Zerwałem więzi z rodziną i po raz pierwszy oddycham swobodnie.
Dorastałem w przekonaniu, iż rodzina to najważniejsza rzecz na świecie. Moi rodzice mieli liczne rodzeństwo, więc byłem otoczony wujkami, ciotkami i mnóstwem kuzynów. Każde święta, każde lato wszyscy zjeżdżaliśmy do domu dziadków w małej wiosce pod Poznaniem. Dom pękał w szwach od śmiechu, gorących dyskusji i zapachu potraw przyrządzanych przez babcię. Wierzyłem, iż jesteśmy zgraną rodziną, iż nic nas nie rozdzieli.
Ale zrozumiałem zbyt późno, iż to była tylko iluzja.
Po skończeniu liceum nie poszedłem od razu na studia. Rodzice mieli trudną sytuację finansową, a ja nie chciałem dokładać im zmartwień. Wybrałem więc kurs księgowości, myśląc, iż gwałtownie znajdę pracę i zaoszczędzę na uniwersytet. Gdy nadszedł czas szukania zajęcia, pomyślałem o cioci Elżbiecie siostrze mamy. Pracowała w dużej firmie w Warszawie jako kierowniczka działu kadr. Nie prosiłem o protekcję, tylko o radę, o wskazówkę.
Ale przerwała mi, zanim skończyłem zdanie.
Nic dla ciebie nie zrobię powiedziała szorstko. Nie masz odpowiedniego wykształcenia, brak ci doświadczenia, i szczerze mówiąc, to nie jest dziedzina dla ciebie.
Zamarłem. choćby nie próbowała wysłuchać. Wykreśliła mnie z równania, jakbym był obcym.
Byłem wściekły. Ale nie dałem się złamać. Poszedłem na studia i sam torowałem sobie drogę, bez niczyjej pomocy.
Kilka miesięcy później wróciłem do dziadków na rodzinne spotkanie. Gdy tylko przekroczyłem próg, poczułem, jak zmienia się atmosfera.
Patrzcie, kto przyszedł! Wielki student! zaśmiał się szyderczo wujek Marek. Więc jednak zrozumiałeś, iż bez dyplomu w życiu nic nie osiągniesz?
Całe towarzystwo wybuchnęło śmiechem.
I tak rzuci studia dodał kuzyn Krzysiek. Gdyby był naprawdę mądry, poszedłby na uczelnię od razu po maturze, a nie tracił czas na jakieś kursy.
Zaciąłem pięści pod stołem i milczałem. Ale w środku wszystko we mnie kipiało. Tamtego wieczoru zrozumiałem jedno: nie ma tu dla mnie miejsca.
Po tym incydencie przestałem chodzić na rodzinne zjazdy. Po co narażać się na ich upokorzenia? Ale pewnego dnia zadzwoniła mama.
Wiem, iż ci trudno powiedziała łagodnie. Ale rodzina to rodzina. Nie możesz ich po prostu ignorować.
Dla niej spróbowałem jeszcze raz.
Na kolejnym spotkaniu znaleźli nowy powód, by mnie poniżać.
Masz 29 lat i jeszcze nie żonaty? rzuciła ciocia Elżbieta z ironicznym uśmiechem. Która kobieta zechce faceta bez stabilnej kariery, bez domu, bez perspektyw?
Nie odpowiedziałem. Ciężko pracowałem, studiowałem, budowałem przyszłość ceglawww cegłę. Ale w ich oczach wciąż byłem przegranym.
A potem wydarzyło się coś, co wszystko zmieniło.
Babcia Helena ciężko zachorowała. Miała 91 lat, nie mogła chodzić i potrzebowała stałej opieki. I wtedy ta rodzina, która tak głośno mówiła o więzach krwi, rozproszyła się jak mgła.
Mam własne dzieci na głowie, nie zajmę się nią westchnęła ciocia.
Praca pochłania mi cały czas, nic nie mogę zrobić mruknął wujek Marek.
Lepiej by jej było w domu opieki stwierdził Krzysiek.
Porzucili ją.
Ja nie mogłem.
Zabrałem ją do siebie, do mieszkania w Gdańsku. Karmiłem, myłem, pomagałem na każdym kroku. Moja narzeczona, Kinga, która widziała ją zaledwie parę razy, okazywała jej więcej czułości i szacunku niż jej własne dzieci.
Ostatnie miesiące babcia prawie nie mówiła. Każdego wieczoru siadałem przy niej, trzymałem ją za rękę i opowiadałem wspomnienia z dzieciństwa. Żeby wiedziała, iż nie jest sama.
A po jej pogrzebie usłyszałem ich szepty.
Zrobili to dla spadku Kto wie, może choćby przyspieszyli sprawę.
Ci sami ludzie, którzy ją porzucili, teraz śmieli oskarżać mnie.
To był ostatni gwóźdź do trumny.
Przy jej grobie podjąłem decyzję.
To koniec.
Odrzuciłem spadek. Zerwałem kontakty. choćby z mamą rozmawiam tylko wtedy, gdy naprawdę potrzebuje pomocy. Reszta? Dla mnie już nie istnieje.
I po raz pierwszy w życiu czuję się wolny.
Bez poczucia winy. Bez wstydu. Bez konieczności tłumaczenia się przed tymi, którzy nigdy mnie nie zaakceptowali.
Może i mamy tę samą krew, ale nigdy nie byli moją prawdziwą rodziną.
Teraz mam własne życie. Własną przyszłość.
I wreszcie spokój.









