Nazywam się Ryszard Kowalik, mam sześćdziesiąt dziewięć lat i przez trzydzieści dwa lata naprawiałem zegarki w swoim warsztacie na Starym Mieście w Toruniu. Kiedy przeszedłem na emeryturę, córka powiedziała, iż muszę znaleźć sobie jakieś zajęcie, bo inaczej "zwariuję od nadmiaru kawy i wiadomości w telewizorze". Miała rację. Pierwszy miesiąc bez pracy spędziłem głównie na balkonie, patrząc, jak gołębie obsiadają rynnę sąsiedniego budynku.
To właśnie moja córka zapisała mnie na listę wolontariuszy w naszej bibliotece miejskiej, w dziale dla dzieci. Powiedziała, iż to tylko godzina w czwartek, o jedenastej, iż na pewno się nie zmęczę. Bibliotekarka, pani Barbara, zapisała moje nazwisko w zeszycie w linii i zapytała, czy umiem czytać na głos bez monotonnego tonu, bo dzieci to wyczuwają od razu. Odpowiedziałem, iż przez trzydzieści lat tłumaczyłem klientom, czemu ich zegarek nie chodzi, więc z gadaniem sobie poradzę.
Pierwszy czwartek przyszedłem dwadzieścia minut wcześniej. W sali stały małe krzesełka ustawione w krąg, na stoliku leżały książeczki z obrazkami, a w fotelu do czytania siedział pluszowy miś, jakby czekał tylko na mnie. Przyszło sześcioro dzieci. Jeden chłopiec, Kacper, nie zdjął przez całą godzinę czapki strażaka. Dziewczynka imieniem Zosia przyniosła jednorożca z jednym obwisłym uchem i posadziła go sobie na kolanach, jakby słuchał razem z nią.
Zacząłem czytać opowieść o lisie i zajęczycy. W połowie, zamiast dać zajęczycy piskliwy głos, przez przypadek nadałem go misiowi. Dzieci wybuchnęły śmiechem. "To miś ukradł głos zajęczycy?" – zapytała Zosia. Powiedziałem, iż chyba tak, i od tej pory miś co czwartek mówił innym głosem. Dzieci tego wyczekiwały. Prawdę mówiąc, ja też – zacząłem sobie notować w kalendarzyku kolejne głosy, żeby się nie pomylić.
Czytaliśmy o ciekawskim lisie, o pociągu, który jedzie przez całą Polskę, o jeżu, który zgubił drogę do domu. Co kilka stron ktoś przerywał ważnym pytaniem: czy kaczki czasem się gubią, czy żółwie śnią, czemu wiewiórki zawsze mają coś do roboty. Historia trwała dwa razy dłużej, bo rozmów było więcej niż czytania. Nikomu to nie przeszkadzało.
Pewnego deszczowego czwartku przyszło tylko troje dzieci. Po lekturze zapytałem, czy ktoś chce narysować swój ulubiony fragment. Kredki wyciągnięto z plecaków. Kacper narysował drzewo większe niż strona kartki. Zosia narysowała wszystkich bohaterów z uśmiechami, choćby jednorożca z obwisłym uchem. Na koniec podała mi rysunek. "To dla pana." Przykleiłem go w kuchni, wewnątrz szafki, i od tamtej pory co rano, sięgając po kubek do kawy, widziałem uśmiechniętego jednorożca.
Kilka tygodni później pani Barbara zaproponowała coś nowego: półkę urodzinową. Kiedy dziecko ma urodziny, każdy przynosi jedną używaną, ale sprawną książkę, a jubilat zabiera cały stos do domu. Pierwszym jubilatem był chłopiec imieniem Filip. Przyszedł, pewnie myśląc o torcie i balonach, a zastał na stole dwanaście zapakowanych książek. Z każdą rozpakowaną paczką jego oczy robiły się większe. "To wszystko może zostać u mnie?" – zapytał. "Jasne, iż tak" – odpowiedziałem. Przytulił stos tak mocno, iż cała sala się uśmiechnęła.
Półka urodzinowa stała się tradycją biblioteki. Rodzice oddawali książki, z których dzieci już wyrosły. Babcie dokładały klasyki ze swoich czasów. Sąsiedzi po cichu zostawiali nowe tomiki na biurku pani Barbary. Każde urodziny kończyły się tym, iż dziecko wychodziło z biblioteki, niosąc stos opowieści pod pachą.
