Ona robi herbatę, ja przynoszę coś słodkiego, siadamy na kanapie i przez godzinę udajemy, iż dorosłe życie nie jest ciągłym zmęczeniem.
Tylko iż tym razem nie było herbaty. Nie było choćby miejsca, żeby postawić torbę.
Zlew wyglądał jak po imprezie, na którą nikt nie przyszedł sprzątać. Talerze z zaschniętym sosem, kubki z osadem po kawie, sztućce w wodzie, która miała kolor zupy. Na blacie piętrzyły się miski, a przy kuchence stała patelnia, jakby ktoś odłożył ją „na później”… i zapomniał.
— O matko — wyrwało mi się, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
Przyjaciółka, Kasia, spojrzała na mnie szybko. Uśmiechnęła się, ale to był ten uśmiech, który ma przykryć coś większego.
— Nie zwracaj uwagi — rzuciła lekko. — Taki tydzień.
Tydzień.
Zrobiłam krok bliżej, jakbym chciała upewnić się, iż dobrze słyszę. Tydzień niezmywania naczyń nie jest „tygodniem”. To jest sygnał. Alarm. Coś, co mówi: nie domagam.
— Kasiu… ty serio tego nie zmywałaś od tygodnia? — zapytałam ostrożnie.
Wzruszyła ramionami, jakby to była błahostka.
— No. Jakoś nie miałam siły.
To zdanie uderzyło mnie mocniej niż widok stosu brudnych talerzy. Bo „nie miałam siły” u Kasi brzmiało jak obcy język. Ona zawsze była tą, która ogarnia. Która ma listy, aplikacje do planowania, która wstaje wcześniej, „bo lubi mieć spokój”. U niej wszystko było poukładane, wyprasowane, zaplanowane.
A teraz stała przede mną w rozciągniętej bluzie, z włosami spiętymi byle jak, i mówiła „nie miałam siły”, jakby to było coś, czego nie da się wytłumaczyć.
Usiadłam na krześle, powoli. W głowie miałam dwie myśli naraz, walczące ze sobą.
Pierwsza: Powinnam jej coś powiedzieć. To obrzydliwe. Tak się nie robi.
Druga: To nie jest o naczyniach. To jest o niej.
— Co się dzieje? — zapytałam w końcu.
Kasia wzięła do ręki kubek, potem go odłożyła, bo był brudny. Rozejrzała się, jakby nagle zobaczyła swoją kuchnię moimi oczami.
— Nic — powiedziała za szybko. — Po prostu… praca mnie zajechała. I tyle.
— Kasia. Tydzień — powtórzyłam spokojnie. — Ty nie jesteś osobą, która zostawia tydzień.
Zacisnęła usta. Przez chwilę myślałam, iż się zdenerwuje. Że powie: „przestań mnie oceniać”. Że się zamknie.
Ale ona tylko… usiadła na podłodze obok szafki. Tak po prostu. Jak dziecko, które nie ma już siły stać.
— Ja się boję, iż jak zacznę, to się rozpadnę — wyszeptała.
Zamarłam.
— Czego się boisz? — zapytałam cicho.
Kasia popatrzyła na zlew, jakby to był potwór.
— Że jak umyję te naczynia, to przyznam, iż naprawdę jest źle — powiedziała. — A jak udaję, iż „jutro”, to jeszcze mogę udawać, iż panuję.
I nagle wszystko zyskało sens. Brudne naczynia nie były lenistwem. Były… ścianą. Dowodem, iż ktoś już nie ma energii choćby na podstawy.
— Kasia… — zaczęłam.
— Nie mów nic — przerwała mi. — Proszę. Ja wiem, iż to obrzydliwe. Ja wiem. Ale ja… ja wracam do domu i mam w głowie tylko jedno: położyć się i zniknąć. A potem budzę się i jest kolejny dzień. I znowu. I tak minął tydzień.
W jej głosie było coś, co mnie przestraszyło. Nie dramatyczne, nie teatralne. Zwykłe. Puste.
— Jesz w ogóle? — zapytałam.
Wzruszyła ramionami.
— Zamawiam coś. Albo nie jem. Nie wiem.
Poczułam, jak ściska mi się gardło. Bo łatwo jest ocenić bałagan, kiedy patrzysz tylko na blat. Trudniej, kiedy zaczynasz widzieć człowieka.
