6 tematów #63, premiera 28.09.2026 w Radio Kapitał
Audycja 6 tematów powstaje jako dźwiękowa wersja czasopisma NN6T.
Notes na 6 tygodni jest – jak sama nazwa wskazuje – o sprawach bieżących, ale też o takiej teraźniejszości, która widzi przyszłość.
Zapraszamy na spotkania z osobami działającymi na styku sztuki, dizajnu, architektury i szeroko rozumianych badań życia społecznego.
NN6T czyli N jak nasłuch, N jak nadawanie, 6 jak sześć, T jak temat.
W tym odcinku:
Książka najgorsza – o Konkursie na Najgorszą Książkę im. Timothy’ego Dextera rozmawiamy z jego pomysłodawcą Piotrem Puldzianem Płucienniczakiem – artystą, socjologiem, tłumaczem, wykładowcą ASP w Warszawie i kierownikiem oficyny Dar Dobryszyc
Mieszkańcy psiocenu – o najnowszym numerze kwartalnika architektonicznego „RZUT” rozmawiamy z jego redaktorką Zofią Piotrowską – architektką, urbanistką, badaczką, radną
Potrawy ze wspomnień – rozmowa z autorką książki „girl dinner”, Justyną Hrycyk – artystką wizualną, animatorką kultury, kuratorką wypoczynku, „torciarą” i założycielką Letniego Domu Kultury Krzętowisko
Jubileusz towarzyskości – o wystawie „Historia Towarzyska” w Galerii Promocyjnej opowiada nam jej współkuratorka, Zuzanna Andruszko
Korzenie i rytuały – o tegorocznej edycji OSSA opowiada nam Ewa Gregorczyk, architektka i współzałożycielka Stowarzyszenia OSSA
Uparta wieś – o dawnej wsi Wolica, trwającej pomiędzy Ursynowem a Miasteczkiem Wilanów, mówi nam Julia Kunikowska – etnolożka i badaczka miasta, która od 2017 r. dokumentuje przemiany Wolicy.
Zapraszamy!
TEMAT 1: Książka najgorsza
Złą książkę da się napisać naprawdę dobrze, niedobra literatura może być schronieniem przed zasadą podobania się, a niechęć do grafomanii służyć pilnowaniu hierarchii. O Konkursie na Najgorszą Książkę im. Timothy’ego Dextera rozmawiamy z jego pomysłodawcą Piotrem Puldzianem Płucienniczakiem – artystą, socjologiem, tłumaczem, wykładowcą ASP w Warszawie i kierownikiem oficyny Dar Dobryszyc. Pierwsza edycja, poświęcona awansowi społecznemu, wyłoniła dwa zwycięskie teksty. Tematem drugiej jest neuroróżnorodność. Do 10 października można zgłaszać anonimowo, niepublikowane propozycje liczące od 40 do 120 stron. A jaka jest nagroda? Posłuchajcie!
Piotr Puldzian Płucienniczak: Pomyślałem o konkursie na najgorszą książkę jako pomyśle na promocję myślenia o literaturze jako o przygodzie, iż piszemy dla przyjemności, dla rozrywki. Ja tak przynajmniej czasem robię (i zachęcam do tego), ale myślenie o literaturze chyba nie zachęca do rozrywki. Kiedy myślimy o rynku książki, to myślimy o jakichś tam wynikach, wyborach, decyzjach, selekcjach i o krytyce – iż ktoś nas skrytykuje, powie, iż ta książka jest zła. Tymczasem w tym haśle “najgorsza książka” znalazłem wytrych na to, żeby pisać jak najgorzej i właśnie dlatego jak najweselej, jak najciekawiej wymyślać różne rzeczy, kombinować antyrynkowo, nie myśląc o publiczności, tylko myśląc przeciwko publiczności. W związku z tym dając sobie ogromną swobodę: mam ochotę coś zrobić, coś napisać, no to jest to miejsce, w którym mogę to po prostu zrobić. Przeciwko wewnętrznej dyscyplinie, wewnętrznemu krytykowi i zewnętrznym okolicznościom, które może zniechęcają ludzi do pisania. Ostateczna rzecz w tym konkursie – kiedy o tym myślałem, doszedłem do wniosku, iż każdy w nim wygrywa. Bo jeżeli ktoś wygrywa, to brawo, gratuluję, wygrałaś, to jest najgorsza książka. A jeżeli nie wygrałaś, to też dobrze, bo twoja książka nie jest najgorsza. Czyli nie ma przegranych. Być może porozmawiamy o tym, kto jest przegranym, pewnie jury, ale to jeszcze przed nami.
