogi wyrastają, gdzie zdobywa się warsztat i gdzie jest prawdziwa sztuka.

Gdy grałem pierwszą większą rolę w serialu – w „Złotopolskich” – mieliśmy inne czasy, jeżeli chodzi o pieniądze. Na przełomie wieków mieszkania były tańsze. Nie będę ukrywał: wystarczyło trzy sezony grać w tej produkcji i można było kupić kawalerkę za gotówkę w warszawskim Śródmieściu. Teraz to niewykonalne – ani jeżeli chodzi o ceny mieszkań, ani o stawki.

Te 12 lat w „Złotopolskich” to był wspaniały okres. Odskocznia, odreagowanie. Rano poczucia humoru uczył mnie Paweł Wawrzecki, a wieczorem dramatu i aktorstwa teatralnego Jan Englert, Maciej Prus czy Jerzy Jarocki.

– Ameryki nie odkryję, ale seriale też potrafią być trudne i rozbudowane. Pana Władysław w „Stuleciu Winnych” był o tyle wymagający, iż został rozciągnięty w czasie.

– To rola, którą przeprowadziłem przez 76 lat życia serialowego. Chyba nie ma takiego przypadku w polskiej telewizji, żeby pokazać postać miesiąc po miesiącu, kwartał po kwartale, przez tak długi okres. Kosztowało mnie to ogrom pracy i świadomości, iż człowiek zmienia się z roku na rok, z dekady na dekadę. Żeby to było wiarygodne, musiałem bardzo dużo obserwować ludzi w różnych kategoriach wiekowych.

– To było o tyle trudne, iż w książce bohater żyje znacznie krócej.

– Scenariusz po pierwszym sezonie zmieniał się, także na podstawie ankiet w grupach docelowych – sprawdzano, które postaci widzowie lubią najbardziej. Po jakimś czasie dowiedziałem się od autorki, która była w zespole scenariuszowym, iż mój Władysław dostawał same plusy. I zamiast umrzeć w latach 50., został „pociągnięty” aż do 1989 roku. Scenariusz więc, w jakimś sensie, zmieniał się na życzenie widzów. Nikt z nas nie myślał na początku produkcji, iż to wszystko aż tak się rozwinie. Serial TV ma swoje prawa.

– Za to filmowo największym pana sukcesem był „Plac Zbawiciela”. Bartka Zielińskiego trudno jednak lubić. Ludzie zbyt mocno utożsamiali Arkadiusza Janiczka z tą rolą.

– Do dzisiaj się to za mną ciągnie. Nie ma tygodnia, żeby ktoś mi tego nie wypomniał, choć zaraz mija 20 lat od premiery. Niemniej to jest problem odbiorców, nie aktora. Aktor powinien być zadowolony, mieć satysfakcję, iż tak dobrze i realistycznie wszystko pokazał. Aczkolwiek faktycznie miewałem z tego powodu problemy w różnych miejscach. Trzeba to wtedy po prostu przemilczeć, bo ktoś, kto reaguje na mnie jak na postać z „Placu Zbawiciela”, choćby nie wie, jak wielki sprawia mi komplement.

– Po tym filmie jednak telefon długo milczał…

– Takie przypadki się zdarzają i nie byłem w tym odosobniony. Współreżyser filmu, Krzysztof Krauze, pod koniec zdjęć – jako doświadczony twórca – powiedział mi, iż może tak być. I tak się stało. Wtedy skupiłem się bardziej na teatrze.

– Ma pan jakąś swoją ulubioną rolę, a jakąś wręcz przeciwnie?

– Nie żyję przeszłością. Podsumowuję tylko każdy miniony rok: czy był dobry, czy wykonałem wszystko, co trzeba – solidnie, rzemieślniczo. Zawsze robię sobie taki rachunek sumienia: czy czegoś nie zaniedbałem, czy w jakichś sprawach nie byłem leniwy, czy dałem z siebie wszystko. A potem zostawiam to za sobą.

– Użył pan sformułowania „rachunek sumienia”… Wiara jest mocno obecna w pańskim życiu?

– Tak. Jestem pewnego rodzaju „wychowankiem” biskupów śp. Gerarda Kusza i Alfonsa Nossola, ponieważ pierwsze siedem lat mojego życia spędziłem w okolicach Katedry Opolskiej – to było moje podwórko. Śp. Piotr Cieplak, świetny reżyser, który w czasach licealnych również mieszkał w Opolu, kiedy wspominaliśmy to miasto, zdradził mi, iż biskup Nossol to postać, dzięki której on wierzy w istnienie Boga. I ja także wspominam go bardzo dobrze.

– Rozmawiamy na przełomie roku. To jaki był ten niedawno zakończony?

– Skończył się wspaniale, ponieważ bardzo ciężko pracowałem przy Teatrze Telewizji w reżyserii Jana Englerta, nad dziełem jego i mojego ulubionego autora, do którego miłością on mnie zaraził – mianowicie Witkacego. A nie jest to prosty twórca. Gdybym miał dziś 15 lat i przeczytał sztuki, w których gram, na przykład „Bezimienne dzieło”, to pewnie po kilku stronach bym je porzucił.

Ale po tylu latach pracy pod kierownictwem mojego byłego rektora i dyrektora potrafię to wszystko odpowiednio rozszyfrowywać i stawiać adekwatne akcenty. Mam też wielką satysfakcję, iż choć Jan Englert ostatniego dnia sierpnia 2025 roku przestał być szefem Teatru Narodowego, to przez cały czas mamy kontakt. A teraz dodatkowo mogłem jeszcze grać z nim w tych samych scenach.

– A jakie marzenia i najbliższe wyzwania zawodowe przyniesie ten rok?

– Pierwszy pan to usłyszy: chcę wrócić do Stanisława Wyspiańskiego. To moje wielkie marzenie. Przez pierwsze sześć lat w Teatrze Narodowym, pod dyrekcją Jerzego Grzegorzewskiego i aż do jego śmierci, grałem głównie w sztukach Wyspiańskiego. A potem już ani razu. jeżeli więc zdarzy się, iż ktoś mnie zatrudni w jakiejkolwiek jego sztuce, jestem gotowy – wszystko mam w pamięci. Tylko jakoś tak jest, iż ostatnio prawie się go nie wystawia. Zatem czekam na Wyspiańskiego. Ale właśnie dostałem też rolę w „Moralności pani Dulskiej” i niebawem na tym będę się skupiał. Zagram męża Małgorzaty Kożuchowskiej, czyli słynnego Felicjana.

***

Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydanie

Idź do oryginalnego materiału