"Z Belfastu do nieba" to szalona irlandzka przygoda – recenzja nowego serialu twórczyni "Derry Girls"

serialowa.pl 2 godzin temu

Nowy serial Lisy McGee to świetna irlandzka komedia o trzech sfrustrowanych przyjaciółkach i ich zwariowanej podróży. I tylko trochę szkoda, iż „Z Belfastu do nieba” chciałoby być nie tylko komedią.

Oczekiwania wobec „Z Belfastu do nieba” („How to Get to Heaven From Belfast”) miałam ogromne. To w końcu serial stworzony przez Lisę McGee, która dała nam absolutnie cudowne „Derry Girls„. Netfliksowy nowy serial McGee w większości też napisała, a reżyserował go między innymi Michael Lennox, odpowiadający również za reżyserię poprzedniej historii o irlandzkich przyjaciółkach (i przyjacielu). Można więc było liczyć na rzecz niezwykle udaną, zwłaszcza iż zwiastun zapowiadał zwariowaną opowieść z charakterystycznym dla McGee stylu. Ile z wielkich nadziei się spełniło?

Z Belfastu do nieba – o czym jest irlandzki serial Netfliksa

Cóż, sporo, ale nie wszystkie. Zacznę jednak od tego, co się w tym ośmioodcinkowym serialu udało, bo jest tego mimo wszystko więcej. Otóż dla fanów i fanek „Derry Girls” przyjemnością będzie poznawanie nowych bohaterek, które mimo niemal czterdziestki na karku pod wieloma względami przypominają i pokazane w serialu nastoletnie wersje siebie, i tamtą gromadkę z Derry.

„Z Belfastu do nieba” (Fot. Netflix)

Dara (Caoilfhionn Dunne, „Branża”) kiedyś nie zaryzykowała w życiu uczuciowym – i od tego czasu żyje bez ryzyka, opiekując się matką, która nie wymaga opieki, i dużo się modląc. Robyn (Sinéad Keenan, „Trzy rodziny”) próbuje radzić sobie z trójką dzieci, wiecznie podejrzewając o coś męża (Peter Campion, „Derry Girls”). A Saoirse (Roisin Gallagher, „The Lovers”) pisze własny serial kryminalny, jest zaręczona z jego reżyserem (Tom Basden, „After Life”), ale mimo wielomilionowej widowni i nagród nie wydaje się zadowolona z życia – nie tylko dlatego, iż toczy wieczne boje z główną aktorką (Leila Farzad, „Kaos”).

Gdy trzy przyjaciółki dostaną wiadomość o śmierci czwartej członkini szkolnej paczki, Grety (Natasha O’Keeffe, „Peaky Blinders”), w ich nieco frustrującą codzienność wkroczy niebezpieczna przygoda. I w tej przygodzie łatwo się zakochać, bo trio wyruszy do tajemniczej wioski, pozna nieco upiorną na pierwszy rzut oka rodzinę Grety, zwłaszcza Margo (Michelle Fairley, „Gra o tron”) i Owena (Emmett J. Scanlan, „Peaky Blinders”), a od zakwestionowania tożsamości zmarłej zacznie się absolutnie szalona podróż, nie tylko przez obie Irlandie. Napotkane po drodze co najmniej specyficzne postaci tylko dodadzą temu wszystkiemu kolorytu, a dialogi między przyjaciółkami to absolutny majstersztyk, sprawiający, iż ile scen chętnie zobaczyłabym ponownie, bo mogły mi umknąć jakieś nawiązania. A niektóre momenty są tak śmieszne, iż naprawdę przypominają „Derry Girls”.

Z Belfastu do nieba – komedia lepsza niż thriller

Trochę słabiej wygląda sytuacja z rozwojem postaci. W założeniach trzy kobiety mają rozliczyć się z tym, co pod wpływem Grety zrobiły dwie dekady wcześniej i co od lat więziło je w poczuciu winy. Kiedy odkryją, iż skrzywdzony człowiek z przeszłości miał syna (Josh Finan, „Nic nie mów”), który teraz szuka prawdy, a motywacje Grety mogły być inne, niż twierdziła, z jeszcze większą determinacją poprowadzą swoje amatorskie śledztwo. Śledztwo pełne eksplozji, pościgów, dziwnych ludzi – w tym zagadkowej Booker (Bronagh Gallagher, „Belgravia”) – i, teoretycznie, wglądu w siebie. Lepiej jednak wypada tu czysta absurdalna komedia niż psychologiczna ambicja. Chociaż romantyczną chemię między Saoirse a policjantem, Liamem (Darragh Hand, „Heartstopper”), kupuję mimo jej przewidywalności.

