Zagraj to jeszcze raz, Friz

filmweb.pl 5 dni temu
Zdjęcie: plakat


Psy szczekają, karawana jedzie dalej. „100 dni do matury” – pierwszy fabularny projekt Friza i Spółki, który doczekał się pełnoskalowej dystrybucji w kinach – nie niosło wprawdzie rewolucji na sztandarze, ale dla rodzimego influ-marketingu wciąż stanowi ważki punkt przejścia. Oto grupa internetowych celebrytów z pozycji dostawcy publiczności dla „tradycyjnego” przemysłu filmowego awansuje do roli jego inicjatora, producenta i wykonawcy. Influencerzy podbili już niemal wszystkie gałęzie gospodarki, zamach na multipleksy był więc jedynie kwestią czasu. Niech o skuteczności tego modelu poświadczą liczby – a zatem to, co w świecie bożków z Instagrama liczy się najbardziej: komedia w reżyserii Mikołaja Piszczana zgromadziła przed ekranami ponad milion widzów, bez trudu zdobywając szczyty box office. jeżeli mieć pretensje, to do kogo?

  • Karolina Grabowska

Od tamtej premiery minęło półtora roku. W międzyczasie Ekipa Holding S.A. podpisała stos nowych kontraktów, a ich świeżutki album migiem zdyskontował konkurencję na OLiS. Katalog YouTube'a pęka w szwach od dostarczanego na bieżąco „kontentu”, półki marketów uginają się pod tonami licencjonowanej odzieży, słodyczy, kosmetyków i przyborów szkolnych. Księgowi dostają migreny, kalkulatory parują z przegrzania; choćby psy akcjonariuszy krótko po zakupie z hodowli otrzymały dedykowaną linię lodów i chrupek (pełnometrażowa animacja z udziałem rentownych pupili ma trafić do kin już w grudniu). Co prawda latem 2025 roku ze skarbca Friza i Wersow uleciały dwie bańki na organizację wesela w greckim kurorcie, ale bez obaw – dokument Krystiana Kuczkowskiego relacjonujący ceremonię już w weekend otwarcia obejrzało 110 tysięcy Polaków. Życie prywatne albo sukces komercyjny – co za różnica?

Nie bawię się w te wyliczanki aby udowodnić, iż Wiśniewski z zespołem mają łeb do interesów (jakby ktoś jeszcze żywił wątpliwości), ani tym bardziej pogrzmiewać z przyczółka na ludzi szczęśliwszych niż ja sam. Chodzi raczej o naszkicowanie kontekstu, który dla kontynuacji zeszłorocznego przeboju wydaje się kluczowy. Mamy przecież do czynienia z produktem przedsiębiorstwa dysponującego gigantycznym kapitałem (medialnym, społecznym, finansowym); marki stworzonej przez ludzi oddanych przekonaniu, iż nie ma na tym świecie rzeczy, której nie dałoby się przekuć w zysk. Do tego angażujących w swoje filmowe przedsięwzięcia sztab profesjonalistów – jakby w celu potwierdzenia, iż granica między kinowym widowiskiem a vlogami o wystrzeliwaniu kolegi z procy to sprawa czysto umowna. Nie widzę więc powodów, by dzieła pokroju „Misji Zeus” traktować protekcjonalnie. I tym większa szkoda, iż wciąż nie czuć w nich krzty pasji.

Bartosz Laskowski
  • Karolina Grabowska

Zaczyna się od naparzanki w meksykańskim barze. Kapsel (Bartosz Laskowski) wojuje szabelką z bandą muskularnych łotrów tak, jakby ważyły się losy samego Króla Ćwieczka; jest tu krzyżówką Zorro, Indiany Jonesa i wąsatego muszkietera z reklamy kabanosów. Nim akcja wejdzie w decydującą fazę, na ziemię sprowadza go dzieciak z watą cukrową w jednej ręce i biletem na kolejkę górską w drugiej. Można się rozejść: to tylko fantazja bohatera pragnącego żyć innym życiem niż to, które zostało mu po latach licealnej beztroski. Jeszcze wczoraj urządzał napad na Ministerstwo Edukacji. Dziś marnuje się jako pracownik Energylandii (co za pchli los!), mieszka z rodzicami i choćby własny pies zdaje się widzieć w nim nieudacznika.

Nie wszyscy jednak zapomnieli o jego heroicznych czynach. Szansa na wyrwanie z rutyny przychodzi do chłopaka wraz z naukowcem (Tomasz Kot), którego były współpracownik (Cezary Pazura) wykradł z laboratorium maszynę do tworzenia deszczu. Wynalazek mógłby zakończyć globalną suszę, jednak w niepowołanych rękach stanowi broń masowego rażenia. Kapsel ponownie zbiera więc drużynę Avengersów z TikToka (jej skład zasilają głównie członkowie popularnego projektu Genzie, m.in. Hanna Puchalska, Bartosz Kubicki, Pola Sieczko i Julita Różalska), a na czele operacji po raz kolejny staje dziadek Antoni (Jacek Koman). Kierując się maksymą „na przypale, albo wcale”, razem przystępują do skoku, od którego – jakżeby inaczej – zależy przyszłość świata.

