Ciężka praca, marna płaca – tak reklamuje się fuchę szpiega nowemu rekrutowi. Przełożony ma go co prawda dość, ale chłopak myśli nieszablonowo, a pięści ma twarde. I nie są to niskie standardy kwalifikacyjne: raczej docenienie tego, czego brakuje innym trepom biegającym w tym samym kołowrocie — serducha.
Jest w grze "007 First Light" wspaniały moment, kiedy James Bond słyszy, iż asystująca mu przez całą tę przygodę Moneypenny to zaledwie "zasób" MI6, brytyjskiej agencji wywiadowczej, a nie żadna tam przyjaciółka. Ten jednak – oczywiście – rzuca się jej na ratunek, jeszcze mocniej zaciskając palce na rękojeści służbowego pistoletu. Motyw odwiecznego boju między obowiązkiem i uczuciem przewija się tu cały czas. Tło fabularne gry, o którym ledwo tylko się zająknę, bo scenariusz bierze ostre zakręty niemal co misję, jest tłem dla opowieści o lojalności, o przyjaźni, o trudnej sztuce radzenia sobie z rozczarowaniem drugim człowiekiem, ale i o satysfakcji wynikającej z na pozór zwyczajnej, obopólnej, ludzkiej sympatii.
Spokojnie jednak, mówimy o grze, której bohaterem jest James Bond, a nie o produkcji Dontnod. Tutaj zamiast przecinka słychać wystrzał, wybuchy zastąpiły kropki. Dobrze mimo wszystko czuć, iż działamy w słusznej sprawie, choćby jeżeli w naszych żyłach nie pływa ryba z frytkami – bo Anglia Anglią, ale liczy się bój o kumpli i za kumpli. Bond, jeszcze nie agent 00, ale już nie zero, po brawurowej akcji ratunkowej zostaje zwerbowany pod skrzydła szefowej wywiadu, M, do elitarnego programu szkolącego wyjątkowe talenta. Z jej oceną nie zgadza się John Greenaway, opiekun grupy i ostatni z dawnej szpiegowskiej top ekipy, zgorzkniały i hardy, niegdyś oszukany przez towarzyszy broni, którzy wypięli się na ojczyznę.
Kiedy po latach spędzonych poza cywilizowanym światem, z MI6 kontaktuje się jego ówczesny kompan, dziś zdrajca, agent 009, z ofertą nie do odrzucenia, będzie to pierwsza kostka domina, która runie i zatrzęsie nie tylko agencją, ale i światowym porządkiem. Intryga może nie jest skomplikowana, ale pędzi na złamanie karku i jest szalenie satysfakcjonująca, kusząc licznymi punktami kulminacyjnymi, od których co i rusz odchodzą kolejne ścieżki. Będziecie ścigać samoloty, demolować centralny Londyn ciężkim sprzętem budowlanym, zostaniecie rzuceni gadom na pożarcie i poderwiecie specjalistkę od genetyki.
Sam gameplay przypomina wypadkową tego, co oglądaliśmy w akcyjnych blockbusterach ostatniej dekady, naniesione na charakterystyczną strukturę kolejnych zadań żywcem podebraną z flagowej serii IO Interactive o przygodach innego agenta, z numerkiem 47. Do celu zwykle prowadzi kilka ścieżek i naszym wyborem jest, czy zdecydujemy się, dajmy na to, wykraść kartę dostępu z czyjejś kieszeni, uprzednio odwracając jego uwagę zepsuciem kserokopiarki wypluwającej serię kartek, czy użyjemy blefu i wkręcimy się w niedostępne dla postronnych miejsce dzięki ściemie. Są to najnudniejsze dostępne sposoby, każdorazowo możemy zrobić coś znacznie bardziej spektakularnego i godnego przyszłego 007 – ale to odkryjecie sami.
