Za podobnie leniwe skojarzenia pierwszy skazywałbym na łaskotki, ale czasem krytyk musi, bo inaczej skiśnie: oto mamy film, który wygląda jak wymyślony przez Alfreda Hitchcocka, a potem przemielony przez ekipę od "Zbrodni po sąsiedzku". Nie powiem, brzmi to atrakcyjniej, niż zamierzałem, ale rezultat przypomina raczej improwizowane jam session, gdzie niby wszystko jest, jak być powinno, ale co i rusz goni ku innej tonacji.
Fabuła "Ostatniej sesji w Paryżu" jest prosta jak rozwiązanie niedzielnej krzyżówki. Oto psychoterapeutka Lilian (Jodie Foster), która do francuskiej stolicy sprowadziła się zza oceanu, dowiaduje się, iż jedna z jej pacjentek, Paula, nie żyje. Oficjalnie przyczyną zgonu jest samobójstwo, ale oficjalnie, jak uczy nas każdy porządny thriller, to sobie można w uchu podłubać. Bohaterka przekonana jest, iż kobieta padła ofiarą morderstwa, dlatego rozpoczyna swoje prywatne śledztwo z przekonaniem godnym tej, która nie może się pogodzić z własnym sumieniem. Lilian, korzystając z wyuczonych narzędzi, nie znajduje powodu, dla którego Paula miałaby odebrać sobie życie, więc, czyniąc siebie powierniczką jej prywatnego życia, zaczyna wchodzić w nie coraz głębiej. Przyczyny tragedii szuka jak najdalej od kozetki i gabinetu, bo przecież gdyby informacja z aktu zgonu okazała się prawdziwa, poniekąd podałoby to w wątpliwość jej kompetencje.
Im dalej, tym mniej tu detektywistycznego dochodzenia, a więcej egzystencjalnego niepokoju. Meandry iście kryminalnej intrygi ustępują miejsca niedookreślonemu gatunkowo psychologicznemu labiryntowi, w którym logika następujących po sobie zdarzeń oraz ciągi przyczynowo-skutkowe wydają się grzęznąć w zakamarkach introspekcji. Lilian tropi nie tylko potencjalnych sprawców mordu – od cokolwiek oschłego męża Pauli po jej ciężarną córkę – ale i zaczyna konfrontować się z własnymi demonami, co z kolei sprowadza film na tory niemalże onirycznego dramatu.
Jodie Foster, w swojej pierwszej nieanglojęzycznej roli głównej, to największy atut tej chaotycznej konstrukcji. Lilian to kobieta metodyczna i analityczna, wyznająca reguły szkiełka i oka, które, im szersze kręgi zatacza jej śledztwo, zaczynają się dekonstruować na jej oczach. Foster znakomicie, bez żadnego fałszu, oddaje niepewność, katusze sumienia i obsesyjność swojej postaci – choćby gdy scenariusz popycha ją ku osobliwościom.
Paradoksalnie "Ostatnia sesja w Paryżu" fascynuje najbadziej w tych oklepanych scenach wyjętych z taniego dreszczowca, kiedy piętrzą się kolejne trudności, dzwonią głuche telefony i znikają taśmy z zapisami sesji. Rebecca Zlotowski, reżyserka wszechstronna, której serce bije jednak mocniej po stronie kina autorskiego, operuje nimi niezdarnie, ucieka ku dowcipowi. I choć częściej strategia ta prowadzi ją na manowce, to już same próby świadczą o odwadze i niesztampowości.
Zlotowski nie radzi sobie jednak w ogólnym rozrachunku, żonglując konwencjami raz zbyt ostrożnie, raz zbyt niefrasobliwie, klejąc tu, prócz kryminału i thrillera, melodramat i komedię. Nie brakuje rozwiązań śmiałych, jak chociażby scena hipnozy – po części zrealizowana przy użyciu sztucznej inteligencji, co miało na celu niejakie odrealnienie całej sekwencji – która pcha Lilian ku życiu przed życiem. Ale co z tego, skoro nie znajduje ona rozwinięcia i pozostaje po niej jedynie ulotna sugestia i kolejne znaki zapytania.
Z czasem przestaje też mieć znaczenie, kto zabił i czy w ogóle zabił, choć ważniejsza od samego początku i tak była konfrontacja bohaterki z obrazem siebie, jaki stworzyła, a który zaczął pękać po śmierci Pauli. Zderzona z bólem osobistej straty, sama musi dokonać autoanalizy. Tym samym "Ostatnia sesja w Paryżu" staje się filmem mówiącym o granicach percepcji, których przekroczenie skutkuje odwiedzinami w niekoniecznie wygodnej rzeczywistości równoległej, spojrzeniem na siebie z perspektywy osoby trzeciej. I na innych z pierwszej, zarezerwowanej zwykle dla nas samych.