Myślę, iż sama inicjatywa jest pozytywna z każdej perspektywy, jak na nią spojrzymy. jeżeli myślimy o najlepszości, to ja ją sobie trochę wyobrażam jako coś, co podoba się wielu osobom, dużej publiczności, jakimś węższym gremiom krytycznym itd. Więc jest to jednak dzieło, które dopasowane jest do oczekiwań. Myśląc o najgorszości, myślę o czymś, co jest niedopasowane do oczekiwań; nie spełnia oczekiwań. Biorę książkę, ona jest najgorsza, może będę rozczarowany jej lekturą. Nie spełni moich oczekiwań co do pewnej konwencji, która jest jej przypisana. Tytuł coś obiecuję, ale środek tego nie spełnia i ja to odbieram jako przestrzeń swobody. To znaczy, iż nie musimy myśleć o sztuce, bo myślę, iż w ramach sztuk wizualnych jest podobnie. To jest bardzo konkurencyjne pole, każdy chce zaistnieć, a tu jest może odwrotnie: ja w sumie nie chcę zaistnieć, nie chcę słynąć z tego konkretnego dzieła, chcę je sobie dać i moim kolegom, koleżankom też, jakiejś tam małej grupie odbiorczyń jako pewną przyjemność, coś ciekawego. Wydaje mi się, iż szukam w tej najgorszości czegoś antypublicznościowego, antykonformistycznego. Ale też niekoniecznie, bo to może być po prostu niemądre i przez to być najgorsze, nie dlatego, iż ktoś to zrobił w przemyślany sposób. Więc tu się otwiera przestrzeń na różne sposoby niedopasowania: celowe antydopasowania, pastisz, albo po prostu nieporadne dzieło. Na pewno inspiracją dla najgorszości jest sztuka ludowa, która może już dzisiaj nie istnieje, ale tradycyjnie była bogatsza, kiedy ci ludzie faktycznie robili jakieś rzeczy – czy one się podobały, czy nie, mniejsza o to – robili je dla siebie albo dla swojej społeczności. Do takiego rodzaju myślenia o sztuce chciałbym nawiązać w tym konkursie. W najgorszości, czyli poza kryteriami obiektywizującymi.
W pierwszym konkursie dostaliśmy kilkanaście zgłoszeń. To była pierwsza edycja, nie super wypromowana, więc to i tak było dla nas za dużo, prawdę mówiąc. No tak, konkurs za najgorszą książkę, ale jury wybrało dwie pozycje, więc je złączyłem i są wydane w jednej książce, jako dwie osobne. Książka jest jedna, prace są dwie, to jest konkurs na najgorszą książkę, więc w tym sensie się zgadza. Poprzedni konkurs był bardziej tematyczny, nakierunkowany na temat awansu społecznego, który był wtedy modny w kulturze, w literaturze. Pomyśleliśmy, iż zrobimy najgorszą książkę na ten temat – zobaczymy to anty, odwracając tę hierarchię, co najgorszego wyjdzie z konwencji o awansie. Wyszły dwie książki, bardzo fajne, które zresztą są jakoś paradoksalnie bardzo dobre w swojej kategorii najgorszości, czyli Marcina Wielkowskiego Głosu Kosa nie słychać w Warszawie oraz Smrodek Filipa Matwiejczuka i Łukasza Żurka. To jest książka po angielsku, napisana bardzo takim topornym angielskim. One w różny sposób pastiszują literaturę o awansie społecznym. Trójka tych autorów znała tę konwencję i jakoś się do niej przewrotnie odniosła, więc to też było fajne, dla tamtego czasu trafne, moim zdaniem. Obie te książki super parodiują, czy pastiszują, czy groteskują literaturę o awansie, o wychodzeniu ze wsi, z biedy i dochodzeniu do jakiejś wielkiej fortuny, i przekręcają te motywy, bawią się nimi zupełnie. Myślę, iż teraz ich lektura jest na swój sposób przyjemnością. Ja je choćby niedawno przeczytałem w ramach podtrzymywania swojego nastroju w tym drugim już konkursie i obie mi się bardzo podobały. Wyszło też fanowskie tłumaczenie Smrodka, więc z tego powodu przeczytałem go jeszcze raz i uważam, iż to super książki, bardzo inteligentne w tej najgorszości.
