Za króla, ojczyznę i kumpli

filmweb.pl 20 godzin temu
Zdjęcie: plakat


Ciężka praca, marna płaca – tak reklamuje się fuchę szpiega nowemu rekrutowi. Przełożony ma go co prawda dość, ale chłopak myśli nieszablonowo, a pięści ma twarde. I nie są to niskie standardy kwalifikacyjne: raczej docenienie tego, czego brakuje innym trepom biegającym w tym samym kołowrocie — serducha.

Jest w grze "007 First Light" wspaniały moment, kiedy James Bond słyszy, iż asystująca mu przez całą tę przygodę Moneypenny to zaledwie "zasób" MI6, brytyjskiej agencji wywiadowczej, a nie żadna tam przyjaciółka. Ten jednak – oczywiście – rzuca się jej na ratunek, jeszcze mocniej zaciskając palce na rękojeści służbowego pistoletu. Motyw odwiecznego boju między obowiązkiem i uczuciem przewija się tu cały czas. Tło fabularne gry, o którym ledwo tylko się zająknę, bo scenariusz bierze ostre zakręty niemal co misję, jest tłem dla opowieści o lojalności, o przyjaźni, o trudnej sztuce radzenia sobie z rozczarowaniem drugim człowiekiem, ale i o satysfakcji wynikającej z na pozór zwyczajnej, obopólnej, ludzkiej sympatii.

  • IO Interactive

Spokojnie jednak, mówimy o grze, której bohaterem jest James Bond, a nie o produkcji Dontnod. Tutaj zamiast przecinka słychać wystrzał, wybuchy zastąpiły kropki. Dobrze mimo wszystko czuć, iż działamy w słusznej sprawie, choćby jeżeli w naszych żyłach nie pływa ryba z frytkami – bo Anglia Anglią, ale liczy się bój o kumpli i za kumpli. Bond, jeszcze nie agent 00, ale już nie zero, po brawurowej akcji ratunkowej zostaje zwerbowany pod skrzydła szefowej wywiadu, M, do elitarnego programu szkolącego wyjątkowe talenta. Z jej oceną nie zgadza się John Greenaway, opiekun grupy i ostatni z dawnej szpiegowskiej top ekipy, zgorzkniały i hardy, niegdyś oszukany przez towarzyszy broni, którzy wypięli się na ojczyznę.

Kiedy po latach spędzonych poza cywilizowanym światem, z MI6 kontaktuje się jego ówczesny kompan, dziś zdrajca, agent 009, z ofertą nie do odrzucenia, będzie to pierwsza kostka domina, która runie i zatrzęsie nie tylko agencją, ale i światowym porządkiem. Intryga może nie jest skomplikowana, ale pędzi na złamanie karku i jest szalenie satysfakcjonująca, kusząc licznymi punktami kulminacyjnymi, od których co i rusz odchodzą kolejne ścieżki. Będziecie ścigać samoloty, demolować centralny Londyn ciężkim sprzętem budowlanym, zostaniecie rzuceni gadom na pożarcie i poderwiecie specjalistkę od genetyki.

  • IO Interactive

Sam gameplay przypomina wypadkową tego, co oglądaliśmy w akcyjnych blockbusterach ostatniej dekady, naniesione na charakterystyczną strukturę kolejnych zadań żywcem podebraną z flagowej serii IO Interactive o przygodach innego agenta, z numerkiem 47. Do celu zwykle prowadzi kilka ścieżek i naszym wyborem jest, czy zdecydujemy się, dajmy na to, wykraść kartę dostępu z czyjejś kieszeni, uprzednio odwracając jego uwagę zepsuciem kserokopiarki wypluwającej serię kartek, czy użyjemy blefu i wkręcimy się w niedostępne dla postronnych miejsce dzięki ściemie. Są to najnudniejsze dostępne sposoby, każdorazowo możemy zrobić coś znacznie bardziej spektakularnego i godnego przyszłego 007 – ale to odkryjecie sami.

Rozwiązanie siłowe nie zawsze jest dostępne, gra niejako narzuca nam sposób działania, co nie jest jednak ograniczające – raczej odgórnie dzieli ją na sekwencje i segmenty, przy okazji zapobiegając nudzie. I choć ciągle korzystamy z tych samych umiejętności i zabawek (całkiem dosłownie, bo o nasze gadżety dba Q, spec od arsenału ukrytego w tarczy zegarka i zwykłym długopisie), to ekipa IO Interactive stara się, jak może, aby za każdym razem coś zmodyfikować, choćby gdy jest to tylko szczegół.

  • IO Interactive

Żaden etap nie jest tu taki sam i mimo iż "007 First Light" nie odkrywa na nowo Wysp Brytyjskich, raczej kodyfikuje to, co znamy z "Hitmana", "Uncharted" i paru innych gier, to raz po raz inaczej zagrywa rozdanymi kartami, układając z tej samej talii nowe pasjanse. Znakomity jest też Patrick Gibson jako dwudziestoparoletni Bond: zarozumiały, wygadany, niezdyscyplinowany i nieokrzesany. Taki, który dopiero uczy się swojego przyszłego "ja".

Nie wszystko zagrało idealnie, bo strzelaniny, kiedy już do nich dojdzie, bywają niesamowicie chaotyczne, co prędko pozbawia je elementu taktycznego. A przecież właśnie obieranie odpowiedniej strategii i wykańczanie wrogów po cichu, z ukrycia, metodycznie, daje tu najwięcej frajdy. Za to bitki na pięści, przypominające te z gier o superbohaterach, są niezmiennie szybkie i zabójcze, zwłaszcza jeżeli rozbić szybę czyimś łbem czy gruchnąć przeciwnikiem o biurko – aczkolwiek Bond to nie nadczłowiek i pada po paru strzałach.

"007 First Light" to tytuł spełniony i niewątpliwie najlepsza gra o (przyszłym!) agencie 007, jaką otrzymaliśmy od czasu pamiętnego "GoldenEye 007". Redakcyjna skala nie dopuszcza ułamków, więc zmuszony jestem dać ósemkę, ale prywatnie dopisuję do widniejącej obok oceny połówkę.
Idź do oryginalnego materiału