Zawsze wydawało mi się, iż moje życie mam pod kontrolą. Porządna praca, własny dom na przedmieściach Krakowa, małżeństwo trwające ponad dziesięć lat, sąsiedzi, których znam od dzieciństwa. Nikt jednak nie wiedział choćby ona iż i ja prowadziłem podwójne życie.
Od lat miałem przygody na boku. Sam przed sobą bagatelizowałem te wyskoki, tłumaczyłem sobie, iż to nic nie znaczy, iż przecież wracam do domu, a nikt przez to nie cierpi. Nigdy nie poczułem, iż ktoś może mnie przyłapać. Nie odczuwałem też prawdziwych wyrzutów sumienia. Żyłem w tej iluzji bezpieczeństwa człowieka, który sądzi, iż umie grać i nie przegrywać.
Moja żona, Zuzanna, była cicha i spokojna. Jej życie biegło według harmonogramu stałe pory, grzeczne dzień dobry sąsiadom, wszystko uporządkowane i przewidywalne. Nasz sąsiad, pan Michał, z domu obok, to był typowy znajomy pożyczasz od niego śrubokręt, mijasz się z nim przy wyrzucaniu śmieci, czasem pokiwacie sobie głową na chodniku. Nigdy nie traktowałem go jak zagrożenie. choćby przez myśl mi nie przeszło, iż sięgnie tam, gdzie nie powinien.
Wyjeżdżałem często służbowo, wracałem przekonany, iż zastanę wszystko tak, jak zostawiłem.
Wszystko posypało się w dniu, kiedy po naszym osiedlu przetoczyła się seria włamań. Zarząd wspólnoty poprosił o udostępnienie zapisów z kamer. Z ciekawości postanowiłem przejrzeć też nagrania z naszego monitoringu. adekwatnie niczego nie szukałem; chciałem po prostu sprawdzić, czy coś się rzuca w oczy. Przewijałem nagrania do przodu, potem cofałem.
I wtedy zobaczyłem coś, czego wcale nie chciałem znaleźć.
Zuzanna moja żona wchodzi drzwiami od garażu w czasie, gdy nie było mnie w domu. I zaraz za nią, chwilę później, wchodzi pan Michał. Nie raz. Nie dwa. Powtarzający się schemat. Terminy, godziny, regularność.
Patrzyłem dalej, kompletnie otępiały.
Gdy wydawało mi się, iż panuję nad sytuacją, ona również prowadziła swoje drugie życie. Różnica polegała na tym, iż ból, jaki poczułem, trudno porównać z czymkolwiek innym. To nie był ból po stracie ojca tamto to była głęboka, cicha żałoba. To było coś innego.
To był wstyd.
Upokorzenie.
Czułem, jak moja duma zostaje przygnieciona przez tamte nagrania.
Skonfrontowałem ją z tym, co znalazłem. Pokazałem jej daty, godziny, filmy z kamer. Nie zaprzeczała. Powiedziała, iż zaczęło się, gdy byłem zamknięty w sobie, odsunąłem się, brakowało jej bliskości, a potem już wszystko potoczyło się samo. Nie przeprosiła od razu. Poprosiła, bym nie wydawał na nią wyroku.
I wtedy zrozumiałem największą ironię tej sytuacji:
nie miałem prawa jej oceniać.
Sam zdradzałem.
Sam kłamałem.
Ale to nie sprawiło, iż ból był mniejszy.
Najgorsza nie była sama zdrada. Najgorsza była świadomość, iż myśląc, iż tylko ja gram w tę grę, w rzeczywistości oboje żyliśmy tym samym kłamstwem pod jednym dachem, z tą samą pewnością siebie.
Czułem się silny, bo umiałem ukrywać swoje grzechy.
A naprawdę byłem tylko naiwny.
Zabolało mnie moje ego.
Zabolał mój wizerunek.
Zabolało to, iż byłem ostatni, który się dowiedział, co dzieje się pod jego własnym dachem.
Nie wiem, co dalej będzie z naszym małżeństwem. Nie piszę tego, by się usprawiedliwić czy obwinić ją. Wiem tylko, iż są rany, których nie da się porównać z niczym innym.
Czy powinienem wybaczyć?
Ona nie wie, iż ja też ją zdradzałem.
Może największa lekcja jest taka, iż kłamstwo gwałtownie staje się samotnością choćby w domu, który zdawał się solidny jak mur.