Tak minął rok. A potem, w pewien listopadowy czwartek, pani Barbara nie czekała na mnie przy drzwiach jak zwykle. Zastałem ją w swoim biurze, z kartką urzędową na biurku i filiżanką wystygłej herbaty, której choćby nie tknęła. Powiedziała, iż miasto tnie budżet na kulturę o czterdzieści procent i iż dział dla dzieci może zostać zlikwidowany po Nowym Roku, a ją samą przeniosą do działu czasopism na pół etatu. Nie było już komu płacić choćby za te marne prenumeraty dla najmłodszych, a co dopiero za osobną salę z fotelem i misiem.
Przez trzy czwartki z rzędu czytałem dzieciom z kamieniem w żołądku, nie wiedząc, czy to już ostatnie razy. Nie powiedziałem im nic – pani Barbara prosiła, żeby jeszcze nie straszyć rodziców, dopóki sprawa nie jest przesądzona. Zacząłem liczyć, ile osób przychodzi na czytanie każdego tygodnia, zapisywałem to na odwrocie starych kwitów z warsztatu, jakbym chciał mieć dowód na coś, czego jeszcze nikt ode mnie nie żądał.
W pierwszy czwartek grudnia na sesję rady miasta przyszło czternaścioro rodziców z dziećmi, dwadzieścioro zapisanych na listę wolontariuszy i jedna pani Barbara z teczką pełną rysunków – tego jednorożca z obwisłym uchem, drzewa Kacpra, misia z pożyczonym głosem. Stałem z boku sali, trzymając kurtkę w rękach, bo nie miałem gdzie jej powiesić, i słuchałem, jak jedna z matek czyta na głos list, który napisała jej córka: iż w czwartki miś mówi innym głosem i iż bez tego "będzie jej smutno przez cały tydzień, nie tylko w czwartek". Radni głosowali osiem do pięciu. Dział został.
Pani Barbara zadzwoniła do mnie tego samego wieczoru. Nie powiedziała nic poza: "Zostajemy, panie Ryszardzie. Proszę przygotować tego jeża na przyszły tydzień, dzieci już pytały." Odłożyłem słuchawkę i siedziałem jeszcze z dziesięć minut przy telefonie, zanim wstałem zagotować wodę na herbatę.
Na najbliższym czwartkowym czytaniu w sali było ciaśniej niż zwykle – przyszło dziewięcioro dzieci zamiast zwykłej szóstki, bo wieść się rozniosła. Zosia przyniosła swojego jednorożca, teraz z zaszytym uchem, i oznajmiła, iż jej mama "umie szyć plusze, kiedy się jej ładnie poprosi". Czytałem o jeżu po raz trzeci. Kiedy doszedłem do miejsca, gdzie jeż w końcu znajduje drogę do domu, chłopiec, który pisał mi kiedyś liścik o najlepszym dniu tygodnia, podniósł rękę i zapytał: "A miś już nigdy nie zgubi głosu, prawda?" Spojrzałem na misia siedzącego obok mnie w fotelu, z trochę przetartym futerkiem przy uchu, i powiedziałem, iż na pewno nie, bo teraz go pilnuje dziewięcioro ludzi naraz.
Tego samego dnia kupiłem w kiosku na rogu Szerokiej paczkę kolorowych zakładek z pomponikiem – po złotówce dwadzieścia za sztukę, dziesięć sztuk za okrągłą dychę. Na odwrocie każdej napisałem manualnie inne zdanie: "Nie przestawaj przewracać stron", "Każda książka to podróż", "Czytanie zabiera cię wszędzie". Jedną, bez napisu, schowałem do kieszeni.
Wiosną czytaliśmy już pod wielkim klonem za biblioteką, tam gdzie rodzice zwykle parkują wózki. Pani Barbara podeszła do mnie z kubkiem herbaty, tą samą filiżanką w zielone paski co w listopadzie, tyle iż tym razem opróżnioną do dna. "W tym roku zapisało się więcej dzieci niż kiedykolwiek" – powiedziała. "Myślę, iż przychodzą po książki." Zaśmiała się. "Ale zostają przez misia."
Chłopiec z liścikiem podszedł znowu, tym razem bez kartki, tylko z pustą ręką wyciągniętą w moją stronę. Wyjąłem z kieszeni tamtą niezapisaną zakładkę i mu ją podałem. Popatrzył na pusty odwrót, wzruszył ramionami i powiedział: "To ja sam coś napiszę." Usiadł na kocu z ołówkiem i przez dobre pięć minut zastanawiał się, obgryzając koniec kredki, zanim w końcu wypisał coś krzywymi literami i schował zakładkę do najniższej, zapiętej na suwak kieszeni plecaka – tam, gdzie dzieci chowają rzeczy, których się nie gubi.






