Zamkowa kolacja muzycznych mistrzów

beskidzka24.pl 50 minut temu

Czy Jerzy Fryderyk Haendel i Jan Sebastian Bach, znakomici kompozytorzy epoki baroku, mogli się spotkać i pogawędzić na kolacji w bielskim zamku? Historycy w to wątpią, ale w teatrze wszystko jest możliwe. Mamy więc „Kolację na cztery ręce”, najnowszą premierę Teatru Polskiego, graną w eleganckim Salonie Muzycznym Zamku Książąt Sułkowskich.

Tę wytworną zabytkową lokalizację wybrano nieprzypadkowo. Jak ustalił Grzegorz Madej z bielskiego Muzeum Historycznego, którego główną siedzibą jest Zamek Książąt Sułkowskich, mija właśnie 240 lat od uruchomienia w Bielsku pierwszej sceny teatralnej. Książę Franciszek Sułkowski ulokował ją tuż przy zamkowej wieży, w zlikwidowanym nierentownym książęcym browarze. Budynek dawno już spłonął, ale bielskie życie teatralne toczyło się dalej. Nic więc dziwnego, iż Iwona Purzycka, dyrektor Muzeum Historycznego, postanowiła uczcić 240-letnią bielską teatralną tradycję nie tylko umieszczeniem przy zamku okolicznościowej tablicy, ale też spektaklem w zamkowym wnętrzu. Pomysł ochoczo podchwycił Witold Mazurkiewicz, dyrektor Teatru Polskiego, którego ekipa znakomicie czuje się również poza macierzystą siedzibą. Zaproponował hit – popularną sztukę Paula Barza „Kolację na cztery ręce” – i świetnych realizatorów. Andrzej Malec, ceniony reżyser filmowy, teatralny, telewizyjny i radiowy, zadbał, by błyskotliwa słodko-kwaśna komediowa opowieść o pełnym emocji spotkaniu Haendla i Bacha zabrzmiała aktualnie. Jest to bowiem ponadczasowa historia relacji między artystami zależnymi od władz i sponsorów. Jaka jest cena wolności twórczej? Jak bardzo trzeba się starać, jakie upokorzenia znosić, by zdobyć lukratywne zamówienia (Haendel) albo tylko skromną posadę pozwalającą jakoś utrzymać siebie i liczną rodzinę (Bach)? O tym w chwili szczerości rozprawiają, popijając wino i wódkę przy suto zastawionym stole.

Mają po 62 lata. Pewny siebie, złośliwy, pełen emocji Haendel, grany brawurowo przez Tomasza Lorka, jest bogatym celebrytą mieszkającym w Londynie, przyjacielem króla Wielkiej Brytanii. Jego opery w stylu włoskim oraz oratorium „Mesjasz” z chóralną pieśnią „Alleluja” są przebojami w Europie. Zbił na nich majątek, łącząc talent z wyczuciem aktualnych gustów. Dla wycofanego, szerzej nieznanego za życia Bacha, z precyzyjną dyskrecją kreowanego przez Sławomira Miskę, szczytem marzeń, nie zawsze osiąganym, była skromna posada kościelnego kantora, organisty bądź co najwyżej kompozytora na jednym z książęcych dworów. Drogi życiowe i charaktery mieli bardzo różne. Haendel był samotnikiem, Bach był dwukrotnie żonaty, miał dwadzieścioro dzieci, z których dziesięcioro dożyło dorosłości. Łączył ich tylko rok urodzenia (1685) oraz fakt, iż byli ewangelikami. No i pragnienie odniesienia sukcesu, jak również strach przed najsurowszym sędzią – publicznością.

Przedstawienie ma jeszcze jednego bohatera. To Johann Christoph Schmidt, aspirujący kompozytor, a przede wszystkim przyjaciel i pomocnik Haendla, bezlitośnie poniżany przez gwiazdora. Z tą niewdzięczną rolą sprawnie sobie radzi… Jacek Obstarczyk, świetny pianista i dyrygent, szef teatralnej orkiestry La Nostra Banda.

Niezwykła kolacja, spożywana w hotelu w Lipsku, to wymysł niemieckiego pisarza Paula Barza. Zdaniem historyków do spotkania Haendla i Bacha nigdy nie doszło. Ale Grzegorz Madej jest zdania, iż można też postawić inną, realnie brzmiącą hipotezę: jeżeli spotkanie kompozytorów miało miejsce, to właśnie na bielskim zamku. Nad Białą gościł bowiem wcześniej król August III Sas. Być może za jego radą obaj muzyczni geniusze z zainteresowaniem zatrzymali się w mieście słynącym od wieków z przywiązania do nauk Marcina Lutra i omal się w nim nie pobili. Jedno jest pewne: w sztuce Barza goszczą w Bielsku-Białej już po raz drugi. Dwadzieścia trzy lata temu historię tę zagrali w Teatrze Polskim Adam Myrczek (Haendel) oraz nieżyjący już Kazimierz Czapla (Bach) i Cezariusz Chrapkiewicz (Schmidt). Muzykę opracował Krzysztof Maciejowski, a reżyserował Henryk Rozen.

Spektakl w kameralnym Salonie Muzycznym jest prezentowany w obecności zaledwie stu widzów, którzy z trzech stron otaczają aktorów, mając ich niemal na wyciągnięcie ręki. Można nie tylko dokładnie śledzić niuanse aktorskiej gry, ale też podziwiać kostiumy zaprojektowane starannie, zgodnie z duchem epoki przez Tomasza Ossolińskiego, który uchodzi za najlepszego polskiego krawca męskiego i jednego z najbardziej znanych i cenionych projektantów mody w kraju. Jedną z jego niedawnych spektakularnych realizacji są olśniewające kreacje stworzone w duecie z Katarzyną Lewińską do filmu „Lalka”. A kostiumy z bielskiego spektaklu pozostaną na zamku, wzbogacając kolekcję Muzeum Historycznego. Publiczność widzi również, iż wyszukane potrawy, m.in. ostrygi i ślimaki, spożywane przez bohaterów spektaklu, są prawdziwe.

Przygotowanie spektaklu w zabytkowym wnętrzu nie było łatwe. Pracownicy muzeum czuwali, by nie nadużywać reflektorów, nie oświetlać całej przestrzeni salonu, bo szkodzi to wyeksponowanym tu obrazom. Problemem było choćby niezbędne w tym przedstawieniu trzaskanie zabytkowymi drzwiami. Ale w końcu wszystko zagrało jak należy, choćby zabytkowy fortepian, pochodzący – a jakże – z Lipska.

Idź do oryginalnego materiału