Fabuła "Ostatniej sesji w Paryżu" jest prosta jak rozwiązanie niedzielnej krzyżówki. Oto psychoterapeutka Lilian (Jodie Foster), która do francuskiej stolicy sprowadziła się zza oceanu, dowiaduje się, iż jedna z jej pacjentek, Paula, nie żyje. Oficjalnie przyczyną zgonu jest samobójstwo, ale oficjalnie, jak uczy nas każdy porządny thriller, to sobie można w uchu podłubać. Bohaterka przekonana jest, iż kobieta padła ofiarą morderstwa, dlatego rozpoczyna swoje prywatne śledztwo z przekonaniem godnym tej, która nie może się pogodzić z własnym sumieniem. Lilian, korzystając z wyuczonych narzędzi, nie znajduje powodu, dla którego Paula miałaby odebrać sobie życie, więc, czyniąc siebie powierniczką jej prywatnego życia, zaczyna wchodzić w nie coraz głębiej. Przyczyny tragedii szuka jak najdalej od kozetki i gabinetu, bo przecież gdyby informacja z aktu zgonu okazała się prawdziwa, poniekąd podałoby to w wątpliwość jej kompetencje.
Im dalej, tym mniej tu detektywistycznego dochodzenia, a więcej egzystencjalnego niepokoju. Meandry iście kryminalnej intrygi ustępują miejsca niedookreślonemu gatunkowo psychologicznemu labiryntowi, w którym logika następujących po sobie zdarzeń oraz ciągi przyczynowo-skutkowe wydają się grzęznąć w zakamarkach introspekcji. Lilian tropi nie tylko potencjalnych sprawców mordu – od cokolwiek oschłego męża Pauli po jej ciężarną córkę – ale i zaczyna konfrontować się z własnymi demonami, co z kolei sprowadza film na tory niemalże onirycznego dramatu.
Jodie Foster, w swojej pierwszej nieanglojęzycznej roli głównej, to największy atut tej chaotycznej konstrukcji. Lilian to kobieta metodyczna i analityczna, wyznająca reguły szkiełka i oka, które, im szersze kręgi zatacza jej śledztwo, zaczynają się dekonstruować na jej oczach. Foster znakomicie, bez żadnego fałszu, oddaje niepewność, katusze sumienia i obsesyjność swojej postaci – choćby gdy scenariusz popycha ją ku osobliwościom.
Paradoksalnie "Ostatnia sesja w Paryżu" fascynuje najbadziej w tych oklepanych scenach wyjętych z taniego dreszczowca, kiedy piętrzą się kolejne trudności, dzwonią głuche telefony i znikają taśmy z zapisami sesji. Rebecca Zlotowski, reżyserka wszechstronna, której serce bije jednak mocniej po stronie kina autorskiego, operuje nimi niezdarnie, ucieka ku dowcipowi. I choć częściej strategia ta prowadzi ją na manowce, to już same próby świadczą o odwadze i niesztampowości.
Zlotowski nie radzi sobie jednak w ogólnym rozrachunku, żonglując konwencjami raz zbyt ostrożnie, raz zbyt niefrasobliwie, klejąc tu, prócz kryminału i thrillera, melodramat i komedię. Nie brakuje rozwiązań śmiałych, jak chociażby scena hipnozy – po części zrealizowana przy użyciu sztucznej inteligencji, co miało na celu niejakie odrealnienie całej sekwencji – która pcha Lilian ku życiu przed życiem. Ale co z tego, skoro nie znajduje ona rozwinięcia i pozostaje po niej jedynie ulotna sugestia i kolejne znaki zapytania.
Z czasem przestaje też mieć znaczenie, kto zabił i czy w ogóle zabił, choć ważniejsza od samego początku i tak była konfrontacja bohaterki z obrazem siebie, jaki stworzyła, a który zaczął pękać po śmierci Pauli. Zderzona z bólem osobistej straty, sama musi dokonać autoanalizy. Tym samym "Ostatnia sesja w Paryżu" staje się filmem mówiącym o granicach percepcji, których przekroczenie skutkuje odwiedzinami w niekoniecznie wygodnej rzeczywistości równoległej, spojrzeniem na siebie z perspektywy osoby trzeciej. I na innych z pierwszej, zarezerwowanej zwykle dla nas samych.















