Są góry, które zdobywa się przede wszystkim siłą mięśni. Są też takie, które najpierw sprawdzają charakter. Do tej drugiej kategorii bez wątpienia należy Denali – najwyższy szczyt Ameryki Północnej (6190 m n.p.m.) uznawany za jedną z najbardziej wymagających logistycznie i pogodowo gór świata. To właśnie na nim 10 czerwca stanęła mieszkająca w Ustroniu Anna Lewandowska.
Dodatkowo dla Anny Lewandowskiej wejście na szczyt nie było wcale zwieńczeniem wyprawy, ale początkiem najtrudniejszej części – narciarskiego zjazdu. Według dostępnych informacji była to prawdopodobnie pierwsza udokumentowana kobieca próba zjazdu z Denali dokonana przez Polkę!
Zdaniem Ustronianki, jej historia jest jednak czymś więcej niż relacją z alpinistycznego sukcesu. To opowieść o konsekwencji, cierpliwości i przełamywaniu stereotypów. Zwłaszcza tych, które każą kobietom słyszeć, iż góry wysokie nie są dla nich. – Bo wciąż za często słyszymy, iż „to nie dla kobiet”. Bo wierzę, iż największe rzeczy zaczynają się od trochę szalonej decyzji. Bo ambitne cele nie mają płci – podkreśla Anna Lewandowska.
Jak sama dodaje, jej wyprawa to historia „o odwadze, przygotowaniu i przekraczaniu własnych granic”.

Denali – góra, która nie wybacza
Denali, przez dziesięciolecia znane również jako Mount McKinley, jest najwyższym szczytem Ameryki Północnej i jednym z siedmiu wierzchołków Korony Ziemi. Rdzenni mieszkańcy Alaski od wieków nazywali tę górę Denali, czyli „Wielki” lub „Wysoki”. I w 2015 r. właśnie ta historyczna nazwa została w USA oficjalnie przywrócona.
Po raz pierwszy szczyt został zdobyty 7 czerwca 1913 r. przez Hudsona Stucka, Harry’ego Karstensa, Waltera Harpera i Roberta Tatuma. 1 marca 1967 r. jako pierwsi w zimie weszli na szczyt Art Davidson, Dave Johnston i Ray Genet. Pierwszym Polakiem, który wspiął się na Denali (wówczas Mount McKinley), był 31 lipca 1970 r. Marek Głogoczowski. Z kolei pierwszą Polką, która zdobyła ten szczyt, była Elżbieta Miszczak-Piekarczyk podczas wyprawy w 1977 r.
W kolejnych latach organizowano na Alaskę następne polskie ekspedycje i choć wysokość 6190 metrów nie robi takiego wrażenia jak ośmiotysięczniki Himalajów, wielu himalaistów podkreśla, iż Denali bywa od nich bardziej wymagające. Położenie w pobliżu koła podbiegunowego oznacza ekstremalnie niskie temperatury, gwałtowne zmiany pogody i bardzo niskie ciśnienie odczuwalne przez organizm. Do tego dochodzi pełna samodzielność logistyczna. Góra leży w granicach parku narodowego, dlatego wspinacze muszą transportować na saniach i w plecakach cały sprzęt, żywność, paliwo oraz wyposażenie obozów.
Właśnie w takim stylu – unsupported, czyli bez zewnętrznego wsparcia – Anna Lewandowska i jej mąż Dominik zrealizowali swoją dwunastodniową wyprawę. Sami transportowali cały ekwipunek (namioty, paliwo, żywność i sprzęt wspinaczkowy), zakładali kolejne obozy i likwidowali je podczas zejścia z góry.
Dwa razy byli bliscy odwrotu
Największym przeciwnikiem nie była wysokość, ale pogoda. Denali słynie z kapryśnego klimatu. Okna pogodowe pojawiają się na krótko, a silny wiatr potrafi zatrzymać choćby najlepiej przygotowane zespoły. – Dwa razy zwątpiliśmy, czy w ogóle się uda. Okna pogodowego, które ostatecznie wykorzystaliśmy, przez długi czas nie było w prognozach. Takie jest Denali – nieprzewidywalne, kapryśne i bardzo wymagające. Albo marzniesz, albo się topisz. Czasem kilka razy dziennie – wspomina Ustronianka.
Dopiero dwunastego dnia ekspedycji pogoda pozwoliła na atak szczytowy. 10 czerwca o godzinie 17.55 czasu lokalnego Anna i Dominik Lewandowscy stanęli na wierzchołku najwyższej góry Ameryki Północnej.