Nagroda nie jest jakaś super pokaźna, bo jest to 120 złotych. Teraz chyba doliczyłem inflacyjne 3%, więc to jest 127 złotych, ale i wydanie książki w Darze Dobryszyc, moim wydawnictwie, więc to już jest coś poważnego, bo powyżej wszystkich kryteriów rynkowych. Autor, autorka dostaje 2/3 pieniędzy ze sprzedaży – to jest bardzo dużo, topowe moim zdaniem stawki rynkowe. Ta sprzedaż jest bardzo mała, od razu uprzedzam, i nie ma tam większego zarobku, ale kilkaset złotych autorzy w zeszłym roku dostali, tak mi się wydaje, mniej więcej, plus minus. Więc to jest nagroda. No i oczywiście sława, można dostać dyplomik, iż napisałaś/napisałeś najgorszą książkę, no i możliwość wpisania tego po wszystkim do portfolio czy do CV. Myślę, iż w tych różnych konkursach o stypendia w przyszłym roku można wpisać, iż wygrałem jakąś nagrodę, na pewno osoby oceniające te wnioski dobrze na to patrzą, na takie nagrody. Więc to choćby jest coś, a łatwo to wygrać, to jest tylko 40 stron, nie wymagamy więcej, więc moim zdaniem bardzo dobry profit jak na taki wysiłek.
TEMAT 2: Mieszkańcy psiocenu
Co psy wiedzą o mieście, czego nie widzą projektanci? Czy codzienny spacer tworzy własną urbanistykę? O tym rozmawiamy z Zofią Piotrowską – architektką, urbanistką, badaczką, radną i redaktorką kwartalnika architektonicznego „RZUT”. W najnowszym numerze tego czasopisma, zatytułowanym „Pieski” – który czeka na Was w Bęc Księgarni – redakcja przygląda się skomplikowanym relacjom psa, człowieka i przestrzeni, historii udomowienia, sieciom spacerowym, wspólnototwórczej roli psów, schroniskom, psim cmentarzom i wszystkim nieoczywistym wątkom epoki „psiocenu”.
Zofia Piotrowska: Mieliśmy ostatnio dużo takich wymagających numerów. To były numery o typie, typologii i standaryzacji. To były takie, nazwę to, numery metodologiczne, to znaczy pozwalające badać relacje jak coś powstaje i dlaczego. One są niezwykle ciekawe, natomiast po pierwsze wymagają szerszej znajomości kontekstu, czy w ogóle zajmowania się architekturą. I czasami są dość abstrakcyjne. Naprawdę serdecznie polecam numery Typologia i Standaryzacja. One powstały wspólnie z udziałem Wydziału Architektury. Dzięki temu dużo wcześniejszych rozmyślań metodologicznych o tym, jak badać architekturę, jak badać i rozumieć, skąd ta przestrzeń się bierze, zostało tam ujętych. Przyznajemy, iż po prostu potrzebowaliśmy jakiegoś bardziej rozrywkowego numeru. Okazało się, iż ten dość frywolnie rzucony temat – Pieski – miał duży potencjał, dlatego, iż jak zaczęliśmy o tym rozmawiać, to okazało się, iż pies jako gatunek jest odzwierciedleniem tego, co się stało również z człowiekiem. Jest takim naszym lustrem. On razem z nami przeszedł proces udomowienia, czyli również, jak sama nazwa wskazuje, jest to silnie związane z przestrzenią, pewnego wprowadzenia trybu osiadłego. Patrząc na taki gatunek, który my w jakimś kontekście udomowiliśmy, który jest, jak ja to nazwałam, kudłatym ambasadorem antropocenu, możemy trochę prześledzić to, co się dzieje również z nami w tym samym kontekście i w tym samym procesie. Okazało się, iż w zasadzie to nie jest tylko przyjemność i rozrywka zajmowania się czymś, co jest po prostu niezwykle urocze, ale iż jest formą lustra do prześledzenia tego, co się stało również z gatunkiem ludzkim. Ja tak ładnie mówię, iż ten piesek jest lustrem, ale tam jest też oczywista relacja hierarchiczna, która wiąże się z pewną odpowiedzialnością, którą człowiek wziął udomawiając różne zwierzęta. Widać, iż jest komfort i zyski, które inne gatunki dzięki temu udomawianiu zyskują, ale też pewne ograniczenia czy wręcz zależność tych gatunków od człowieka, która jest negatywna. To świetnie w swoim tekście ilustruje Szymon Pałczyński, pokazując jak piesek może i korzystać z tego, ale też może się czuć więźniem w takiej relacji.
