Książka w przystępny i uporządkowany sposób pokazuje, jak mogłoby wyglądać wdrażanie dewzrostu w różnych sektorach gospodarki oraz poza nimi, a także kreśli wizję społeczeństwa i gospodarki niepodporządkowanych imperatywowi wzrostu. Łączy różnorodne formy i perspektywy. Znajdziemy w niej eseje poświęcone m.in. wodzie, żywności i relacjom człowieka z przyrodą, analizy techniczne dotyczące energii i gospodarki, rozmowy o finansach i praktykach dewzrostowych, a także konkretne propozycje rozwiązań w obszarach edukacji, kultury i marketingu. Istotnym atutem książki jest jej silne osadzenie w polskim kontekście oraz podkreślenie regionalnego i lokalnego wymiaru dewzrostu. Książka stanowi zaproszenie do refleksji nad pilnie potrzebną zmianą społeczno-gospodarczą oraz inspiruje do podejmowania działań na poziomie indywidualnym i zbiorowym.
Polskiemu Towarzystwu Ekonomicznemu i Wydawnictwu Ekonomicznemu Heterodox dziękujemy za udostepnienie fragmentu do publikacji. Zachęcamy do lektury całej książki.
Kacper Pobłocki: Dewzrost albo barbarzyństwo
Inny świat nie tylko jest możliwy, ale znajduje się na wyciągnięcie ręki. Jak zauważył David Graeber w książce Praca bez sensu, moglibyśmy choćby i jutro odwrócić relację między weekendem a tygodniem roboczym. Pracować przez dwa dni w tygodniu, a odpoczywać – lub robić inne rzeczy – przez pozostałe pięć (Graeber 2019, 10).
Utopia? Wcale nie. Dzięki radykalnemu wzrostowi produktywności sporą część pracy wykonują dziś za nas maszyny. Dokładnie to przepowiadał Keynes w 1930 roku w eseju o przyszłości ekonomicznej „naszych wnuków” (Keynes 2023). Tymi wnukami jesteśmy właśnie my. Chociażby namaszczenie, z jakim Polacy traktują długie weekendy, pozwala mniemać, iż gdyby poddać postulat Graebera/Keynesa pod demokratyczne głosowanie, uzyskałby spore poparcie. Kto nie chciałby mieć długiego weekendu nie od święta, ale przez cały rok?
Problem odejścia od systemu ekonomicznego, w którym żyjemy (można – ze względu na brak lepszego terminu – nazwać go kapitalizmem), nie jest zatem kwestią ekonomiczną czy technologiczną, ale polityczną. To zwyczajnie kwestia decyzji.
Odłóżmy chwilowo na bok pytanie, jak taką decyzję można by podjąć. Zastanówmy się natomiast, co by się wydarzyło, gdyby klamka w tej sprawie zapadła. Niektórzy spędziliby pewnie pierwsze tygodnie pięciodniowego weekendu na beztroskim grillowaniu. Inni prawdopodobnie by odsypiali, oglądali telewizję i robili te wszystkie rzeczy, do których przyzwyczaił ich kapitalizm. Funkcją weekendu w obecnym systemie nie jest przecież to, by żyć w nim pełnią życia, tak, jakbyśmy tego chcieli. Te dwa dni służą odpoczynkowi; to czas, by – jak to się mówi – „naładować baterie” (Lefebvre 2012). Chodzi o to, aby w poniedziałek mieć znów siły – zarówno psychiczne, jak i fizyczne – do stawienia się przy stanowisku pracy i bycia produktywnym pracownikiem. Gdyby wprowadzić pięciodniowy weekend, to ludzie pewnie na początku musieliby zwyczajnie odpocząć od „kultury zapierdolu” (Smełka-Leszczyńska 2024), w której utrzymuje nas kapitalizm. Ale co by się działo potem?