Rozwiązanie siłowe nie zawsze jest dostępne, gra niejako narzuca nam sposób działania, co nie jest jednak ograniczające – raczej odgórnie dzieli ją na sekwencje i segmenty, przy okazji zapobiegając nudzie. I choć ciągle korzystamy z tych samych umiejętności i zabawek (całkiem dosłownie, bo o nasze gadżety dba Q, spec od arsenału ukrytego w tarczy zegarka i zwykłym długopisie), to ekipa IO Interactive stara się, jak może, aby za każdym razem coś zmodyfikować, choćby gdy jest to tylko szczegół.
Żaden etap nie jest tu taki sam i mimo iż "007 First Light" nie odkrywa na nowo Wysp Brytyjskich, raczej kodyfikuje to, co znamy z "Hitmana", "Uncharted" i paru innych gier, to raz po raz inaczej zagrywa rozdanymi kartami, układając z tej samej talii nowe pasjanse. Znakomity jest też Patrick Gibson jako dwudziestoparoletni Bond: zarozumiały, wygadany, niezdyscyplinowany i nieokrzesany. Taki, który dopiero uczy się swojego przyszłego "ja".
Nie wszystko zagrało idealnie, bo strzelaniny, kiedy już do nich dojdzie, bywają niesamowicie chaotyczne, co prędko pozbawia je elementu taktycznego. A przecież właśnie obieranie odpowiedniej strategii i wykańczanie wrogów po cichu, z ukrycia, metodycznie, daje tu najwięcej frajdy. Za to bitki na pięści, przypominające te z gier o superbohaterach, są niezmiennie szybkie i zabójcze, zwłaszcza jeżeli rozbić szybę czyimś łbem czy gruchnąć przeciwnikiem o biurko – aczkolwiek Bond to nie nadczłowiek i pada po paru strzałach.
"007 First Light" to tytuł spełniony i niewątpliwie najlepsza gra o (przyszłym!) agencie 007, jaką otrzymaliśmy od czasu pamiętnego "GoldenEye 007". Redakcyjna skala nie dopuszcza ułamków, więc zmuszony jestem dać ósemkę, ale prywatnie dopisuję do widniejącej obok oceny połówkę.
Jest w grze "007 First Light" wspaniały moment, kiedy James Bond słyszy, iż asystująca mu przez całą tę przygodę Moneypenny to zaledwie "zasób" MI6, brytyjskiej agencji wywiadowczej, a nie żadna tam przyjaciółka. Ten jednak – oczywiście – rzuca się jej na ratunek, jeszcze mocniej zaciskając palce na rękojeści służbowego pistoletu. Motyw odwiecznego boju między obowiązkiem i uczuciem przewija się tu cały czas. Tło fabularne gry, o którym ledwo tylko się zająknę, bo scenariusz bierze ostre zakręty niemal co misję, jest tłem dla opowieści o lojalności, o przyjaźni, o trudnej sztuce radzenia sobie z rozczarowaniem drugim człowiekiem, ale i o satysfakcji wynikającej z na pozór zwyczajnej, obopólnej, ludzkiej sympatii.
Spokojnie jednak, mówimy o grze, której bohaterem jest James Bond, a nie o produkcji Dontnod. Tutaj zamiast przecinka słychać wystrzał, wybuchy zastąpiły kropki. Dobrze mimo wszystko czuć, iż działamy w słusznej sprawie, choćby jeżeli w naszych żyłach nie pływa ryba z frytkami – bo Anglia Anglią, ale liczy się bój o kumpli i za kumpli. Bond, jeszcze nie agent 00, ale już nie zero, po brawurowej akcji ratunkowej zostaje zwerbowany pod skrzydła szefowej wywiadu, M, do elitarnego programu szkolącego wyjątkowe talenta. Z jej oceną nie zgadza się John Greenaway, opiekun grupy i ostatni z dawnej szpiegowskiej top ekipy, zgorzkniały i hardy, niegdyś oszukany przez towarzyszy broni, którzy wypięli się na ojczyznę.