To nie dotyczy tylko psów. Przeskakując może trochę nie po kolei w tych tekstach dodaliśmy też np. wątek gołębi, które są o tyle ciekawym gatunkiem, iż najpierw je udomowiliśmy, a potem pozwoliliśmy im zdziczeć. Tą odpowiedzialność, którą powinniśmy w jakiś sposób wziąć za udomowienie gatunku, to od niej się odżegnaliśmy. Basia Poniatowska nie tylko pisze o tym, jak wyglądała relacja ludzko-gołębia, ale też rozmawia z Michaelą Klimšovą, która ponownie bierze odpowiedzialność za to, co się dzieje z gołębiami i wzorem niemieckich miast wprowadza w miastach czeskich gołębniki, które bardziej kontrolują populację gołębi i w których te gołębie są bardziej zadbane i chcą przebywać zamiast w przestrzeni miejskiej. Kontroluje się populację tak, iż zamienia się jajka na fałszywki, czyli po prostu one wysiadują fałszywe jajka i wykluwa się mniej gołębi. Co ciekawe, udaje im się te jajka podebrane gołębiom w pewien sposób przetwarzać, to znaczy próbują je dawać do zoo albo do sklepów zoologicznych, żeby żywiły się nimi jakieś płazy. To też jest ciekawe, ale wydaje się to na pewno bardziej humanitarnym sposobem niż trutki czy wystrzeliwanie gołębi w miastach, i dużo bardziej skutecznym. To pokazuje, iż czasami udamawianie, dziczenie i ponowne udamawianie to nie jest taki ciągły proces.
TEMAT 3: Potrawy ze wspomnień
Ciało pamięta smaki: przedszkolnego mielonego z buraczkami, barszczu Amino, czipsów duszków, pamięta też głód i przesyt. girl dinner, książkowy debiut Justyny Hrycyk, składa się z takich właśnie dań i wspomnień. Jedzenie staje się tu sposobem opowiadania o dorastaniu, samotności, pożądaniu, chorobie, wstydzie, pracy i ekonomicznych warunkach życia. Czy autorka lubi narratorkę, której oddała te doświadczenia? O tym rozmawiamy z Justyną Hrycyk, artystką wizualną, animatorką kultury, kuratorką wypoczynku, „torciarą” i założycielką Letniego Domu Kultury Krzętowisko, po jej dyżurze z autografem w Bęc Księgarni.
Justyna Hrycyk: Bardzo mnie zaskoczyło, zaczynając już od samej klasyfikacji tego, jaki to jest gatunek literacki, bo ja pisałam tą książkę z taką myślą w głowie, iż to są opowiadania. Natomiast bardzo wcześnie, gdzieś na etapie jeszcze składu, ta książka została nazywana powieścią w opowiadaniach. Rzeczywiście tam jest jedna narratorka i ciągłość chronologiczna wydarzeń, mimo iż nie ma ciągłej fabuły i wszystko jest bardzo epizodyczne, ale składa się w jakąś kompletną całość, jest tam jakaś klamra. To hasło powieści w opowiadaniach bardzo mi się spodobało, ale spotkałam się też w recenzjach czy opiniach o mojej książce w internecie, iż jest to zbiór mikroesejów, co mnie bardzo zaskoczyło. Wydaje mi się, iż ona w ogóle jest bardzo ciężka do sklasyfikowania. Jest to pewnego rodzaju fikcja, niektóre z tych tekstów są bardziej przyklejone do rzeczywistości, inne gdzieś tam od niej oddryfowują, więc wydaje mi się, iż to jest książka, która z każdym rezonuje w jakiś inny sposób. Dotyczy jedzenia, z którym każdy z odbiorców w jakiś sposób miał styczność, wszyscy mamy z nim styczność i są to takie potrawy i produkty, które są powszechnie znane. Na tym mi zależało – żeby na bazie tych uniwersalnych obrazów opowiedzieć o mojej historii, ale w której każdy może znaleźć jakiś wątek, który będzie w jakiś sposób się odbijał w jego doświadczeniu.
