Zmiana warty w kultowym polskim serialu. Teraz to on będzie jego gwiazdą

swiatseriali.interia.pl 2 godzin temu
Zdjęcie: INTERIA.PL


Do obsady "Komisarza Aleksa" dołączył Karol Dziuba, który wcieli się w postać komisarza Artura Dębca, nowego opiekuna czworonożnego detektywa. Po raz pierwszy pojawi się na ekranie w szóstym odcinku 25. sezonu produkcji. Jego emisja planowana jest na 18 kwietnia.


Jolanta Majewska-Machaj: Kim jest Artur Dębiec?
Karol Dziuba: - Komisarzem policji, który dotąd pracował w wydziale do spraw osób zaginionych. Trochę przypadkowo, podczas jednego ze śledztw, łączy swe siły ze służbami kryminalnymi i okazuje się, iż dobrze sobie radzi w pracy operacyjnej w terenie. Wcześniej nie był specjalnym fanem biegania z bronią i strzelania, a kiedy już tak się stało, to wyszło na to, iż jest świetnym strzelcem. gwałtownie też złapał kontakt z zespołem dowodzonym przez inspektora Gancarza (Olaf Lubaszenko) i zdaje się, iż zapowiada się owocna, konstruktywna współpraca.Reklama


Porównywał się pan ze swoimi poprzednikami w tej roli? A było ich już wielu...
- Z nikim się nie porównywałem, na nikim się nie wzorowałem. Komisarz Dębiec to nie jest szablonowy glina - co to, jak mówią, skóra, fryzura i zmarszczona brew (uśmiech). W kontrze do tego stereotypu policyjnego macho ma usposobienie introwertyka, mało mówi, więcej słucha, działa dyskretnie. W wolnych chwilach lubi sobie usiąść, poczytać książkę, podumać w samotności. Zdecydowanie nie jest klonem żadnego z poprzedników, ma inne cechy charakteru, inną energię i właśnie pod tę jego energię jest w tej chwili pisany scenariusz.


Na pewno będzie pan... najwyższym z dotychczasowych komisarzy. 1,95 metra to wzrost, który ciężko przebić!
- Przyzwyczaiłem się do tego, prawie zawsze i wszędzie patrzę na innych z góry (śmiech). Ale to nie wzrost jest tu najważniejszy, a ogólna duża sprawność fizyczna wymagana do tej roli. I myślę, iż to jest cecha wspólna wszystkich aktorów, którym przyszło zmierzyć się z tym zadaniem - i moich poprzedników, a teraz moja, iż musimy prezentować odpowiednią kondycję, zwinność i wytrzymałość. Na szczęście nie mam z tym żadnego problemu, bo prowadzę sportowy tryb życia i uprawiam wiele dyscyplin.
Jest pan choćby ratownikiem wodnym WOPR-u!
- Jako młody chłopak odbyłem choćby staż morski na plaży w Międzywodziu, fajne czasy (uśmiech)... Dziś pływam tylko rekreacyjnie, ale chodzę np. regularnie na siłownię. Tak iż mocy przybywa, forma jest (uśmiech)!
Jak sobie pan radzi z bronią?
- Muszę dawać radę, zwłaszcza, iż - jako się rzekło - komisarz Artur Dębiec to świetny strzelec. Tak się składa, iż miałem już jakieś doświadczenie z wcześniejszej pracy, m.in. ostatnio grałem w trzecim sezonie "Odwilży", również policjanta (choć nie był pozytywną postacią) i również strzelał. Do tego produkcja "Komisarza Aleksa" zorganizowała szkolenie, mieliśmy spotkanie z prawdziwymi policjantami, którzy tłumaczyli nam procedury, jak się trzyma broń, jak się z nią obchodzić, by wyglądało to wiarygodnie. Dobrze jest pracować z profesjonalistami.