W oryginalnym eseju, w którym Keynes przewidywał możliwość wprowadzenia 15-godzinnego tygodnia pracy, sprzeciwiał się „powszechnemu pesymizmowi”, w jakim pogrążył się świat wraz z Wielkim Kryzysem lat 20. XX wieku. Zwracał uwagę na podskórne nurty dziejów, które sprawiały, iż pomimo chwilowych trudności ludzkość stanęła przed epokową szansą. Rewolucja przemysłowa przyniosła bezprecedensową poprawę poziomu życia; dzięki niej już w niedalekiej przyszłości ludzie nie będą musieli walczyć o ekonomiczne przetrwanie. Tak przedstawiały się zalety wzrostu. Dzięki niemu, pisał Keynes, w roku 2030 „po raz pierwszy od chwili stworzenia człowiek będzie musiał zmierzyć się ze swoim prawdziwym, niezmiennym problemem – jak korzystać ze swojej wolności od palących trosk ekonomicznych, jak spędzać wolny czas […], jak żyć mądrze, harmonijnie i dobrze” (Keynes 2023, 37).
Uważam, iż ludzie doskonale wiedzą, jak żyć mądrze, harmonijnie i dobrze. Tak właśnie mógłby wyglądać świat po kapitalizmie. Utopia Keynesa pokazuje, jak blisko ten inny świat jest. Jednym z mitów XIX- i XX-wiecznego myślenia o polityce (oraz o zmianie społecznej) jest przekonanie, iż inny świat można zaprowadzić jedynie dzięki rewolucji. Faktycznie, badania wskazują, iż historycznie tak zawsze było: to wojny lub rewolucje były czynnikiem, który sprawiał, iż odwracał się podskórny trend historii – trend stopniowego wzrostu nierówności (Scheidel 2025). Tyle iż żyjemy w sytuacji bez precedensu, ponieważ rewolucje, które stworzyły nasz świat, były – jak zauważył już dawno temu Eric Hobsbawm – dwie. Polityczna (francuska) i przemysłowa (brytyjska) (Hobsbawm 2013). Jesteśmy późnymi wnukami obu. Obie na siebie przemożnie wpływają. choćby jeżeli jedna z nich – polityczna – na chwilę zatrzymuje się lub choćby cofa się o ileś kroków, to ta druga – ekonomiczna – prze nieustępliwie do przodu. To dzięki niej stoimy dziś na progu świata, który mógłby wyglądać zupełnie inaczej niż ten, w którym żyjemy.
To dzięki postępowi rewolucji ekonomicznej wyzwanie polityczne, które przed nami stoi, sposób wprowadzenia tego innego świata, jest o wiele łatwiejsze i jednocześnie o wiele trudniejsze niż sto lat temu.
Keynes w swym eseju zakładał, iż ludzie – zarówno jako jednostki, jak i jako zbiorowości – są racjonalnymi podmiotami, dla których porzucenie walki o przetrwanie na rzecz życia mądrego, harmonijnego i dobrego będzie tak oczywiste, iż nie trzeba będzie o tym w ogóle myśleć. Ale jednak z jakichś powodów możliwość ta – dziś już niebędąca marzeniem o lepszym świecie wnuków, ale realną alternatywą – zdaje się bardziej utopijna niż wtedy, gdy pisał o niej Keynes.
Piszemy o Ludziach, a nie o władzy
Pokazujemy prawdę o przyczynach, nie o skutkach. Jesteśmy Twoim głosem. Wspieraj niezależność!
Przekaż 1,5% i zostań naszym współwydawcą
Zastanówmy się zatem, dlaczego życie mądre, harmonijne i dobre jest aż tak wielkim zagrożeniem. Gdyby wprowadzić pięciodniowy weekend, to ludzie – po tym, jak by sobie już odespali zmęczenie i chroniczne przepracowanie (zob. Han 2022; Crary 2015) – robiliby pewnie różne banalne rzeczy. Uprawialiby ogródek. Spędzali czas z dziećmi. Grali na instrumentach muzycznych lub w gry planszowe. Plotkowali z sąsiadami czy znajomymi. Albo nieznajomymi. Innymi słowy: radośnie marnowali czas, wykonując czynności, które nie są produktywne w tradycyjnym sensie tego słowa, ale które mogą być gigantycznie przyjemne i które mają ogromną społeczną wartość. I to właśnie jest największe zagrożenie – to, iż ludzie robiliby rzeczy, które wymykają się spod kontroli, które nie są przewidywalne i których efekty nie przyczyniają się do tego, co dziś nazywamy wzrostem. Pojawia się więc pytanie, co stoi na straży wzrostu? Czemu lub komu on służy? Odpowiedź, która automatycznie się nasuwa, czyli iż służy kapitalizmowi, nie jest moim zdaniem wystarczająca, ponieważ to nie kapitalizm jest najważniejszym problemem współczesnego świata, a zarazem najpoważniejszą przeszkodą, jaka stoi między nami a światem dezwrostu, postkapitalizmu czy też, używając łatwiejszego języka, życia mądrego, harmonijnego i dobrego.