To jest książka o wspomnieniach, o relacjach i o emocjach, ale percypowanym przez pryzmat ciała i zmysłów. O tym, w jaki sposób zapisujemy wspomnienia, czym one są, iż nie są tylko obrazami i urywkami, krótkimi filmikami wyświetlanymi w głowie, tylko są zbiorem doświadczeń, których nasze ciało po prostu doświadcza w danym momencie. O próbie odszyfrowania, nazwania, skategoryzowania tych wspomnień, dojścia do prawdy związanej ze wspomnieniami, bo wspomnienia też mają to do siebie, iż z czasem, za każdym razem jak opowiadamy historię, opowiadamy ją troszkę inaczej. W pewnym momencie, przynajmniej ja tak mam, to jest bardzo moje doświadczenie, iż już nie wiem, czy te rzeczy się wydarzyły, czy te rzeczy zostały przeze mnie dopowiedziane, czy zostały opowiedziane jeszcze przez kogoś innego. Takim medium, któremu wydaje mi się, iż mogę zaufać bardziej niż swojej głowie, jest właśnie ciało. Ciało pamięta rzeczy. Stąd właśnie wybór jedzenia, które działa na wszystkie zmysły i jest takim pryzmatem, kanałem, w który zdecydowałam się wpuścić narrację, żeby opowiadać bardzo synestetycznie, biologicznie i cieleśnie o swoim doświadczeniu.
TEMAT 4: Jubileusz towarzyskości
Dwie sale w kamienicy przy Rynku Starego Miasta 2 od 70 lat są miejscem eksperymentów i artystycznych debiutów. Historia Galerii Promocyjnej rozpoczęła się w 1956 roku od Sekcji Plastycznej Klubu Krzywego Koła i wystawy Grupy 55. Galeria Krzywe Koło jako pierwsza w powojennej Warszawie prezentowała sztukę nowoczesną, pokazywała nowe zjawiska, była miejscem żywej dyskusji o współczesności. O tym, co można było zobaczyć na wystawie jubileuszowej prezentowanej w Staromiejskim Domu Kultury, który od stycznia ma się stać Stołecznym Domem Kultury Słowa, opowiada nam jej współkuratorka Zuzanna Andruszko.
Zuzanna Andruszko: Zaczynając pracę nad wystawą, doszłyśmy do wniosku, iż to, co łączy te 70 lat ze sobą, to fakt, iż galeria funkcjonowała jako miejsce spotkania, miejsce konsolidowania się jakiejś społeczności, którą z jednej strony można rozumieć bardzo pozytywnie w kontekście miejsca do przebywania, bezpiecznej przestrzeni. Z drugiej strony jest to zawsze jakiś rodzaj bańki i kliki znajomych. Od tego też zupełnie nie odchodzimy i nie zamazujemy tego, pokazując poklatkowo na ekspozycji to, jakie grupy mniej więcej były związane w danych latach z galerią, jakie osoby się przez nią przewijały, jakie nazwiska się tam pojawiały. Wszystkie nazwiska też zostały wymienione na ścianach SDK-u, na ścianach klatki schodowej. Przez to musiało to wyjść poza galerię, bo w galerii już się nie zmieściło. Stwierdziłyśmy, iż ta ściana z nazwiskami to będzie taki wstęp do ekspozycji, na którym osoby odwiedzające mogły się znajdować. To też był taki element społecznościowy, iż na wernisażu osoby znajdowały się właśnie na tej ścianie wymienione jako członkowie społeczności.
Obiekty, które prezentujemy na wystawie też powstały w procesie dialogu, a choćby z połączenia dwóch procesów grupowych. Z jednej strony zaprosiłyśmy studentki z Wydziału Badań Artystycznych i Studiów Kuratorskich, które podczas warsztatów prowadzonych przez Piotra Słodkowskiego zajmowały się opracowaniem archiwów i znalezieniem w nich wątków dla nich ciekawych, żeby przedstawić punktowo historię od 1956 roku aż do dzisiaj. Natomiast drugą warstwą wystawy są prace artystyczne czwórki osób, które zaprosiłyśmy do udziału w wystawie. Są to prace Adu Rączki, Piotrka Kowalskiego, Piotra Maciejowskiej i Klaudii Figury. Oni również dostali dostęp do fragmentów naszego archiwum i na bazie właśnie tego przeglądania i poszukiwania stworzyli prace na wystawę. Z wyjątkiem Piotrka Kowalskiego, który przekazał nam już gotowe prace, które w jakiś sposób nawiązują do procesu poszukiwania, archiwizowania, porządkowania, więc bardzo jego idiom artystyczny nam się wpasował w tą wystawę.