A ja przyszłam tu z gotową przemową. W głowie układałam już zdania: „Kasia, musisz sprzątać”, „To nie jest normalne”, „Weź się w garść”. Tylko iż „weź się w garść” jest najokrutniejszą radą świata, kiedy ktoś już ledwo oddycha psychicznie.
Wstałam. Podwinęłam rękawy.
— Dobra — powiedziałam. — To teraz słuchaj mnie.
Kasia spojrzała na mnie zaskoczona.
— Nie, nie… ja nie chcę, żebyś—
— Nie sprzątam za ciebie — przerwałam jej. — Sprzątamy razem. Dwie osoby. Dziesięć minut. Nie tydzień. Dziesięć minut.
— Ale…
— Nie dyskutuj — powiedziałam miękko. — Ustaw timer. Jak po dziesięciu minutach nie dasz rady, siadamy i pijemy herbatę z czystego kubka. To wszystko.
Nie wiem, czy ją przekonałam logiką, czy tym, iż nie brzmiałam jak sędzia. Ale wstała. Bardzo powoli. Jakby każdy ruch był ciężki.
Włączyła wodę.
Zaczęłyśmy od najprostszych rzeczy. Kubki. Sztućce. Jeden talerz. Potem drugi. Timer tykał, a ja udawałam normalność: „Pamiętasz, jak w liceum myłyśmy naczynia u ciebie po imprezie?” – mówiłam, żeby odciągnąć ją od myśli, które ją zjadały.
Po dziesięciu minutach zlew wyglądał… inaczej. Nie idealnie. Ale inaczej. Jakby dało się oddychać.
Kasia oparła się o blat i nagle… popłakała się. Cicho, bez histerii, jak ktoś, komu wreszcie puściło napięcie.
— Przepraszam — wyszeptała. — Ja nie chciałam, żebyś to widziała.
— Właśnie dlatego muszę to zobaczyć — odpowiedziałam.
Patrzyła na mnie długo, a potem powiedziała coś, co sprawiło, iż poczułam dreszcze:
— Wszyscy myślą, iż ja mam wszystko poukładane. A ja już od dawna… ja w środku jestem jak ten zlew.
W tamtej chwili zrozumiałam, iż mój plan „powiedzieć jej coś” musi się zmienić.
Bo mogłam powiedzieć: „zmywaj naczynia”.
Ale prawda była taka, iż ona nie potrzebowała instrukcji obsługi gąbki. Ona potrzebowała kogoś, kto zauważy, iż to nie jest brud, tylko wołanie o pomoc.
Usiadłyśmy potem na kanapie. Z herbatą w czystych kubkach. W mieszkaniu przez cały czas był bałagan, ale między nami zrobiło się miejsce na coś ważniejszego: szczerość.
— Kasiu — powiedziałam w końcu. — Ja ci coś powiem. I nie jako wyrzut. Jako przyjaciółka. jeżeli nie masz siły na tydzień zmyć naczyń, to znaczy, iż to nie naczynia są problemem. Tylko coś cię przygniata.
Kasia kiwnęła głową, ocierając łzy.
— Ja… chyba nie wyrabiam — wyszeptała.
I wtedy już nie było odwrotu. Bo nie da się usłyszeć czegoś takiego i udawać, iż chodziło o talerze.
— To teraz zrobimy plan — powiedziałam. — Nie sprzątania. Tylko ratowania ciebie. Lekarz, rozmowa, urlop, cokolwiek. Ale nie zostawiam cię z tym.
Kasia zamknęła oczy, jakby te słowa były dla niej ciężarem i ulgą naraz.
A ja pomyślałam o tym, jak łatwo jest przejść obok czyjegoś kryzysu, bo wygląda „nieestetycznie”. Jak łatwo jest go nazwać lenistwem. Brudem. Niedbalstwem.
Tymczasem czasem największa tragedia rozgrywa się po cichu, między zlewem a łóżkiem, w tych dniach, kiedy człowiek nie ma siły choćby po sobie posprzątać.
I ja już wiem jedno: dobrze, iż się zdziwiłam.
Bo to zdziwienie uratowało mi przyjaciółkę. A może… pozwoliło jej uratować samą siebie.