Jeśli to wszystko – możliwość wejścia do innego świata, do postkapitalizmu, do świata dewzrostu, do świata wymiernej, konkretnej utopii, która jest tu i teraz, na wyciągnięcie ręki – jest tak proste i tak oczywiste, to dlaczego nie podejmiemy choćby jutro tej dość oczywistej decyzji?
Bo świat został tak urządzony, iż sprawy proste i oczywiste przedstawiane są jako trudne i skomplikowane.
Nie ma lepszego na to przykładu jak dyskusja wokół wzrostu. O ile w wieku XIX ludzie, którzy stanowili elitę polityczną kraju i zajmowali wysokie stanowiska w hierarchii państwowej, zwyczajowo kończyli studia prawnicze, o tyle dziś wykształceniem, które jest potrzebne, by dzierżyć stery władzy, jest dyplom ekonomiczny. Ekonomia zaś stała się językiem władzy – współczesną łaciną, którą posługuje się wąska grupa ekspertów, monopolizując w ten sposób rozmowę na temat gospodarki – od której zależy dobrostan nie tylko indywidualnych osób czy społeczności, ale całej planety. Przygotowując się do pisania książki Kapitalizm. Historia krótkiego trwania, musiałem przebić się przez ten mur żargonu. Nauczyłem się tego, jak rozmawiać – by pożyczyć wyrażenie Johna Lanchestera – „po pieniężnemu” (Lanchester 2014).
Odkryłem, iż żargon ekonomiczno-finansowy to w dużej mierze zasłona dymna. Ideologia w najczystszej postaci, której zadaniem nie jest pomaganie nam w zrozumieniu, jak działa świat, ale na oddalaniu nas od tego zrozumienia, pomimo tego, iż kwestie i procesy, które przykrywa ekonomiczny żargon, są w gruncie rzeczy zdecydowanie mniej skomplikowane, niż można odnieść wrażenie na pierwszy rzut oka. Dajmy na to sprawę wzrostu. Współczesny kapitalizm – którego (symboliczny) początek datuję na rok 1870 (po szczegóły odsyłam do książki: Pobłocki 2017) – opiera się w moim przekonaniu na dwóch „żelaznych zasadach”. Pierwszą z nich jest pięcioprocentowa stopa zwrotu na zainwestowanym kapitale. Drugą jest trzyprocentowa stopa wzrostu ekonomicznego w skali roku. Skąd te wartości? Dlaczego 5 i 3, a nie 4 i 7 albo 8 i 12?
Jak się okazuje, owe „żelazne zasady” są zupełnie arbitralne, ale jednocześnie powszechnie przyjmowane za pewnik oraz drogowskaz „dobrego” rozwoju gospodarczego.
Nie znajdziemy nigdzie manifestu, w którym ktoś jasno i wyraźnie je wykłada. Doszedłem do ich odkrycia, wykonując klasyczną pracę antropologa, którego zadaniem jest nie tyle zrozumienie tego, co mówią badani przez niego/ją ludzie, ile odkrycie tego, czego nie mówią, bo uważają to za oczywistą oczywistość. Czyli wyartykułowanie tego, co jest niewypowiadane, ale co stanowi fundament, ostoję, rusztowanie danego społeczeństwa lub danej społeczności. Dokładnie taką rolę – fundamentu porządku gospodarczego, w którym żyjemy – odgrywa idea trzyprocentowego rocznego wzrostu.