Te dwie osie się wzajemnie przenikają i tak traktujemy też współczesne prace artystyczne – jako nawiązanie do historii i prezentację nieustannie aktualnych zjawisk artystycznych. Z drugiej strony wszystkie te prace w jakiś sposób nawiązują do przeszłości i są jakąś refleksją, procesem pisania historii, czy tego, co w tej historii znajdujemy, a czego nie znajdujemy. Jednocześnie chciałyśmy zrobić taki, powiedzmy, wstępny aneks historyczny, żeby był niezbędny kontekst, a z drugiej strony żeby osoby artystyczne i tak zaistniały na tej wystawie. Nie chciałyśmy robić takiej typowo muzealnej ekspozycji. W ogóle na początku nie chciałyśmy robić wystawy, ale wyszło w trakcie pracy, iż jednak w kontekście tych zmian, które zachodzą w Staromiejskim Domu Kultury, w kontekście wymiany dyrekcji, tej niepewności, stwierdziłyśmy, iż jednak wątek historyczny dziedzictwa galerii trzeba ująć na ekspozycji i pokazać szerszej publiczności, iż nie chciałyśmy robić tylko wystawy konceptualnej.
TEMAT 5: Korzenie i rytuały
Powrót do korzeni jako gest ponownego połączenia projektowania z pracą rąk, materiałem, lokalnością, był tematem tegorocznej, 29. edycji Ogólnopolskich Spotkań Studiujących Architekturę. Uczestniczki i uczestnicy przez tydzień pracowali czerpiąc z podlaskich tradycji, lokalnych wierzeń, zanurzając się w przyrodzie. Efektem stało się sześć instalacji, ale równie istotny był sam proces – detoks od cyfrowej codzienności, wspólna praca i poszukiwanie własnego języka projektowego. O tym co wydarzyło się podczas tegorocznej OSSA w Supraślu opowiada nam Ewa Gregorczyk, architektka i współzałożycielka Stowarzyszenia OSSA.
Ewa Gregorczyk: Stwierdziliśmy z tegorocznym zespołem, iż chcemy powrócić do korzeni przez to, iż świat pędzi do przodu. Chcieliśmy zrobić kilka kroków w tył, zastanowić się i rozważać skąd pochodzimy, skąd się wzięły różne decyzje w architekturze, ale też w naszej kulturze. Chcieliśmy też odejść od cyfrowego świata, tworzyć rzeczy manualnie, namacalnie. To była jedna z naszych rekomendacji dla tegorocznych tutorów, żeby laptopy się nie pojawiały. choćby jak wysyłaliśmy naszym uczestnikom, co mają spakować, to w rekomendacjach było również, żeby nie pakowali laptopów, żebyśmy tworzyli rzeczy jak kiedyś. Jednym z ważnych dni podczas tegorocznej OSSY był Dzień Rzemiosła, gdzie zaprosiliśmy różnych rzemieślników, którzy tworzyli manualnie drzeworyty, beton konopny, tynki gliniane, więc uczestnicy mogli się zapoznać z tym, jak manualnie wytwarzać rzeczy, a nie tylko projektować je przed ekranem.
Mieliśmy sześć grup, każda z nich poszła w trochę innym kierunku i rozważała temat korzeni na swój sposób. Jedna z grup prowadzona przez Bartosza Świniarskiego i Tomasza Leonika z BBGiK. Oni wyszli od pytania, czym jest polska architektura. Przez pierwsze dwa dni rozważali bardziej teoretycznie, ale ich efektem pracy był performance-instalacja, która przedstawiała płot, który zmienił się w stół. Zobrazowało to nasz polski charakter, temperament, iż lubimy się dzielić, ale o ile się przed kimś otworzymy, to jesteśmy bardzo gościnni. Grupa Natalii Budnik i Mateusza Salwy bardzo zanurzyła się w kulturę i tradycje Supraśla, Podlasia. Mateusz Salwa jest też filozofem krajobrazu, więc to bardzo miękka grupa w kontraście do architektów. Oni odwołali się do tradycji oznaczania świętych sosen na Podlasiu, co chroni drzewa, las. Ludzie przez lata oznaczali te święte sosny, bo może doznali jakiegoś objawienia, czy coś ważnego w ich życiu się wydarzyło i postanowili poświęcić wybraną sosnę w lesie, oznaczając ją tykłami. Ich grupa stworzyła tykło. W ramach ich performance’u zebrali nas, całą, prawie 90-osobową grupę, w nocy do lasu na spacer i rytualnie oznaczali tą sosnę. To tykło zostało i mamy nadzieję, iż będzie chroniło tą naszą OSSOwą, korzeniową sosnę. Tykło może mieć różne formy, często jest to kawałek drzewa, które leży na ziemi, który można przywiązać do sosny. Może być to forma takiej a’la kapliczki, którą oznaczamy to drzewo, żeby było wiadomo, iż ono jest od tego momentu święte i nie pozwala na jego ścięcie. Grupa Ferworu prowadzona przez Pawła Paciorka i Katarzynę Strzelecką też nawiązała do tradycji, które są w tamtym regionie i stworzyła dużego pająka. Pająki to kiedyś były ozdoby tworzone przed okresem Bożego Narodzenia, wieszane często nad stołem. Miały formę takiego ozdobnego żyrandola, piramidy zrobionej z patyków, z ozdobnych bibuł. Oni to zrobili w naprawdę dużej skali. Do ozdobienia tego pająka każdy z uczestników, który był w ich grupie, namalował obraz inspirując się ikonami, który obrazował ich personalne korzenie. Podwiesili je do tego pająka i to zawisło przy drzewach. Ich performancem było uniesienie tego pająka w towarzystwie muzyki, świateł. Było to naprawdę niesamowite wydarzenie.