A jak się panu pracuje z psem? Bo przecież tak naprawdę to on jest tutaj najważniejszy...
- Tego się akurat w ogóle nie obawiałem, sam mam w domu dwa psy i jestem generalnie wielkim psiarzem. Jedyne co, to zdając sobie sprawę ze swojej postury, podejrzewałem, iż Alex i Tao - bo tak się nazywają dwaj psi aktorzy grający serialowego Aleksa - mogą być wobec mnie ostrożni, nieufni, bo dla nich jestem wielkim, a przez to groźnym facetem. Dlatego od początku starałem się pozyskać ich serca, zaskarbić przyjaźń, głaszcząc, przytulając i okazując sympatię.
- Musiałem się przy tym wystrzegać tego, co robię ze swoimi domowymi psami, bo rozpieszczam je niemiłosiernie - a tu jednak mamy realia planu filmowego, psy są szkolone, panuje dyscyplina. Z pomocą przyszli mi nieocenieni opiekunowie naszych psich bohaterów i ich treserzy, Agata Kordos i Marek Russ, prawdziwi fachowcy. Spotykaliśmy się przed zdjęciami, ćwiczyliśmy to, jak nawiązać relację tak, by wszystko szło zgodnie ze scenariuszem, przy jednoczesnym pełnym porozumieniu na linii aktor - pies i poczuciu bezpieczeństwa i spokoju grającego czworonoga. Świetnie się nimi współpracuje!
Z resztą ekipy też?
- Jak najbardziej. Ekipa jest fajna, zgrana i taka, której zależy. Nie ma znaczenia, który kręcimy sezon, jest zapał, zaangażowanie i chęć do roboty. Atmosfera jest miła, czuje się, iż ci ludzie tworzą zwarty team i cieszę się, iż zaczynam się już czuć jego częścią. To bardzo ważne, bowiem spędzamy na planie mnóstwo czasu, ponad sto dni po 12 godzin na dobę co daje w sumie jedną trzecią roku. I jeżeli chcemy osiągnąć zamierzony rezultat, to musi kliknąć!


Jak długo potrwa pana przygoda z "Komisarzem Aleksem"?
- Zobaczymy. Mam nadzieję, iż trochę tu pobędę. Na razie się rozkręcam, ta praca daje mi dużo euforii i mam nadzieję, iż zadowoleni będą również widzowie.
Na pewno ucieszy się... Gustaw, czyli pański 7-letni syn, kiedy zobaczy jak tata - policjant wraz z dzielnym psem łapie bandytów...
- Tak, chociaż on sam z fazy: "chcę być policjantem" już wyrósł (uśmiech)! Niemniej jednak "Komisarz Alex", choć kryminał, to jest serialem familijnym, niesie pozytywne przesłanie dla dużych i małych, pokazuje, iż dobro zwycięża, więc myślę, iż sobie go razem pooglądamy. Gucio jest również zachwycony tym, iż dubbinguję pokemony na Netfliksie - moim głosem mówi profesor Friede z serii "Pokémon Horizons", tym teraz się pasjonuje. Miło być docenianym przez własnego syna (uśmiech).
Rodzina jest dla pana w życiu najważniejsza, co interesujące - ta rodzina to istny aktorski klan!
- No tak, mam się czym pochwalić. Moja żona, Milena Suszyńska, z którą poznaliśmy się w trakcie studiów w Akademii Teatralnej, zrobiła na tej uczelni doktorat, była wykładowcą, a jednocześnie uprawia aktorstwo. Pracuje w warszawskim Teatrze Ateneum, realizuje interesujące projekty, gra duże, fajne role. Ma naprawdę dużą intuicję i kreatywność artystyczną, chętnie korzystam z jej wiedzy i oczywiście ją wspieram, a ona mnie, nawzajem się motywujemy.