Widać to wyraźnie, gdy posłuchamy wypowiedzi przeróżnych „ekspertów”, którzy zdominowali dyskusję o ekonomii i którzy przemawiają do całej reszty, do nas – gospodarczych analfabetów. Gdy jakaś gospodarka krajowa rośnie w tempie przewyższającym 3 procent, to będą zgodnie mówić o tym, iż kraj ten robi wszystko dobrze i iż przeżywa dobrą koniunkturę. Gdy wzrost przewyższy tę cyfrę dwu-, a choćby trzykrotnie, to usłyszymy wręcz o gospodarczym cudzie. Gdy jednak zacznie spadać poniżej pułapu 3 procent, to eksperci zgodnie będą ostrzegać przed nadchodzącą recesją.
Skąd ta pewność, iż właśnie 3% stanowi linię demarkacyjną między pożądanym a niepożądanym kursem, między prosperitą a recesją, między nadzieją na dobrą przyszłość a obawą przed pogorszeniem stanu obecnego? Moim zdaniem zasada trzyprocentowego wzrostu wzięła się po prostu z tego, iż tak – przez ostatnie 150 lat – po prostu było. To znaczy model gospodarczy, który narodził się w okolicach roku 1870, przez kolejne dekady, aż po czasy zupełnie współczesne, średnio w skali rocznej przynosił trzyprocentowy wzrost. W niektórych krajach i niektórych okresach bywał większy, a czasem bywał mniejszy. Ale średnio – jak pokazują dane zgromadzone przez zespół Thomasa Piketty’ego, na których się opieram – wzrost światowej gospodarki trzymał się mniej więcej tego pułapu (zob. Tablica 5.3 w: Pobłocki 2017).
3 może wydawać się niewielką cyfrą, ale w tym przypadku jest to wartość wręcz gigantyczna, bo mówimy tutaj o wzroście kumulowanym. Zasada ta głosi: zdrowa gospodarka rośnie o 3% rocznie. Trochę jak kula śniegowa: te dodatkowe 3%, ów wzrost w każdym następnym roku liczy się od wartości, która już urosła w poprzednich latach. W skali 30 lat mówimy tutaj zatem o zmianie w wysokości 143%. jeżeli założymy, iż te 3% rocznie są statystycznym wyrazem czegoś, czego wcześniej nie było – nowej technologii, nowej usługi, nowego towaru – to mamy potężną transformację. Znamy to z autopsji: świat zmienia się nie do poznania w ciągu życia jednego pokolenia; dzieci nie rozumieją rzeczywistości, w której dorastali rodzice, a rodzice nie potrafią połapać się w nowinkach (np. technologicznych), które są naturalne i oczywiste dla dzieci. Tego rodzaju konflikt pokoleń, którego kulturowe oblicze tak dobrze znamy z kultury masowej i mediów, jest konsekwencją tego, iż przez ostatnie 150 lat żyliśmy w świecie kumulowanego wzrostu.
Rok 1870 uważam za próg współczesności, gdyż to właśnie wtedy połączone gospodarki Wielkiej Brytanii oraz USA po raz pierwszy w historii stały się najważniejszym blokiem gospodarczym na świecie. Prześcignęły wówczas zarówno blok, który nazywam Europą Kontynentalną (połączone gospodarki Włoch, Francji, Niemiec i Holandii), oraz Indie i Chiny. Blok atlantycki zdobył też – punktem szczytowym jego dominacji jest rok 1950 – nieproporcjonalnie dużą przewagę nad pozostałymi graczami w światowej gospodarce. Nikt wcześniej nie miał tak wielkiej globalnej dominacji. Dynamika wzrostu oraz koniunktur gospodarczych do roku 1870 wyglądała zgoła inaczej. Po pierwsze, cała historia gospodarcza świata do tego momentu rozgrywała się poza światem Zachodu. Choć można spierać się, gdzie znajdowało się serce ówczesnego świata (czy to polityczne, czy ekonomiczne), to na pewno Daleki Zachód był od niego daleko (zob. też: Frankopan 2018). Po drugie, życie gospodarcze przed 1870 nie podlegało logice wzrostu.
