Zielone oczy z przeszłości: Tajemnicze spojrzenie, które wróciło

polregion.pl 6 dni temu

Spojrzenie zielonych oczu z przeszłości

Kazimierz obudził się przed świtem i pomyślał:

No tak, dawno się tak nie wyspałem. I gdzie? W polu, w stogu siana, bez wygód i ciepłej kołdry. Choć po co ona, lato, ciepło, a siano pachnie i grzecznie otula.

Podniósł się, rozgarniając siano. Głowa działała normalnie, nie martwił się rozstaniem z żoną, nie smucił. Czyżby naprawdę nigdy jej nie pokochał? Zamyślił się.

Czyli te wszystkie dziesięć lat z nią to tylko namiastka rodzinnego życia? A przecież żyli jakoś porządnie, tylko dziecka nie mieli. U Wandy była córka, ale, jak to ujęła, nie wiedziała, kto ojciec. Urodziła dla siebie.

Kazimierz zawsze czuł w Wandzie jakąś nieszczerość, często się kłócili. Po każdej awanturze w jego pamięci pojawiały się zielonkawe oczy i uśmiech pielęgniarki Marysi, która pochylała się nad nim, robiła zastrzyki i zakładała kroplówki w tamtym szpitalu. Miał ranę, dostał ją na wojnie w Czeczenii.

Siedział w stogu i uśmiechał się, przypominając sobie Marysię, jej kojący głos i oczy jak dwa szmaragła. Miała gęste kasztanowe włosy. Takich oczu już nigdy nie spotkał. Wierzył, iż to właśnie Marysia pomogła mu przetrwać ból i trudne chwile.

W dniu wypisu, zerwał bukiet polich kwiatów i poszedł do niej. Chciał zaproponować, by wyjechała z nim do domu. Wiedział, iż to niełatwe, ale i tak postanowił spróbować.

Marysi tu nie ma, przenieśli ją do innego szpitala polowego powiedziała pielęgniarka, gdy Kazimierz jej szukał.

A dokąd? Nie wieś?

Nie wiem, i nikt panu nie powie. Sam pan rozumie, gdzie jesteśmy

Był zrozpaczony, ale postanowił jej szukać. Tylko jak, skoro znał tylko imię i kolor oczu? Musiał wrócić do domu zdemobilizowano go ze względu na stan zdrowia. W domu wszystko było po staremu: ojciec pił, matka pracowała i krzyczała na męża.

Aż pewnego dnia odwiedził go kolega z wojska, Leszek, z którym przeszedł przez wiele.

No witaj, Kazik ściskał go Leszek. Jak tam? Doszedłeś do siebie?

Jakoś leci wzruszył ramionami.

To może do nas? U was w tej wiosce pracy nie ma zaproponował Leszek. Chyba iż coś cię tu trzyma albo ktoś? dodał z uśmiechem.

Nie, nikogo. Tylko Marysi nie mogę zapomnieć.

No tak, chłopie, mocno cię wzięła. Ale trzeba szukać, pisać, nie poddawać się.

Kazimierz wyjechał z Leszkiem do jego wsi. Czas mijał. Kupił mały, stary dom, trochę go naprawił i tam mieszkał. Tymczasem Leszek zakochał się i wyjechał z żoną Basią do miasta powiatowego.

Kazik, wybacz, iż cię tu ściągnąłem, a sam uciekam mówił Leszek. Kto by się spodziewał, iż spotkam Basię. Ale będziemy się widywać.

Nie przejmuj się, stary zaśmiał się Kazimierz. A i u mnie coś się knuje. Już Wandzie się oświadczyłem.

Kazimierz ocknął się z zamyślenia, rozglądając się po szerokich polach i odległych leśnych smugach. Nagle jakby usłyszał ostry głos żony, który rzuciła mu wczoraj:

Nigdy nie znajdziesz takiej jak ja! Która by tyle z tobą wytrzymała! To ja cię znosiłam, a inna nie da rady. Twoje dziwactwa nikomu nie są potrzebne. A poza tym mam porządnego faceta, który mnie kocha, i do niego chodzę.

Dziwactwami nazywała jego chwile, gdy zamykał się w sobie, przygnieciony wspomnieniami. Wanda nie znosiła tego, szarpała go, próbując wyrwać z zamyślenia, co kończyło się kłótniami. Nie rozumiał, dlaczego tak ją denerwowały jego myśli, których z nią nie dzielił.

A wczoraj Wanda wreszcie powiedziała to, o czym już wiedział. Wysłuchał jej w milczeniu. Spakował rzeczy do torby i wyszedł, a za nim leciały przekleństwa. Odszedł ze wsi, jak najdalej od niej.

Dziwne, myślałem, iż nie zniosę tego spokojnie, iż będę krzyczał, oskarżał. A tu nic. Jestem spokojny. choćby się cieszę, iż tak się skończyło.

Postanowił rano pojechać do Leszka. Wyszedł za wieś, zapadał zmierzch. Skręcił na pole, gdzie stały stogi świeżego siana. Postanowił przespać się w jednym z nich, a rano ruszyć do miasta. Leszek go zawsze wspierał prawdziwy przyjaciel.

No i po wszystkim pomyślał Kazimierz, niemal z ulgą. Nie trzeba już udawać, iż wszystko gra. Choć od dawna podejrzewał, iż Wanda zadaje się z tym urzędnikiem, który przyjeżdżał do wsi budować nowe obory.

Po raz pierwszy od pół roku poczuł spokój, jakby kamień spadł mu z serca. Wgramolił się do stoga i pomyślał:

Jutro będzie jutro, dziś trzeba odpocząć. Spotkam się z Leszkiem, on mnie wesprze, jak zawsze.

Podłożył torbę pod głowę i pożeglował w sen. Ale nie od razu zasnął. Na niebie zapalały się gwiazdy, znów napływały wspomnienia. Ręka, którą cudem uratowano w szpitalu, czasem drgała i bolała. Starał się jednak myśleć o czymś innym.

Przypomniał sobie, jak poznał Wandę. Ta energiczna, radosna kobieta, starsza od niego o trzy lata, dała mu nadzieję, iż życie toczy się dalej i szczęście jest możliwe. Nie pytał o jej przeszłość, ani o ojca córki. Po prostu uwierzył, iż będą razem na zawsze.

Ale widocznie zawiódł jej oczekiwania. Wanda coraz częściej wytykała mu dziwactwa tak nazywała chwile, gdy chciał zostać sam ze swoimi wojennymi wspomnieniami.

Myśli wirowały mu w głowie, aż wiosenny zapach siana i zmęczenie ukołysały go do snu. Spał mocno, bez snów. Obudził się z obrazem zielonych oczu Marysi w głowie.

No dobra, w drogę mruknął do siebie i wydostał się ze stoga.

Ruszył w stronę przystanku, złapał autobus i pojechał do miasta. Kupił butelkę wina i czekoladki dla Basi. Z Leszkiem nigdy nie pili mocnych trunków wystarczało lekkie wino.

Gdy zapukał do ich drzwi, Leszek wybiegł w dresie, szeroko się uśmiechając.

Kazik

Idź do oryginalnego materiału