- Najbardziej doświadczonym aktorem jest mój teść, Zbigniew Suszyński, od lat gra w serialu "Klan", ale przede wszystkim jest królem głosu, ma na koncie wiele kultowych ról dubbingowych, pracuje jako reżyser dubbingu. Jedynie teściowa, Małgorzata Suszyńska, wyłamała się i nie jest aktorką, ale ma również duże osiągnięcia na polu zawodowym.
W jakiej dziedzinie?
- Jest nauczycielką, bardzo zaangażowaną nie tylko w pracę dydaktyczną. Zajmuje się organizacją wolontariatu, kiermaszy, przedstawień szkolnych, spotkań dla młodzieży z ciekawymi ludźmi. Robi to nieustannie od lat, wkładając w to wiele serca, a jej działania przynoszą efekty na wysokim poziomie. Za swe osiągnięcia została uhonorowana nagrodą Prezydenta Miasta Stołecznego Warszawy.
Warszawa - z tym miejsce związał się pan prywatnie i zawodowo. Ale pochodzi pan ze Śląska.
- adekwatnie wychowałem się w lesie. W okolicy Mikołowa, śląskiego, uroczego miasteczka, na którego obrzeżach leżał mój dom otoczony gęstwiną drzew. Ileż to się po nich nawspinało, naskakało, ile razy z nich spadło, nie sposób policzyć. Z miejscowymi dzieciakami buszowaliśmy po chaszczach, jedliśmy dzikie poziomki, maliny, jeżyny, świeże zerwane prosto z krzaka... Fajne to było dzieciństwo, jest co wspominać.
Śląskie korzenie dały znać o sobie, kiedy dostał się pan na studia do Warszawy...


- Niby mówiłem poprawnie po polsku, ale udźwięczniałem głoski w sposób charakterystyczny dla ludzi stamtąd. Po każdym semestrze nauki w szkole teatralnej, kiedy nie miałem kontaktu ze śląskim światem, ten zaśpiew znikał. Ale wystarczyło kilka tygodni wakacji w rodzinnych stronach, "śląskiej godki" z kolegami sprzed lat - i natychmiast powracał. Panie profesorki od technik głosowych rwały włosy z głowy, a były to perfekcjonistki, u nich wszystko musiało być "pod linijkę" - a więc ćwiczyliśmy wytrwale. Dziś potrafię mówić bez akcentu i z akcentem, posługuję się też gwarą, co, jak uważam, stanowi dodatkowy atut dla aktora.
Aktorstwo pojawiło się przypadkiem. Wcześniej myślał pan o przedmiotach ścisłych, w liceum chodził do klasy matematyczno-fizycznej i co się zmieniło?
- Faktycznie przez przypadek trafiłem do grupy teatralnej w Żorach. Potem pojechałem na warsztaty aktorskie do Poznania i tam już mnie to całkiem wkręciło, tak iż w klasie maturalnej wiedziałem, iż w tym kierunku chcę iść. Zresztą chyba wcześniej drzemały we mnie artystyczne ciągoty, chodziłem do szkoły muzycznej, grałem na pianinie, na gitarze, śpiewałem w chórze. Chyba więc dobrze, iż nie zostałem inżynierem...
A może trochę szkoda? Aktorstwo to niepewny fach, a rachunki płacić trzeba...
- Podejmując taką decyzję, nie myślałem o rachunkach, a żeby tworzyć sztukę, by grać. Póki co, los jest dla mnie łaskawy, na brak pracy nie narzekam. Gorzej było w pandemii - choć wtedy ciężko było wszystkim - ja miałem chociaż etat w teatrze, dało się przetrwać. Nigdy nie żałowałem wyboru zawodu, dzięki niemu mogę spełniać marzenia - być policjantem, żołnierzem, rycerzem, który walczy np. w bitwie pod Grunwaldem ("Korona królów"), przenosić się w czasie i przestrzeni, poznawać ludzi i świat. Aktorstwo uczy, rozwija, dostarcza wielu bodźców poprzez różnorodność form i ról. Jest fantastyczne! Nie wyobrażam sobie, bym w życiu mógł robić coś innego (uśmiech)...
Idź do oryginalnego materiału