Historia gospodarcza pokazuje momenty, w których to gospodarki niezachodnie próbowały wejść na ścieżkę wzrostu. Tysiąc lat temu ewidentnym epicentrum światowej gospodarki był świat islamu, a to, co rozumiemy jako genezę państwa polskiego, było efektem ubocznym wzrostu na Bliskim Wschodzie (więcej o tym: Pobłocki 2017). Ale bardziej spektakularnym wydarzeniem była pierwsza rewolucja przemysłowa, która – wbrew temu, czego uczymy się w szkołach – nie wydarzyła się w Wielkiej Brytanii na przełomie XVIII i XIX wieku, ale w średniowiecznych Chinach.
W latach 806–1078 produkcja stali per capita zwiększyła się tam sześciokrotnie. W roku 1078 Chiny produkowały 125 tysięcy ton surowca rocznie. To więcej niż produkcja Wielkiej Brytanii jeszcze pod koniec XVIII wieku. Obok tej rewolucji w dziedzinie produkcji Chiny były też pierwszym krajem, który wprowadził na dużą skalę pieniądz papierowy. Urbanizacja była tam o wiele bardziej posunięta niż na Zachodzie – w niektórych regionach mieszkańcy miast stanowili choćby 37% populacji.
Chińska maszyna gospodarcza rozbiła się jednak o ścianę bariery ekologicznej, ponieważ jej podstawą energetyczną było drewno lub węgiel drzewny, a produkcja drewna ma swoje wymierne ograniczenia związane z powierzchnią lasów. Innymi słowy, gdy maszynka wzrostu rozpędzała się, to zaczynało brakować energii. Wzrost doprowadzał do deforestacji, której nie dało się gwałtownie odwrócić. Choć Chińczycy znali węgiel i używali go m.in. do ogrzewania mieszkań w miastach, to najprawdopodobniej ze względu na świadomość jego skutków ubocznych (np. w postaci smogu), nie zdecydowali się na jego zastosowanie do produkcji przemysłowej.
To natomiast udało się Brytyjczykom. Ci nie tylko wręcz dosłownie skopiowali model chiński (łącznie z przejęciem kluczowych technologii – przekonanie o tym, iż wynalezienie tzw. spinning jenny było tym wydarzeniem, które sprawiło, iż to w Anglii doszło do rewolucji przemysłowej, należy włożyć między bajki), ale go udoskonalili, sięgając właśnie po paliwa kopalne jako źródło nieograniczonej energii. Gdyby nie węgiel, to ich maszynka wzrostu podzieliłaby losy chińskiej poprzedniczki, a blok atlantycki nigdy nie wspiąłby się na szczyt globalnej gospodarki. Już w 1850 roku, by otrzymać z drewna tyle energii, ile wyciskali z węgla, musieliby obsadzić lasami obszar równy 150% powierzchni Wysp. Gdyby nie węgiel, brytyjska rewolucja przemysłowa byłaby jedynie historyczną ciekawostką.
Dziś już wiadomo, iż wzrost jest pieśnią przeszłości.
Nie tylko ze względu na nieoczekiwane konsekwencje, jakie przynosi spalanie paliw kopalnych w postaci globalnego ocieplenia, również ze względów stricte matematycznych. Wraz ze wzrostem skali globalnej gospodarki (a między 1870 a 2008 rokiem jej wartość poszybowała z 1 biliona do 51 bilionów dolarów) taka stopa przyrostu jest nie do utrzymania. Jednym ze sposobów na sztuczne podtrzymanie maszynki wzrostu stała się „finansjalizacja”, czyli ekspansja sektora usług finansowych, pompowanie baniek na rynkach nieruchomości czy tworzenie nikomu niepotrzebnych dóbr czy usług. Ale to dolewanie oliwy do ognia.
Dlatego czeka nas – czy tego chcemy, czy nie – rzeczywistość niskiego, ujemnego czy też właśnie dewzrostu.
Z punktu widzenia głównonurtowej ekonomii oznacza to kryzys, ale słowo to więcej zaciemnia, niż wyjaśnia. Przed 1870 rokiem światowa gospodarka rosła, średnio, w tempie 0,1% rocznie. Rewolucja pokoleniowa – czyli zmiana wielkości 143% w skali 30 lat – zajęłaby w takim świecie niemal dziewięć stuleci. Czy to oznacza, iż – powiedzmy – między rokiem 900 a 1800 nic się na świecie nie działo i kilka się zmieniło? Absolutnie nie. Ale zmiany tej nie będziemy w stanie uchwycić, jeżeli posługujemy się konwencjonalnym myśleniem o zmianie i utożsamiamy ją ze wzrostem.
