Zdarzyło się to dawno, kiedy wspominam te lata przy świetle lampy w starej kamienicy przy Krakowskim Przedmieściu. Zakochałam się po sześćdziesiątce. A moja córka, Łucja, twierdziła, iż się mnie wstydzi.
Mamo, ty chyba oszalałaś! wykrzyknęła Łucja, patrząc na mnie jak na szaleńczkę. Ty się zakochałaś?! W takim wieku?!
Stałam w kuchni z filiżanką czarnej herbaty w ręku i nie mogłam uwierzyć, co słyszę. Nie dlatego, iż mnie to zdziwiło, ale iż nie spodziewałam się tak ostrej reakcji.
Nie rozumiem zaczęłam spokojnie. Przecież jesteś dorosła, masz męża, dzieci. Myślałam, iż ucieszysz się, iż nie jestem już sama.
Ucieszę się?! parsknęła. Chcesz chodzić na spotkania, trzymać się za rękę na ulicy, może jeszcze spać z mężczyzną?! Mamo, jesteś babcią! A nie nastolatką z mediów społecznościowych!
Zadławiło mnie to głębiej, niż mogłam przypuszczać. Nie wyobrażałam sobie tej rozmowy jako kłótni. Liczyłam się, iż zaproszę ją na herbatę, usiądziemy przy stole jak dwie dorosłe kobiety, a ja opowiem, iż od kilku miesięcy spotykam się z kimś. Że poznałam Jana wdowca, miłego, ciepłego mężczyznę, z którym chodzimy do kina, na spacery, a czasem po prostu pijemy kawę i rozmawiamy o wszystkim.
Zamiast wsparcia usłyszałam wstyd i wyrok.
Dzieci się pytają, gdzie babcia tak się stroi. Znajomi pytają, co się z tobą dzieje.
A może po prostu zaczęłam żyć? zapytałam, nie poznając własnego głosu.
W tym wieku?! syknęła. Opanuj się.
Pomyślałam tylko jedno: Czy naprawdę zasługuję na wstyd, tylko dlatego, iż odważyłam się jeszcze raz kochać?
Przez kilka dni krążyłam po domu niczym cień. Niby wszystko było jak zwykle: podlewałam kwiaty na balkonie, gotowałam rosół, czytałam książki. ale nic nie smakowało tak samo. Słowa Łucji brzmiały echem: Babcia nie powinna się zakochiwać. To żenujące.
A przecież nie czyniąc nic złego, nie zabrałam nikomu miejsca, nie zapomniałam o wnukach, nie zrezygnowałam z obowiązków. Po prostu po raz pierwszy od lat poczułam, iż ktoś mnie dostrzega. Że nie jestem jedynie panią Katarzyną z parteru. Jestem kobietą z krwi i kości.
Poznałam Jana przypadkiem w bibliotece przy Plantach, kiedy podniósł książkę, którą upuściłam. Uśmiechnął się i rzekł: Czasem los trafia precyzyjniej niż przeszukiwanie katalogu. Rozśmieszył mnie, a rozmowa o książkach przerodziła się w kawę w pobliskiej cukierni.
Nie zakochałam się natychmiast. Najpierw była ciekawość, potem ciepło, a później to dziwne drżenie, którego nie czułam od lat. Jakby znów miałam powód, by wyjść z domu.
Łucja twierdziła, iż się wygłupiłam, iż powinnam zajmować się wnukami, szydełkowaniem albo ogródkem. Czy naprawdę bycie babcią musi oznaczać rezygnację z siebie, z emocji, z bliskości, z dotyku?
Jan nie naciskał. Gdy opowiedziałam mu o rozmowie z córką, ujął moją dłoń i rzekł:
Nie chcę wchodzić między ciebie a twoją rodzinę. jeżeli jednak czujesz, iż mam odejść, zrozumiem.
Patrzyłam na jego zmarszczki, na spokojne oczy i pomyślałam: Dlaczego świat nie pozwala nam kochać, gdy już naprawdę wiemy, czym jest ta miłość?
Nie odpowiedziałam od razu. Poprosiłam o kilka dni, by przemyśleć wszystko z dystansu. Z każdym dniem rosło we mnie nowe uczucie nie tęsknota, nie złość, ale duma. Duma, iż mimo śmierci męża, samotnych lat i oczekiwań otoczenia, wciąż potrafię kochać. I nie zamierzam z tego rezygnować.
Wnuki kocham. Łucję też. Ale nie po to przeżyłam sześćdziesiąt kilka lat, by zamykać się w czterech ścianach i czekać, aż ktoś pozwoli mi odczuwać.
W niedzielę zaprosiłam Łucję na obiad. Przyszła z dziećmi, punktualna, z napięciem w twarzy i chłodem w głosie. Nie rozmawiałyśmy od tamtej kuchennej konfrontacji. Wnuki biegały po mieszkaniu, a my siedziałyśmy przy stole w milczeniu, każda przy swoim talerzu.
Dopiero przy deserze, serniku z rodzynkami, rzekłam spokojnie:
Spotykam się z Janem. Nadal. I nie zamierzam tego ukrywać.
Łucja spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
Więc mimo wszystko będziesz to kontynuować?
Tak odparłam. Po raz pierwszy od dawna czuję się szczęśliwa.
A co ludzie powiedzą? Sąsiedzi, znajomi, dzieci?
Może to to samo, co ja mówię, patrząc na swoją matkę, która wreszcie przestała bać się życia.
Zamilkła. Nie spodziewała się, iż odpowiem bez wahania.
Po prostu wstydzę się ciebie, mamo wyszeptała. Nie tak wyobrażałam sobie starą mamę.
A ja nie wyobrażałam sobie starość, w której nie wolno mi kochać odparłam.
Wyszła wcześniej niż zwykle, bez awantury, bez łez, z tym samym chłodem, z jakim weszła.
Wieczorem wybrałam się na spacer z Janem. Trzymał mnie za rękę. Przechodziliśmy obok sąsiadów; ktoś spojrzał, ktoś się uśmiechnął, a ktoś odwrócił wzrok. Po raz pierwszy w życiu nie obchodziło mnie to.
Bo jeżeli miłość przychodzi po sześćdziesiątce, nie po to jest wstydzić się jej, ale po to, by w końcu ją docenić.