„Z Belfastu do nieba” (Fot. Netflix)

W ogóle najlepsze jest „Z Belfastu do nieba” wtedy, gdy Dara, Robyn i Saoirse się przekomarzają, często przy tym odkrywając niekonwencjonalne sposoby wyjścia ze śmiertelnego niebezpieczeństwa, niż wtedy, gdy poznajemy innych uczestników całej tej rozbudowanej tajemnicy. Wątek Grety ma być poruszający, wiąże się wszak z głęboką traumą zaważającą na dalszym życiu. Z kolei Booker wprowadza jeszcze jedną warstwę serialu, kolejną zagadkę, trochę rodem z „Fargo” czy „Turysty”, ale mimo iż zapada w pamięć rola Saoirse-Moniki Jackson („Derry Girls”), to wszystko tylko odciąga uwagę od komedii o przyjaciółkach.

Z Belfastu do nieba – kolejna ekipa twórczyni Derry Girls

Mnożące się zwroty akcji, mniej lub bardziej przekonujące, nie mają tu szczególnej stawki. „Z Belfastu do nieba” to czarna komedia, ale taka, w której faktyczne nieszczęścia spotykające nasze bohaterki popsułyby klimat. To się wyczuwa, więc raczej nie budzą zaskoczenia kolejne sytuacje z gatunku, iż ktoś niby umarł, ale jednak nie. Natomiast tam, gdzie ma być faktycznie mrocznie, czyli w przeszłości rzutującej na teraźniejszość, efekt okazuje się dość banalny. Może dawniej zrobiłoby to wrażenie, ale jesteśmy już choćby po paru sezonach „Yellowjackets”.

„Z Belfastu do nieba” (Fot. Netflix)

Bardziej jednak niż „Fargo”, „Turystę” „Yellowjackets”, a choćby bardziej niż „Derry Girls” nowy serial Lissy McGee przypomina „Siostry na zabój” Sharon Horgan. Miejscami – za bardzo, by mówić o wielkiej oryginalności. „Derry Girls”, w komizmie poruszającym jednak też na innych poziomach niż tylko czysty śmiech, trudno było z czymś porównywać. Przy „Z Belfastu do nieba” skojarzenia się mnożą, do powyższych dodając choćby wpisane wprost w jeden z odcinków przypomnienie „30 Rock”. A gdy Saoirse dwa razy na niekorzyść zostaje zestawiona z Jessem Armstrongiem, trudno nie pomyśleć, iż w aspekcie dramatycznym produkcji Lisy McGee też daleko do „Sukcesji”, więc może lepiej zostać przy komedii, w której ta twórczyni jest naprawdę fenomenalna.

Z Belfastu do nieba – czy warto oglądać serial Netfliksa

Wbrew nagromadzeniu pozornej dziwności thrillerowa i dramatyczna fabuła momentami tu zawodzi swoją zwyczajnością na tle nowoczesnego serialowego pejzażu. Ale casting, zarówno bohaterek w wersji dorosłej, jak i nastoletniej, ponownie wypadł świetnie. Dialogi i chemia między bohaterkami są na najwyższym poziomie. Masa detali zachwyca (pojawia się choćby mural z „Derry Girls”). Tradycyjnie u McGee imponuje irlandzkość całości, z kolei klimat różnych czasów podkręca dobrze dobra muzyka – jednak tu muszę podkreślić duży zgrzyt, bo jeszcze się nie otrząsnęłam po tym, jak w „Gorącej rywalizacji” usłyszałam proputinowski zespół t.A.T.u., a już dostałam ten sam kawałek ponownie, nie spodziewając się akurat po McGee takiej bezmyślności.

„Z Belfastu do nieba” (Fot. Netflix)

Mimo wszystko polecam „Z Belfastu do nieba” jako porządną niezobowiązującą rozrywkę. Kiedy jest śmiesznie, jest naprawdę śmiesznie. Drugi plan zaludniają ekscentryczne postaci zapadające w pamięć, a trio z planu pierwszego mogłabym oglądać i oglądać. Gdyby jednak miała powstać kontynuacja – nie musi, najważniejsze wątki domknięto, ale otwarto co najmniej dwie opcje dalszych przygód przyjaciółek, więc kto wie – to wolałabym sezon krótszy i bardziej skoncentrowany na absurdalnych dialogach i odjechanych scenach niż na traumie, tożsamości i „wielkiej mrocznej tajemnicy”.

Z Belfastu do nieba dostępne jest na Netfliksie

Idź do oryginalnego materiału