W tym roku każdy odszedł od tej architektury. Wydaje mi się, iż też Ossa jest w tym wyjątkowa, iż architektura jest tym, co nas spaja, co nas sprowadziło w to miejsce, ale lubimy odkrywać też rzeczy dookoła tego. Lubimy robić rzeczy, które są bardziej plastyczne, formy performance’u czy jakieś sztuki wizualne, a niekoniecznie stricte architektura. To, na czym byliśmy skupieni, to połączenie człowieka z naturą i każda z grup w jakiś sposób do tego nawiązywała. Były robione spacery po lesie, łąkach. Każda z grup zrobiła jakąś taką swoją aktywność stricte rekreacyjną, czy to wycieczka rowerowa, czy spływ kajakowy. I widać, iż to było coś, czego każdy, kto tam przyjechał, niezależnie w jakiej roli, potrzebował i poszukiwał, czyli tego połączenia z naturą i trochę odcięcia się od tego świata zewnętrznego.
TEMAT 6: Uparta wieś
Ponad sześćsetletnia Wolica uparcie trwa między dwiema miejskimi utopiami – prlowskim Ursynowem i kapitalistycznym Miasteczkiem Wilanów. Jej ślady zachowały się w układzie dróg, stuletnich domach i małej architekturze, ale przede wszystkim w społeczności, która przez cały czas określa się jako Woliczanie. W latach 70. część wsi zniknęła wskutek przymusowych wywłaszczeń i budowy bloków. Dziś na ostatnich polach wyrastają grodzone osiedla, wraz ze sprzedażą ziemi mieszkańcy zyskują finansowo, ale tracą poczucie bycia u siebie. Co adekwatnie składa się dziś na „wolickość”? O tym mówi nam Julia Kunikowska – etnolożka i badaczka miasta, która od 2017 r. dokumentuje przemiany Wolicy. Julia prowadziła w minioną sobotę w ramach tegorocznej edycji naszego projektu Wsie Warszawy spacer po Wolicy – fotorelację znajdziecie na stronie www.wsiewarszawy.pl Przy okazji zapraszamy Was na kolejne spacery – startują w soboty o 10:00 rano: 3 października spotkamy się w Górcach na Bemowie, a 10 w Kątach Grodziskich na Białołęce.
Julia Kunikowska: Zaczynałam badania zupełnie z innym nastawieniem. Miała powstać monografia Wolicy. To był jeszcze pomysł na badania do moich drugich studiów magisterskich, ale bardzo gwałtownie okazało się, iż takie podejście dotyczące tego, co było i stawiamy kropkę, czyli Wolicy już nie ma, to jest za mało, iż to po prostu nie odpowiada potrzebom, które w tym terenie znalazłam. Przerodziło się to przede wszystkim w próbę zbadania mechanizmów, które na przestrzeni ostatnich 70-80 lat, bo bazuję na pamięci moich rozmówców, sprawiły, iż to miejsce wygląda tak, a nie inaczej. Punktem wyjścia jest codzienność, natomiast sięgamy do procesów modernizacyjnych z lat dziewięćdziesiątych, czyli już tego szalonego kapitalizmu i sprzedawania działek za bardzo dziwne ceny, sięgamy do lat siedemdziesiątych, czyli pierwsze wywłaszczenia pod Ursynów, i do współczesności, czyli do wyzwań, które związane są z terenami zielonymi, które na Wilanowie, pod Skarpą (to są tereny, które też należały do Wolicy) są systematycznie zabudowywane. Tych wątków tak naprawdę zgromadziło się bardzo wiele w trakcie badań.