Bo szczyt to dopiero początek
Dla większości alpinistów zdobycie Denali byłoby zwieńczeniem wieloletnich przygotowań. Dla Anny Lewandowskiej oznaczało dopiero początek kolejnego etapu. Bezpośrednio ze szczytu rozpoczęła bowiem narciarski zjazd. Warunki okazały się jednak znacznie trudniejsze od oczekiwań. Zamiast stabilnego śniegu dominował twardy, sprasowany firn i odsłonięty lód, tzw. blue ice.
– Dyplomatycznie można powiedzieć, iż warunki były trudne. Szczerze? Były po prostu koszmarne. Ale właśnie takie są góry. Pracujesz z tym, co zastaniesz na miejscu, a nie z tym, co sobie zaplanowałeś kilka miesięcy wcześniej w swojej głowie – mówi Ustronianka.
Na szczególnie eksponowanym i niebezpiecznym odcinku drogi West Buttress, znanym jako Autobahn, zdecydowała się jednak zdjąć narty. Zwłaszcza iż nie pomagał jej obrzęk rogówki, ograniczający widzenie w jednym oku, a także świadomość, iż kilka dni wcześniej na tej samej trasie życie straciło trzech łotewskich wspinaczy.
– Dla części osób będzie to pewnie brak odwagi. Dla mnie była to jedyna rozsądna decyzja. W górach wysokich zawsze staram się pamiętać, iż najważniejsze jest wrócić do domu – podkreśla.
W opinii wielu wspinaczy zdanie to dobrze oddaje filozofię nowoczesnego alpinizmu. W górach najwyższym sukcesem nie jest bowiem zdobycie szczytu, ale bezpieczny powrót.
Góry uczą pokory
Po dotarciu do najwyższego obozu niebezpieczeństwa wcale się nie zakończyły. Kolejnego dnia rozpoczęło się zwijanie obozu i dalsze schodzenie z góry. Teraz trzeba było sprowadzić depozyty do bazy. Powrót przez kolejne niebezpieczne odcinki z pełnym obciążeniem i saniami wymagał wykorzystania liny i asekuracji, a także użycia szabel śnieżnych. Założeniem ekspedycji było jednak wykonanie całego przedsięwzięcia samodzielnie – od wejścia na szczyt, przez rozpoczęcie zjazdu bezpośrednio z wierzchołka, aż po powrót z kompletnym wyposażeniem.
– Oczywiście da się to zrobić w innym stylu. Wejść, zjechać na lekko i wrócić później po ekwipunek obozów. Nie ma więc jednej recepty na takie wyprawy. Naszym założeniem było zrobić wszystko samodzielnie i dokładnie tak tę górę zapamiętam – wyjaśnia nasza rozmówczyni.

Informatyczka z Beskidów
Anna Lewandowska nie jest zawodową himalaistką. Mieszka w Ustroniu, a na co dzień pracuje jako inżynier informatyk w branży IT. Wraz z mężem Dominikiem – lekarzem – od lat realizuje kolejne ambitne projekty górskie. Na swoim koncie mają już m.in. Aconcaguę, Kilimandżaro, Mont Blanc, wspinaczkę na Dent du Géant (po polsku Ząb Giganta lub Ząb Olbrzyma) – strzelisty szczyt w Masywie Mont Blanc na granicy Francji i Włoch, klasyczne przejście Haute Route Chamonix-Zermatt, doświadczenia zdobywane pod Pikiem Lenina oraz liczne wyprawy w Tatry i Alpy. Regularnie uprawiają wspinaczkę skalną, lodową, mikstową, skituring i całoroczny trening górski. Mimo podróży po całym świecie ich miejscem do życia pozostają Beskidy.
Podsumowując ostatnią wyprawę, jej bohaterka przyznaje, iż właśnie możliwość rozpoczęcia zjazdu z wierzchołka jest dla niej największym powodem do satysfakcji. – Najbardziej cieszy mnie to, iż rozpoczęliśmy zjazd bezpośrednio ze szczytu. Reszta to konsekwencja decyzji, które podejmowaliśmy przez całe dwa tygodnie na górze – mówi.
Marzenia nie kończą się na Denali
Denali nie zamyka górskiej drogi Ustronianki. Wręcz przeciwnie, otwiera kolejne rozdziały. Anna Lewandowska już przygotowuje następne wysokogórskie i skialpinistyczne projekty. Ich realizacja będzie jednak wymagała wsparcia partnerów i sponsorów. Jednocześnie chce udowadniać, iż ambitne cele można realizować bez rezygnacji z pracy zawodowej czy rodzinnego życia.
– Mam świadomość, iż w Polsce mamy dużo większe i bardziej spektakularne górskie historie. Chciałabym jednak pokazać, iż nie trzeba od razu zdobywać ośmiotysięczników, żeby realizować ambitne cele. I iż kobiety również mają swoje miejsce w górach wysokich – podsumowuje.
A historia Anny Lewandowskiej przypomina o czymś bardzo ważnym. Góry nie nagradzają brawury. Nagradzają przygotowanie, cierpliwość i umiejętność rezygnacji, gdy wymaga tego bezpieczeństwo. To właśnie dlatego Denali pozostaje jedną z najtrudniejszych gór świata. I dlatego sukces Ustronianki zasługuje na uwagę mieszkańców Śląska Cieszyńskiego.