Pola Sieczko, Bartosz Laskowski, Kinga Banaś
  • Karolina Grabowska

Scenariusz „Misji Zeus” został oparty na z grubsza tym samym schemacie co poprzednik – z konieczności zmianie ulegają jedynie motywacje antagonisty i fabularny kontekst. Bohaterowie znów są uwikłani w intrygę przerastającą ich oczekiwania i kompetencje, zmuszeni wykraść coś, gdzieś, komuś, po coś. Choć akcja pędzi na złamanie karku, mnożą się plot twisty, a stawka jest „wyższa niż kiedykolwiek”, cała zabawa ma raczej jałowy charakter. Może to przez fakt, iż reżyser sam nie do końca wierzy w ten koncept: w jego groteskowej, przegiętej do granic absurdu krainie wszystko wydaje się ostentacyjnie sztuczne, przykryte fotogenicznym „luzem”, „wajbem” i postironiczną zgrywą. Co innego też, gdybyśmy mieli komu kibicować, na kogo się wściekać i komu zazdrościć. Brakuje tu jakiegoś ludzkiego odruchu, emocjonalnego punktu zaczepienia, słowem – czegokolwiek zdolnego zaangażować widza w wydarzenia na ekranie.

Bliźniacze atrakcje widzieliśmy w kinie setki razy, toteż od początku nietrudno przewidzieć kierunek, w jakim zmierza ten wagon. Podobnie jak w „jedynce”, Piszczan opakowuje historię w kostium rasowego heist movie, tym razem asekurancko chowając się pod poszewką pastiszu, samoświadomej „gry z konwencją”. I faktycznie: niektóre sceny mają posmak parodii stylu Guya Ritchiego, raz po raz padnie nienaganna aluzja do „Mission: Impossible”, bohaterowie rzucają cytatami z „Czasu apokalipsy”. Problem w tym, iż naprawdę trudno mi zrozumieć sens tej strategii; czemu miałyby służyć tak agresywne mrugnięcia okiem, jeżeli nie maskowaniu twórczej indolencji? Na nic zda się deklarowany dystans i przerysowanie, kiedy nie idzie za nimi coś więcej. To wszystko martwe znaki, klisze do cna wypłukane przez popkulturę, a frajda z ich dekodowania jest więcej niż wątpliwa. Całość przypomina w zasadzie kompilację modnych niegdyś tropów kina gatunkowego, pozbawioną niestety cienia kreatywności i chęci przebicia się przez sztampę.

  • Karolina Grabowska

Sam punkt wyjścia mieści potencjał na niegłupią reprezentację pokolenia, które z trudem stawia pierwsze kroki w dorosłym życiu. Bohaterowie sprawiają wrażenie wyrzutków nieprzygotowanych na starcie z szarą codziennością, zagubionych pośród natłoku wymagań, jakie stawia przed nimi otoczenie. Na próżno jednak oczekiwać komentarza w tej kwestii – reżysera nie interesuje nic, co wychodzi ponad powierzchnię utartych frazesów i publicystycznych skrótów. pozostało przekaz proekologiczny: grupa protagonistów staje do walki z korporacją mającą brutalnie eksploatować środowisko naturalne i przyspieszać katastrofę klimatyczną. Ale czy naprawdę można wierzyć postaciom utyskującym nad globalnym ociepleniem, brakami wody pitnej i koniecznością ograniczenia śladu węglowego, skoro w napisach końcowych czeka nas informacja o „elementach scenografii wygenerowanych przy pomocy AI”? Ciutkę to niepoważne.

W relacje między bohaterami, hojnie obdarzonymi przez scenarzystę Łukasza Zdanowskiego jedną cechą charakteru, nie trzeba wierzyć na słowo tylko dzięki staraniom obsady. Wszyscy bawią się przed kamerą w sposób godny pozazdroszczenia. Młodzi influencerzy dysponują wystarczającymi pokładami charyzmy, by oprzeć się mieliznom tekstu i wykrzesać z czerstwych żartów coś więcej niż wstyd lub wzruszenie ramion. Jacek Koman w roli Rambo z osiedlowego dyskontu wydaje się kimś, kto „demony przeszłości” egzorcyzmuje samym spojrzeniem, a najlepsze lata życia przepił w peerelowskim bunkrze. Z kolei rozjuszony, nadekspresyjny Tomasz Kot gra tak, jakby lekcje na planie brał od samego Doktora Dundersztyca. Brakuje tylko śmiechu z puszki i wąsa, którym mógłby złowieszczo kręcić. Cała reszta jest.

  • Karolina Grabowska

Jego postać w którymś momencie postękuje z żalem: „Tam, gdzie pojawiają się pieniądze, tam nie ma sprawiedliwości”. To zaskakujący gest autotematycznej szczerości w filmie cynicznym i rozbrajająco naiwnym jednocześnie; nakręconym wyłącznie z myślą o zarobkach, w trosce o szybkie dopięcie kwartalnego biznesplanu. Jaki rekord tym razem pobiją nasi ulubieńcy? Kto z nich już niedługo otrzyma własny zestaw McDonald's? Zostawcie suba, a może się dowiecie.
Idź do oryginalnego materiału