Zresztą zmiana, którą daje nam wzrost, jest zmianą pozorną. choćby jeżeli jej miarą będzie (jak to założyłem w powyższych rozważaniach) rozwój technologiczny, to ten wcale nie jest tak szybki i tak spektakularny, jak jest to często przedstawiane.
Całe obecne zamieszanie wokół „innowacyjnych korporacji” czy „start-upów”, które wynajdują nowe technologie i rzekomo zmienią nasz świat, również ma w sobie sporo z ideologii. Jak świetnie pokazała Marianna Mazzucato, innowacje technologiczne ostatnich dekad bazują na prawdziwie przełomowych odkryciach, których dokonano w pierwszej połowie XX wieku – nie w sektorze prywatnym, ale w publicznym. Nie byłoby takich technologii jak komputer czy telefonia komórkowa bez tego, co Mazzucato nazywa „przedsiębiorczym państwem”(Mazzucato 2016), którego główna aktywność na polu innowacji przypada na okres powojennej prosperity, zakończony gdzieś na przełomie lat 70. i 80. XX wieku. Współczesna zmiana technologiczna to jedynie zmiana kosmetyczna, pozór, który ma ukryć podstawowy fakt na temat świata, w którym żyjemy: wszystko nieustannie się zmienia właśnie po to, by rzeczy pozostały po staremu.
To właśnie kryje się pod intuicją, którą dzieli wielu komentatorów współczesnego, późnego, elastycznego (czy też inny przymiotnik, jaki tutaj można by dodać) kapitalizmu, opisujących nasz świat jako świat neofeudalny. Na przykład przywoływany na początku tego eseju David Graeber twierdzi, iż wzrost produktywności nie przyniósł wyzwolenia od pracy, ale jej transformację w coś, co nazywa bullshit jobs – zajęcia, czy wręcz całe zawody i sektory gospodarki, które są bez sensu, które nie spełniają żadnych społecznych funkcji i które mogłyby równie dobrze nie istnieć. W swojej książce wyszczególnia różne odmiany tych prac bez sensu: od prawników korporacyjnych (których firmy zatrudniają tylko dlatego, iż inne firmy ich zatrudniają), specjalistów od reklamy i marketingu (bez których ludzie i tak kupowaliby towary, być może choćby bardziej świadomie) po recepcjonistkę w firmie, która nie potrzebuje recepcjonistki (ale to dobrze wygląda, bowiem poważne firmy muszą mieć godną reprezentację). „Jeśli istnienie bezsensownych zajęć wydaje się przeczyć logice kapitalizmu, jednym z możliwych powodów ich powszechnego występowania byłby fakt, iż istniejący system kapitalizmem nie jest”, podsumowuje swój wywód Graeber. „W wielu aspektach przypomina on klasyczny średniowieczny feudalizm, z adekwatną mu tendencją do tworzenia niekończących się hierarchii panów, wasali i sług” (Graeber 2019, 300).
W pewnym sensie Graeber i inni mają tutaj rację. Choć jedną z obietnic kapitalizmu czy nowoczesności jest świat zmierzający „w stronę równości” (Kizwalter 2014), to rzeczywistość przeczy temu przekonaniu. Współczesny świat jest bardziej nierówny nie tylko niż epoka europejskiego średniowiecza, ale też niż antyk.
Nigdy wcześniej tak mała garstka osób (międzynarodowa klasa miliarderów) nie miała tak dużej władzy ekonomicznej jak dziś. Jednakże nazywanie świata, w którym żyjemy, nowym feudalizmem też kilka wyjaśnia.
Feudalizm to kolejne puste słowo – hasło, które znaczy różne rzeczy, w zależności od tego, kto i jak go używa. W potocznym użyciu feudalizm jest alegorią bezpośredniego przymusu, rażących nierówności i nieracjonalnych rozwiązań. W Polsce często mówi się o piętnie pańszczyzny, a współczesna „kultura zapierdolu” czy brak „innowacyjności” polskich pracowników dla wielu jawi się jako dowód na żywotność „mentalności folwarcznej” (zob. np. Hryniewicz 2007). Ale pójdźmy tropem, który przeciera dla nas Graeber: a co, jeżeli system ekonomiczny, w którym żyjemy, nigdy nie był tym, co opisuje się dzięki hasła „kapitalizm”?
