ZAGUBIONA ISTOTA

twojacena.pl 3 tygodni temu

Ogólny rodzinny wyrok wydała najstarsza córka Bronisława. Z powodu swojego uporu i wygórowanych wymagań wobec narzeczonych nigdy nie wyszła za mąż, a do trzydziestki zamieniła się w zgorzkniałą mizantropkę, prawdziwy koszmar dla wszystkich mężczyzny.

Niech to będzie nieszczęście powiedziała, jakby już wszystko zatwierdziła. Młodsza córka, Jadwiga, pulchnie śmieszna, przytaknęła z uśmiechem. Matka milczała, ale surowa twarz zdradzała, iż nowa synowa nie przypadła jej do gustu. Co mogło jej się podobać? Jedyny syn, ostoją rodziny, po służbie wojskowej przywiózł żonę. Ta, jak twierdzono, nie miała ani rodziców, ani pieniędzy. Nie wiadomo, czy rosła w domu dziecka, czy może pośród krewnych. Znikąd nic nie wiadomo. Tomek milczy, a jedynie żartuje: nie martw się, mamo, zdobędziemy własne bogactwo. I rozmawiamy z nim, z tym nieudacznikiem, co w rodzinę przywiózł. Czyżby była złodziejką, oszustką? Kto wie, ile takich osób już wpadło w nasze progi!

Waleria Nikiticz, odkąd w domu pojawiła się niepożądana synowa, nie spała jednej nocy. Przysypiała tylko na przemian. Czekała na jakieś podstępy od nowej krewni: kiedy zacznie krążyć po szafach. Dzieci też podpowiadały, iż matko, może schowałybyś cenne rzeczy u krewnych. Nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć futra, złoto. Aż pewnego ranka obudzimy się, a wszystko będzie w rozsypce!

A Tomkowi po miesiącu się skończyło: kogo przywiózł do domu! Gdzie były twoje oczy? Nie było ani skóry, ani twarzy!

Lecz nie ma co się zatrzymywać, trzeba żyć. Zaczęliśmy żyć i przyjmować niepożądaną synową na miejsce.

Dom był spory, ogród trzydzieści arów, trzy prosiaczki w zagrodzie, ptaki nie liczyć. Pracować trzeba nieustannie, a nie można się poddać. Waleria nie narzekała. Dbała o ogród, karmiła prosiaki, gotowała, sprzątała. Starała się przypodobać teściowej. Ale jeżeli serce matki nie chce, choćby złoto nie pomoże, wszystko pójdzie nie tak.

W pierwszym dniu nowa synowa, z gniewem w sercu, powiedziała jasno:

Nazywaj mnie po imieniu i patronimiczu. Tak będzie lepiej. Mam już własne córki, a ty, choćbyś się starała, nie zostaniesz nam bliższa niż własna.

Od tego czasu nazywała ją Waleria Nikiticz, a sama matka nie używała żadnych przydomków. Trzeba było coś zrobić lub powiedzieć. I mówiła: Trzeba zrobić. I tyle. Nie trzeba nic rozpieszczać. Z kolei szwagierki nie pozwalały innym krewnym wstępować. Każde słowo dokładnie kontrolowano. Czasem matka musiała przytrzymać rozszalałe córki. Nie z litości dla Walerii, ale bo w domu miał być porządek, a nie kłótnie. Co więcej, dziewczyna okazała się pracowita. Łapała się wszystkiego, nie była leniwa. Nie przyznając się samej, matka stopniowo się rozluźniała.

Może życie ułożyłoby się z czasem, ale Tomek już się rozkręcał.

Jaki mężczyzna wytrzyma, gdy od rana do nocy dwa głosy go gonią: Na kogo poślubiłeś, na kogo poślubiłeś? A Bronisława w końcu przedstawiła mu jakąś znajomą i wszystko się zakręciło. Szwagierki świętowały zwycięstwo: teraz nienawidząca Waleria wreszcie się posprząta. Matka milczała, a Waleria udawała, iż nic się nie stało, choć oczy były puste i smutne. Nagle, jak grzmot w słoneczny dzień, dwie wiadomości: Waleria spodziewa się dziecka, a Tomek od niej się rozwodzi.

Nie może tak być rzekła matka Tomkowi. Nie zamierzałam jej dawać za żonę.

A skoro już się ożenił, niech żyje! Nie ma co się czepiać. Przyszły ojcze, utrzymaj rodzinę, albo wyrzuć mnie z domu i nie chcę cię znać. A Ania zostanie tutaj.

Po raz pierwszy w całym życiu matka nazwała Walerię po imieniu. Siostry zamarły. Tomek wściekł się, mówiąc, iż jest mężczyzną i ma prawo decydować. Matka włożyła ręce w biodra i zaśmiała się:

Jakim mężczyzną jesteś? Dopiero iż masz spodnie. Gdy urodzisz dziecko, wyhodujesz je, dasz mu rozum, wychowasz na człowieka, wtedy dopiero nazwiesz się mężczyzną!