Kiedy po latach spędzonych poza cywilizowanym światem, z MI6 kontaktuje się jego ówczesny kompan, dziś zdrajca, agent 009, z ofertą nie do odrzucenia, będzie to pierwsza kostka domina, która runie i zatrzęsie nie tylko agencją, ale i światowym porządkiem. Intryga może nie jest skomplikowana, ale pędzi na złamanie karku i jest szalenie satysfakcjonująca, kusząc licznymi punktami kulminacyjnymi, od których co i rusz odchodzą kolejne ścieżki. Będziecie ścigać samoloty, demolować centralny Londyn ciężkim sprzętem budowlanym, zostaniecie rzuceni gadom na pożarcie i poderwiecie specjalistkę od genetyki.
Sam gameplay przypomina wypadkową tego, co oglądaliśmy w akcyjnych blockbusterach ostatniej dekady, naniesione na charakterystyczną strukturę kolejnych zadań żywcem podebraną z flagowej serii IO Interactive o przygodach innego agenta, z numerkiem 47. Do celu zwykle prowadzi kilka ścieżek i naszym wyborem jest, czy zdecydujemy się, dajmy na to, wykraść kartę dostępu z czyjejś kieszeni, uprzednio odwracając jego uwagę zepsuciem kserokopiarki wypluwającej serię kartek, czy użyjemy blefu i wkręcimy się w niedostępne dla postronnych miejsce dzięki ściemie. Są to najnudniejsze dostępne sposoby, każdorazowo możemy zrobić coś znacznie bardziej spektakularnego i godnego przyszłego 007 – ale to odkryjecie sami.
Rozwiązanie siłowe nie zawsze jest dostępne, gra niejako narzuca nam sposób działania, co nie jest jednak ograniczające – raczej odgórnie dzieli ją na sekwencje i segmenty, przy okazji zapobiegając nudzie. I choć ciągle korzystamy z tych samych umiejętności i zabawek (całkiem dosłownie, bo o nasze gadżety dba Q, spec od arsenału ukrytego w tarczy zegarka i zwykłym długopisie), to ekipa IO Interactive stara się, jak może, aby za każdym razem coś zmodyfikować, choćby gdy jest to tylko szczegół.
Żaden etap nie jest tu taki sam i mimo iż "007 First Light" nie odkrywa na nowo Wysp Brytyjskich, raczej kodyfikuje to, co znamy z "Hitmana", "Uncharted" i paru innych gier, to raz po raz inaczej zagrywa rozdanymi kartami, układając z tej samej talii nowe pasjanse. Znakomity jest też Patrick Gibson jako dwudziestoparoletni Bond: zarozumiały, wygadany, niezdyscyplinowany i nieokrzesany. Taki, który dopiero uczy się swojego przyszłego "ja".
Nie wszystko zagrało idealnie, bo strzelaniny, kiedy już do nich dojdzie, bywają niesamowicie chaotyczne, co prędko pozbawia je elementu taktycznego. A przecież właśnie obieranie odpowiedniej strategii i wykańczanie wrogów po cichu, z ukrycia, metodycznie, daje tu najwięcej frajdy. Za to bitki na pięści, przypominające te z gier o superbohaterach, są niezmiennie szybkie i zabójcze, zwłaszcza jeżeli rozbić szybę czyimś łbem czy gruchnąć przeciwnikiem o biurko – aczkolwiek Bond to nie nadczłowiek i pada po paru strzałach.
"007 First Light" to tytuł spełniony i niewątpliwie najlepsza gra o (przyszłym!) agencie 007, jaką otrzymaliśmy od czasu pamiętnego "GoldenEye 007". Redakcyjna skala nie dopuszcza ułamków, więc zmuszony jestem dać ósemkę, ale prywatnie dopisuję do widniejącej obok oceny połówkę.

