Oczywiście teoria kapitalizmu, która rozkwitła w wieku XX, sporo nas nauczyła, ale w ostatnich dekadach w moim przekonaniu bardziej przeszkadza w zrozumieniu świata, niż go wyjaśnia. Od lat 90. XX wieku utartym komunałem stało się powiedzenie, iż łatwiej nam wyobrazić sobie koniec świata niż koniec kapitalizmu, a sam kapitalizm urósł do rangi wielkiego monstrum, do obecności którego w naszym życiu należy się przyzwyczaić, bo nie da się z nim nic zrobić. Ale być może kapitalizm jest widmem, iluzją? Bowiem zarówno przeszłość, jak i analiza współczesności wskazują, iż zamiast o kapitalizmie lepiej mówić o imperializmie (Pobłocki 2022). Z jednej strony jak świetnie pokazuje Amitav Ghosh, geneza anglosaskiej dominacji na świecie, moment wkroczenia na ścieżkę nieustającego wzrostu opartego na paliwach kopalnych da się lepiej wytłumaczyć logiką imperializmu (Ghosh 2016). Z drugiej strony ta nowa, współczesna, pozornie „feudalna” twarz kapitalizmu to w zasadzie nic nowego: nagi imperializm w swojej najbardziej czystej postaci.
Jeśli zamienimy słowo „kapitalizm” na „imperializm”, to lepiej będziemy w stanie rozpoznać, co należy zrobić, aby zapewnić nam oraz naszym wnukom życie dobre, harmonijne i szczęśliwe.
W tym sensie okres 150-letniej globalnej dominacji świata anglosasko-atlantyckiego (rozpoczętej w 1870 roku, a domkniętej w 2020 wraz z globalną pandemią, która pokazała ostateczny koniec amerykańskiej globalnej dominacji), to też świat globalnej dominacji pod egidą wzrostu. Ale nie oznacza to końca historii czy też końca imperializmu: wręcz przeciwnie, oznacza to jedynie jego intensyfikację. Teoria kapitalizmu nie pozwala nam przygotować się na to, co przed nami. Teoria dewzrostu – przeciwnie, może być doskonałym narzędziem, które pozwoli nam uzbroić się w walce o lepszą przyszłość. Myślenie o dewzroście jako o przeciwieństwie atlantyckiego kapitalizmu, opartego na „innowacyjności”, technologiach i komforcie, sprawia, iż często pojawia się argument o tym, iż dewzrost to „życie w jaskiniach”. Zrozumienie, iż współczesny świat był i jest kształtowany bardziej przez logikę imperializmu niż logikę kapitalizmu, pozwala nam pojąć, iż właśnie w tym kierunku prowadzi nas aktualny imperializm.
Dlatego, parafrazując Różę Luksemburg, która jako jedna z pierwszych rozumiała imperialistyczną naturę tego, co opisywano jako kapitalizm, mamy przed sobą dwie drogi, którymi możemy pójść. Albo świat życia mądrego, harmonijnego i dobrego, świat dobrobytu dla wszystkich, świat redystrybucji i wolności od kieratu pracy, albo rzeczywistość neokolonialnego imperializmu, opartego na wojnach, nierównościach, militaryzacji życia codziennego, strachu i rasizmu. Dewzrost albo barbarzyństwo. Nigdy wcześniej chyba te dwie alternatywne ścieżki rozwoju nie były tak blisko siebie jak dzisiaj. Od tego, na którą z nich się w tej chwili – jako globalne społeczeństwo – zdecydujemy, zależy nie tylko los nas, naszych wnuków i wnuczek, ale też i los całej planety.

Zofia Łapniewska i inni, Dewzrost po polsku, Polskie Towarzystwo Ekonomiczne, Wydawnictwo Ekonomiczne Heterodox, 2025
Książka objęta matronatem medialnym przez Instytut Spraw Obywatelskich i Tygodnik Spraw Obywatelskich.