Kiedy rozmawiałam z osobami, które wychowywały się w latach trzydziestych, czterdziestych, ich Wolica – i to też ważne, iż sami używali tej nazwy w trakcie badań, to nie była narzucona przeze mnie kategoria, tylko sami ją stosowali – w pewien sposób różniła się od Wolicy osób sześćdziesięcioletnich, pięćdziesięcioletnich. Mamy pewne oczywiście wspólne wspomnienia, pewne wspólne postaci, zachowania, działania, wartości. Taką moją próbą zrozumienia tej Wolickości, czym ona jest, było podzielenie rozmówców na grupy badawcze. Tak, żeby spróbować roboczo ich jakoś usystematyzować, bardzo roboczo – to podkreślam – bo są osoby, które wymykają się tym podziałom. Takim bardzo zgrubnym skategoryzowaniem było podzielenie osób na te, które wychowały się jeszcze w rzeczywistości, w której osoby zarabiały z uprawy ziemi, bo to była podstawa tejże wsi przez setki lat. Była po prostu niewyróżniającą się mazowiecką wsią, dosyć biedną, taką, jakich wokół było naprawdę wiele. Najstarsi moi rozmówcy odnosili się właśnie do pamięci swoich dziadków, do pamięci swoich rodziców, czyli te opowieści były jeszcze czasami choćby XIX-wieczne. To, czym Wolica dla nich była, to było przede wszystkim miejsce, które było prawie iż samowystarczalne, to znaczy: Warszawa jako miejsce zbytu, do którego się jeździ, żeby coś na przykład załatwić, ale ta codzienność, to zawieszenie w materialności, to była materialność lokalna, ale także bardzo bliskie relacje, najważniejsze były te relacje lokalne. Z kolejnymi pokoleniami, czyli kolejna moja grupa, to były już osoby urodzone w latach 60. i 70., które pamiętały wywłaszczenia i urbanizację, widać jak te sieci, węzły zaczynają pączkować. Coraz więcej odniesień do innych miejsc, do innych sił, mechanizmów się pojawia. Później mamy lata 90., to już wspominałam, ale rozmawiałam też z mieszkańcami Ursynowa, którzy Wolicę kolonizowali.
Celowo używam tego słowa – kolonizowali – ponieważ zostawiam w mojej pracy relacje tych, których ci nowi odwiedzali i co robili w trakcie tych swoich różnych odwiedzin. Tutaj pojawia się wiele żalu, wiele smutku i takiego poczucia niesprawiedliwości: dlaczego ktoś, kto nowy się pojawia w tym miejscu, nagle, na przykład, szabruje moje owoce? Dlaczego nie mówi dzień dobry? Dlaczego nie zauważa przez to, iż ja istnieję? Bardzo mocnym przykładem była rozmowa z panią, która wychowywała się właśnie w Wolicy i wspomniała o studni, którą ja znałam z rozmów z innymi osobami, głównie z osobami z Ursynowa. Tę studnię przez cały czas można w Wolicy zobaczyć, ona jest przy dawnej górce, miejscu wspólnym, a dzisiaj przy kościele. Z rozmów z Ursynowianami słyszałam, iż to była studnia, która była taką atrakcją, no bo gdzie tu studnia dookoła? Woda chłodna, można sobie naciągnąć, napić się, dzieciaki z bloków mogły spróbować czegoś innego i to było po prostu coś przyjemnego, coś nietypowego dla nich. Natomiast ta rozmówczyni wspomniała, iż któregoś razu poczuła, bo zadałam jej pytanie, kiedy poczuła, iż nie jest Pani u siebie? Wspomniała, iż był to taki moment, kiedy spacerowała (pewnie nie spacerowała, jak to mieszkańcy nie spacerowali, tylko przemieszczała się z jednego miejsca do drugiego na terenie Wolicy) i zobaczyła, iż ci obcy mieszkańcy Ursynowa ciągną wodę z tejże studni, po czym siadają, biorą to wiadro na trawę i wkładają stopy brudne do tego wiadra. I to był dla niej moment, w którym uznała, iż te granice już zostały przekroczone.
~~
W tym odcinku to już wszystko!
Pełne wersje rozmów znajdziecie w naszym kanale podkastowym Bęc Radio oraz w drukowanym i elektronicznym wydaniu czasopisma NN6T. Wydań papierowych szukajcie w instytucjach kultury, w galeriach, miejscach spotkań, uczelniach twórczych i oczywiście w Bęc Księgarni przy Mokotowskiej 65 w Warszawie.
Rozmowy: Bogna Świątkowska
Oprawa muzyczno-dźwiękowa: Julia Szostek
Transkrypcje: Olka Dąbrowska
To tyle.
Tymczasem! Do następnego razu!
–
Powstawanie audycji 6 TEMATÓW jest w tym roku dofinansowane ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.