Matka nigdy nie ukrywała swoich słów. A Tomek trzymał się matki.

Gdy miał już plan, odszedł z domu. Ania została. Po upływie czasu urodziła dziewczynkę i nazwała ją Walerką. Matka, gdy się o tym dowiedziała, nie wypowiedziała ani słowa, ale widać było, iż cieszy się w sercu.

Z zewnątrz dom się nie zmienił, tylko Tomek zgubił drogę do domu. Był obrażony. Matka też się martwiła, ale nie pokazywała tego. Wnuczkę kochała, rozpieszczała, kupowała zabawki, słodycze. Ania jednak nie wybaczyła, iż straciła syna przez nią. Nie powiedziała jednak słowa krytyki.

Minęło dziesięć lat. Siostry wyszły za mężów, a w wielkim domu zostały trzy: matka, Ania i Walerka. Tomek wstąpił do wojska i wyjechał z nową żoną na północ. Do Ani podchodził emerytowany żołnierz, starszy od niej, który po rozwodzie zostawił jej mieszkanie i sam mieszkał w akademiku. Dostawał rentę, był poważnym i stabilnym mężczyzną. Ani się spodobał, ale co miałby zrobić? Zabrać ją do teściowej?

Wyjaśniła mu wszystko, przeprosiła i odszedł. Ojciec nie był głupi przyszedł z szacunkiem do matki: Waleria Nikiticz, kocham Anię, nie mogę bez niej żyć.

Matka nie poruszyła choćby mięśnia.

Kochasz? powiedziała. No więc zamieszkajcie razem.

Zamilkła i dodała:

Nie dam ci zabierać Walerki z mojego mieszkania. Tu mieszkajcie razem, u mnie.

Tak zaczęli żywać wszyscy razem. Sąsiedzi plotkowali, jak szalona Nikiticz wywodzi syna z domu, a niepożądana synowa go przyjęła. Nie było jednak nic w tym złego. Waleria nie przejmowała się plotkami, nie rozmawiała z sąsiadkami, nie snuła opowieści o młodzieży, trzymała się dumnie i niewzruszenie. Ania urodziła Kasię. Matka nie mogła się nadziwić nad swoimi kochanymi wnuczkami, choć jaka to Kasię? żadna nie była prawdziwą wnuczką.

A cóż to za nieszczęście!

Niespodziewanie Ania ciężko zachorowała. Mąż załamał się, choćby sięgnął po alkohol. Matka cicho, bez słów, wyjęła wszystkie oszczędności i zawoziła Anię do Warszawy. Wypisała wszelkie leki, pokazała najlepszym lekarzom. Nie pomogło.

Rankiem Ania poczuła się lepiej i poprosiła o rosół. Matka, z radością, ubijała kurę, obierała, gotowała. Gdy przyniosła gorący wywar, Ania nie mogła go zjeść i po raz pierwszy w życiu zapłakała. Matka, której nigdy nie widziano płaczącą, też pociągnęła łzy:

Dlaczego, dziecko, odchodzisz, gdy cię kochałam? Co się stało?

Uspokoiła się, otarła łzy i rzekła:

Nie martw się o dzieci, nie zginą.

Do końca nie płakała już więcej, siedziała przy niej, trzymała rękę Ani i delikatnie głaskała, jakby prosząc o przebaczenie za wszystko, co między nimi było.

Kolejne dziesięć lat minęło. Walerka szukała męża. Przyjechały Bronisława i Jadwiga, już starsze, przytulone razem. Żadna nie miała już dzieci. Zgromadziło się trochę krewnych. Tomek przyjechał. Z żoną już się rozstał i pił mocno. Gdy zobaczył, jak piękna jest Walerka, ucieszył się. Nie spodziewał się, iż ma taką wspaniałą córkę. Gdy usłyszał, iż córka nazywa ojca cudzym, zbladł i zaczął obwiniać matkę: Wpuściłaś obcego mężczyznę do domu, niech się sprząta. Nie ma tu miejsca dla niego. Ja jestem ojcem!

Matka odpowiedziała:

Nie, synu. Nie jesteś ojcem. Jak małe dziecko nosi spodnie, nie dorósł jeszcze do mężczyzny.

Powiedziała to jak na koniec. Tomek nie wytrzymał poniżenia, spakował rzeczy i znów wyruszył w świat. Walerka wyszła za mąż, urodziła syna i nazwała go Aleksandrem, na cześć przybranego ojca. Babcię Walerę pochowano w zeszłym roku obok Ani.

A tak leżą w rzędzie: synowa i teściowa. Między nimi tej wiosny wykiełkowała brzoza. Skąd się wzięła, nie wiadomo. Nikt jej nie posadził. To chyba pożegnanie od Ani, albo ostatnie przeprosiny od matki.

Idź do oryginalnego materiału