Że „my” znaczy więcej niż „ja” i „oni”. Nie wiedziałam jeszcze, iż w tym związku zawsze będę trzecia — po nim i po jego matce.
Na początku to były drobiazgi.
— Mama mówi, iż przesoliłaś — rzucał mimochodem.
— Mama uważa, iż źle wychowujesz dziecko.
— Mama wie lepiej, ona już to przeżyła.
Uśmiechałam się. Ustępowałam. Mówiłam sobie, iż przesadzam. Że tak po prostu wygląda bliska relacja matki z synem. Przecież mnie kochał… prawda?
Kiedy jego matka bez zapowiedzi wchodziła do naszego mieszkania, mówił:
— To przecież jej syn.
Kiedy krytykowała mnie przy stole, milczał.
Kiedy płakałam w łazience, nie pukał.
Najbardziej bolało jednak to, iż zawsze mnie poprawiał — nie ją. choćby wtedy, gdy mówiła rzeczy okrutne. choćby wtedy, gdy przekraczała każdą granicę.
— Przesadzasz — powtarzał.
— Ona nie miała nic złego na myśli.
— To moja matka.
A ja? Kim byłam ja?
Lata mijały. Rodziłam dzieci, prowadziłam dom, rezygnowałam z siebie kawałek po kawałku. Każdą decyzję konsultował z nią. Każdy konflikt kończył się tym samym — ja przepraszałam, choć nie wiedziałam już za co.
Pamiętam dzień, w którym zachorowałam. Leżałam z gorączką, ledwo oddychałam. Zadzwoniłam do niego, żeby wrócił wcześniej z pracy.
— Nie mogę — powiedział. — Mama potrzebuje pomocy.
Wtedy coś we mnie pękło. Nie krzyk. Nie łzy. Cisza. Przerażająca jasność.
Zrozumiałam, iż w tym małżeństwie nigdy nie miałam partnera. Miałam świadka. Kogoś, kto stał obok, ale nigdy przy mnie. Kogoś, kto wybrał matkę — codziennie, konsekwentnie, bez wahania.
Odeszłam po latach. Cicho. Bez awantur. Bez walki. Nie miałam już siły konkurować z kobietą, która zawsze była na pierwszym miejscu.
Dziś wiem jedno: samotność w małżeństwie boli bardziej niż samotność po rozwodzie. Bo nic nie jest tak niszczące jak życie obok kogoś, kto nigdy nie stanie po twojej stronie.
