Zawsze myślałem, iż mam swoje życie pod kontrolą. Stała praca, własny dom pod Warszawą, małżeństwo trwające już przeszło dziesięć lat, sąsiedzi, których znam od dzieciństwa. Nikt choćby ona nie wiedział, iż w gruncie rzeczy prowadziłem podwójne życie.
Od dawna miałem romanse poza małżeństwem. Sam przed sobą je umniejszałem, wmawiałem sobie, iż nic nie znaczą, iż skoro zawsze wracam do domu, to nikt nie cierpi. Nigdy nie czułem, iż ktoś coś podejrzewa. Nie miałem wyrzutów sumienia. Przeżywałem fałszywy spokój człowieka, który wierzy, iż potrafi grać i nigdy nie przegra.
Moja żona była kobietą spokojną, poukładaną. Jej życie płynęło w rytmie codziennej rutyny ścisły plan dnia, serdeczne dzień dobry dla sąsiadów, z pozoru prosty, klarowny świat. Sąsiad z domu obok to był raczej typ, którego się spotyka niemal codziennie raz pożyczy klucz, raz razem wyrzucamy śmieci, często mijamy się w ogrodzie, machamy do siebie, czasem zamienimy słowo. Nigdy nie widziałem w nim zagrożenia. Nigdy nie przypuszczałem, iż pewne granice zostaną przekroczone.
Ja wyjeżdżałem czasem w delegacje, wracałem wieczorami i byłem przekonany, iż dom zostaje taki sam, jak przed moim wyjazdem.
Wszystko runęło pewnego dnia, gdy na naszym osiedlu pojawiła się seria włamań. Wspólnota poprosiła wszystkich, by przejrzeli nagrania z kamer monitoringu. Z czystej ciekawości zajrzałem też do własnych zapisów. Nie spodziewałem się niczego szczególnego, chciałem tylko sprawdzić, czy czegoś nie przeoczyłem. Przewijałem nagrania do przodu, potem cofałem.
I wtedy zobaczyłem coś, czego wcale nie zamierzałem znaleźć.
Moja żona wchodziła do domu przez garaż o godzinach, kiedy ja byłem w pracy lub poza domem. Chwilę po niej sąsiad. I nie był to przypadek. Za każdym razem, w te same dni, w te same godziny. Jasny schemat. Powtarzające się sceny.
Patrzyłem dalej bez słowa.
Podczas gdy myślałem, iż mam przewagę, ona też prowadziła swoje podwójne życie. Z tą różnicą, iż ból, który poczułem, był nie do opisania. Nie był to ten ból jak po stracie bliskiej osoby, smutny, głęboki. To było coś zupełnie innego.
To był wstyd.
Upokorzenie.
Moje poczucie własnej wartości utkwiło w tych nagraniach.
Pokazałem jej dowody. Konkretne daty, godziny, fragmenty z monitoringu. Nie zaprzeczyła. Powiedziała, iż wszystko zaczęło się, gdy byłem emocjonalnie nieobecny, kiedy czuła się samotna, i jedno wydarzenie po drugim poprowadziło ją tą drogą. Nie przeprosiła od razu. Poprosiła, żebym jej nie oceniał.
Wtedy uderzyła mnie najbardziej gorzka ironia:
nie miałem prawa jej oceniać.
Ja też byłem niewierny.
Ja też kłamałem.
Ale wcale nie było mi przez to lżej.
Najgorsze w tym wszystkim nie była zdrada sama w sobie.
Najgorsze było uświadomić sobie, iż przez te lata wydawało mi się, iż gram sam, a tak naprawdę dwoje ludzi żyło tą samą nieprawdą pod jednym dachem, z tą samą bezczelnością.
Czułem się silny, bo potrafiłem oszukiwać i nie dać się złapać.
A okazało się, iż byłem tylko naiwny.
Oberwało moje ego.
Oberwał mój wizerunek.
Oberwało poczucie, iż jestem ostatnim, który dowiaduje się, co dzieje się we własnym domu.
Nie wiem, co dalej stanie się z naszym małżeństwem. Nie zapisuję tych słów, by się tłumaczyć ani ją obwiniać. Po prostu wiem, iż są takie rodzaje bólu, których nie da się porównać z niczym innym, co się wcześniej przeżyło.
Czy potrafię wybaczyć?
Ona nie zdaje sobie sprawy, iż i ja ją zdradzałem.













